„Analfabet bydgoski” – czyli Norberta Krawczyka  opisanie ludzi i dawnej Bydgoszczy

– Jeśli ktoś mówi, że w Bydgoszczy nic się nie dzieje, szczególnie w kulturze, to źle o nim świadczy – mówi Norbert Krawczyk, emerytowany dziennikarz współpracujący m.in. z „Kalendarzem Bydgoskim”, autor książki „Analfabet bydgoski”.

– Co cię tak wzięło na pisanie? Najpierw opowiadania „Zez”, teraz „Analfabet bydgoski”.

– Ojcem chrzestnym „Analfabetu” jest Krzysztof Rogoziński, dziennikarz radiowy i autor słuchowisk. Kiedyś rozmawialiśmy o ludziach, historii i on mówi: – „Norbert, z twoją wiedzą usiądź i napisz wspomnienia”. Odpowiedziałem, że jestem za leniwy. Poradził, żebym wszystko nagrał i dał do przepisania.

Przyznaję, że podczas moich prawie 80 lat przeżyłem wiele historii. Urodziłem się rzut beretem stąd.

– Na rogu ulic Olszewskiego i Świerczewskiego.

– O nie, wtedy, w 1947 roku było to jeszcze Kordeckiego – Świętej Trójcy. Róg święty. Dopiero później został rogiem komuchów, czyli pochodzącego z Torunia działacza Komunistycznej Partii Polski Olszewskiego oraz generała Świerczewskiego.

O świętym rogu napisałem wcześniej w „Kalendarzu Bydgoskim”. Mieszkało tam wielu wspaniałych ludzi, jak np. doktor Marian Geppert, wieloletni szef pogotowia ratunkowego czy Jan Kulczyk, najbogatszy człowiek w Polsce. Nade mną mieszkał dziennikarz Zbyszek Urbanyi. Jego mama była nauczycielką muzyki, a tata, z pochodzenia Węgier był przed wojną dyrygentem. Do dziś pamiętam dźwięki pianina dochodzące z góry. Siostra Zbyszka była pierwszą kobietą dyrygentem. W tym fyrtlu mieściło się pięć fabryczek – np. poprzednik „Rometu” – „Tornedo” czy wytwórnia octu, musztardy i majonezu tam, gdzie dziś stoi ZUS.

– Pamiętasz także obecnie zasypany Stary Kanał Bydgoski.

– Latem chodziliśmy się w nim kąpać, a zimą była tam ślizgawka. Miałem łyżwy przykręcane do butów.

– Niedawno przetoczyła się dyskusja na temat odkopania fragmentu kanału.

– Byłaby na to szansa może za kilkanaście lat. Nie jestem entuzjastą tego pomysłu. Dzięki pieniądzom unijnym mogłaby powstać estakada samochodowa, a do Grottgera odkopać kanał. Choć z pewnością nie byłaby to prosta sprawa.

Wspomnienia związane z ulicą Świętej Trójcy spowodowały, że napisałem o kolejnym fyrtlu. Po 12 latach przeprowadziliśmy się na Plac Piastowski. Przy Chrobrego mieszkał znany poeta i pisarz Stefan Pastuszewski.

– Jak postrzegałeś Bydgoszcz w czasach młodości?

– Jestem zakochany i urodzony w Bydgoszczy. Mam dużo zdjęć zrobionych przez mojego ojca, który był fotografikiem. Jak porównać Bydgoszcz z mojego dzieciństwa z dzisiejszą? Miasto jest nie do porównania, zmieniło się bardzo pozytywnie, szczególnie Starówka i Wyspa Młyńska. Miałem do niej z domu może trzysta metrów. W tamtych czasach nic się tam nie działo, nie to co dziś.

Obecnie mieszkam na Osowej Górze. Jadąc do centrum wsiadam w autobus jednej lub drugiej linii. Na Grunwaldzkiej mijam gmach obecnego Zespołu Szkół Mechanicznych nr 1, w którym się męczyłem i uczyłem. Wjeżdżam w Focha, kiedyś Czerwonej Armii i z daleka widzę kościół Świętej Trójcy, moją pierwszą parafię. Mijam budynek, w którym mieściła się redakcja Ilustrowanego Kuriera Polskiego, gdzie pracowałem. Wjeżdżając w Królowej Jadwigi mijam Fredry, przy tej ulicy chodziłem do szkoły. Na Gdańskiej mijam radio. Przy teatrze przypominam sobie, jak szlifowaliśmy bruk chodząc do kawiarni Teatralnej na rogu Mickiewicza i Gdańskiej. Ciekawostką jest to, że były tam jedyne w mieście kawy w tygielkach i grał klezmer. Stamtąd, podrywając panienki, szło się do Placu Teatralnego i Starego Rynku i z powrotem.

– Prawie „aleja Lejka”, czyli szlak lokali zaprojektowanych przez niedawno zmarłego Stanisława Lejkowskiego.

– Jadąc autobusami przez miasto, powracają wspomnienia. Na szczęście z pamięcią nie jest u mnie jeszcze najgorzej. Kiedy zacząłem chodzić na tańce miałem 16 lat. Najlepszym miejscem był „Związkowiec”.

– Gdzie był ten lokal?

– Dziś przy ulicy Jagiellońskiej stoi Pałac Młodzieży, a kiedyś były tam kamienice. W podwórzu jednej z nich był „Związkowiec” z grającą szafą pełną nagrań prosto z USA! I to się działo w latach 1963-64! Płaciło się pięć złotych i tańczyło w rytm najnowszych amerykańskich przebojów. A co do muzyki, to my, uczniowie Technikum Mechaniczno-Elektrycznego regularnie chodziliśmy do filharmonii na koncerty.

– W „mechaniku” działała orkiestra szkolna, którą prowadził Jan Mąka.

– Chciałem w niej grać na tubie S, ale nie miałem słuchu, a na dodatek tuba była dla mnie za duża. Jan Mąka to była kultowa postać tej szkoły. Przy okazji, opowieści, że PRL był kulturalną czarną dziurą w kosmosie nie do końca są prawdziwe. Technikum było najlepszą szkołą w Bydgoszczy. Koledzy z technikum kolejowego i geodezyjnego twierdzili, że było inaczej.

Po ślubie wyprowadziłem się na pięć lat do Pruszcza Pomorskiego, a później wróciłem do Bydgoszczy, znalazłem pracę w Belmie i właściwie przez zbieg okoliczności zacząłem pisać, zostałem dziennikarzem. Mój tata był cudownym technikiem, był przekonany, że jego syn Norbert pójdzie w jego ślady i będzie co najmniej inżynierem.

– Czy dobrze pamiętam, że któryś nauczyciel zabronił ci podchodzić do urządzeń elektrycznych?

– To prof. Śledź z pracowni elektrycznej mieszczącej się wtedy w piwnicy. Usłyszałem: „Boże broń podchodzić do żadnego urządzenia elektrycznego”. Inny dodał: „z ciebie Krawczyk będzie elektryk jak z marchwi gwóźdź”! Nauka w technikum i praca w kilku przedsiębiorstwach pozwoliła mi zobaczyć, jacy są zwykli ludzie pracujący przy maszynach i nie jest tak, że ludzie prości to prostacy. Mamy pełno prostaków także z wyższym wykształceniem.

Kiedy w Belmie nie sprostałem zadaniu w dziale zaopatrzenia, chciałem zrezygnować z pracy, ale spotkany na korytarzu kolega powiedział: chodź do redakcji „Sygnałów”, to była gazeta zakładowa.

– Starsi dziennikarze mówią o tobie, że jesteś znakomitym gawędziarzem.

– Zawsze taki byłem. Z „Sygnałów” przeszedłem do „Głosu Zachemu”, a następnie do redakcji Ilustrowanego Kuriera Polskiego.

– Dziennikarstwo to było to?

– Zawsze mi leżało. Związany byłem z działami miejskimi oraz informacji, czyli trzeba było nauczyć się operowania skrótem. Starsi dziennikarze powtarzali, że cały tekst można poskracać, zostawić tytuł i jeszcze go skrócić. Miałem taką rozmowę z Kaziem Hoffmanem, dziennikarzem, poetą, który przychodził do nas do radia, szczególnie podczas gorących wydarzeń bydgoskiego marca. Później odszedł z Polskiej Agencji Prasowej. Pytałem go: – „Jak godzi poezję z pracą w agencji prasowej?” Odpowiedział: – „Tego rodzaju dziennikarstwo, podobnie jak poezja, wymaga lapidarności i umiejętnej syntezy opisującej wydarzenia”.

Zdzisław Pruss nazwał go „księciem bydgoskich poetów”.

– Kazimierz Hoffman powinien mieć w Bydgoszczy swoją ławeczkę, popiersie może pomnik?

– Koniecznie. To był bardzo skromny człowiek, podobnie jak Jurek Sulima-Kamiński. Odpowiada mi poczucie humoru Zdzisława Prussa, poety, liryka, fantastycznego kolegi. W swoim zawodowym życiu miałem szczęście, że spotkałem tak wspaniałych literatów. Zostawili potężny ślad w historii naszego miasta.

– Przywołam jeszcze Tadeusza Nowakowskiego, emigracyjnego pisarza, honorowego obywatela Bydgoszczy. On i jego książki były objęte cenzurą, nie mogły ukazać się w PRL-u.

– Tadeusza Nowakowskiego poznałem kiedyś na spotkaniu w „Węgliszku”. Mieszkał także przy Świętej Trójcy. Wracając do moich kolegów – jest nim wspomniany już Krzysztof Rogoziński, erudyta, wspaniały dziennikarz. To, że obracałem się wśród tak wielu ludzi pomagało mi później spojrzeć samokrytycznie na własną twórczość. Moje pierwsze opowiadania „Zez” są rozliczeniem zawodowym.

– Nie chcę cię rozliczać, ale w twoim biogramie nie ma ani słowa o przynależności do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i wyprowadzaniu sztandaru. Wstydliwy temat?

– Napisałem o tym w „Analfabecie bydgoskim”. „Uczestniczyłem w trzech ostatnich zjazdach PZPR (…) Na X zjeździe wystąpiłem z krytyczną oceną propagandy, szczególnie TVP i Dziennika Telewizyjnego (…). PZPR była partią niedemokratyczną rządzącą w niedemokratycznym, a w latach 1948 – 1955 totalitarnym państwie”.

Wstąpiłem do partii w wieku bodajże 27 lat. Należałem do Związku Młodzieży Socjalistycznej, byłem odpowiedzialny za kulturę pracując w redakcji zakładowej gazety. Pierwszy sekretarz komitetu zakładowego PZPR powiedział mi, że tacy ludzie jak ja, krytyczni, z własnym zdaniem potrzebni są w partii. To była fala gierkowskiego optymizmu, dużych inwestycji i poluzowanie doktryny.

Przyznaję się do oportunizmu przy wstępowaniu do partii. Dzięki temu można było zrobić karierę, co mi później wypominano. Odpowiadały mi hasła z tamtego czasu. Nie te górnolotne, ale potrzeby rozmiękczenia „socjalizmu”, bo to przecież nie był socjalizm. W 1976 roku wszystko się skończyło. Byłem do końca w PZPR, wyprowadzałem sztandar. Nawet w filmie Andrzeja Fidyka („Ostatki – ostatni zjazd PZPR 1990”) jestem pokazany. Czy żałuję? Myślę o tym, kiedy padają ekstremalne stwierdzenia, że byliśmy sowiecką kolonią. Nie było szansy wyjścia z tego wielkiego kołchozu. Sprzedano nas w Jałcie.

Dla mnie to również problem zdrady. Pomijam zdradę prywatną, bo tu mam grzechów wiele, ale symbolem zdrady dla wielu jest generał Ryszard Kukliński. Talleryand powiedział, że zdradził Napoleona, ale uratował Francję. Tak samo mówił gen. Kukliński. Jedni ocenią go jako zdrajcę, a drudzy powiedzą, że był bohaterem. Jedną z ważniejszych lektur był dla mnie „Zniewolony umysł” Miłosza.

– Przypomnę, że w PRL-u ta książka i Czesław Miłosz objęci byli cenzurą.

– Pisząc opowiadania zastanawiałem się, na ile byłem zauroczony hasłami z minionego czasu? W 1945 roku wielu lewicujących pisarzy, poetów liczyło, że w Polsce będzie socjalizm, a nie stalinizm. Mogę przyznać, że będąc w partii na pewno błądziłem, a koledzy działający w „Solidarności” mieli rację. Napisałem w książce: „Zdzisławowi Pająkowi, Michałowi Jagodzińskiemu oraz Jolancie Kuligowskiej – Roszak, którzy nie zostali zweryfikowani na początku 1982 winien jestem słowa ubolewania. My, których zweryfikowano pozytywnie, czuliśmy się fatalnie”.

Weryfikacja podzieliła nasze środowisko, trwa to do dziś.

– Po komunie z entuzjazmem wprowadzałeś telewizyjny kapitalizm, czyli TV EX.

– Ruszyliśmy z tą telewizją w 1992 roku. Przekonałem się w niej, co to znaczy jej siła. W spotkaniu z Nicola Grauso, włoskim wspólnikiem, obecny była tzw. ramówkarz, ustalający ramówkę programów. Decydował, że od rana do obiadu pójdą seriale dla gospodyń domowych, a wieczorem, kiedy ojciec wróci już z pracy, coś relaksującego. Na to wstaje naczelny z Wrocławia i mówi, że to nie tak, bo oni cyklicznie dawali sprawozdania z obrad rady miejskiej i grzały się redakcyjne telefony. Na to Grauso zdecydował, że raz będzie „Ojciec chrzestny”, a raz posiedzenie rady i zobaczymy, co wybiorą telewidzowie. No i telefon zadzwonił tylko raz podczas filmu i było dziesiątki telefonów podczas sesji. Ta siła telewizji ma do dziś kolosalne znaczenie, ale robi również dużo złego. Przy włączonych kamerach politycy zaczynają grać. Budzą się w nich „telewizyjne małpy”. Nie ma wtedy merytorycznej dyskusji, tylko wzajemne przekrzykiwanie się.

– Co sądzisz o dzisiejszym dziennikarstwie?

– Skok technologiczny spowodował, że „każdy pisać może” i wypisuje, co mu ślina na język przyniesie. W czasach mojej młodości dziennikarz miał pozycję, nazwisko. Dziś nie ma nawet samokontroli nad wypisywanymi treściami. Do tego chamskie zachowanie, na które jestem uczulony. Jest widoczne nie tylko na drogach, ale i w mediach. Tego nie odwrócisz, bo tu brakuje edukacji. My jesteśmy wychowani w innych czasach, w określonych rodzinach, a dziś rodziny są w rozsypce. W życiu publicznym nie ma autorytetów. Bluzgają także profesorowie i politycy. Nie ma mężów stanu, którzy byliby wyrocznią dla innych.

– Wróćmy do Bydgoszczy. Po Kordeckiego jeździł tramwaj?

– I strasznie zgrzytał. Przystanek był naprzeciwko i moja babcia, która przyjeżdżała spod Wielunia, pierwsze trzy noce w ogóle nie spała. Jeździła „jedynka” i „trójka” przejeżdżająca po nieistniejącym dziś kamiennym moście i jechała dalej Nakielską.

– Czegoś ci w mieście brakuje?

– Jeśli ktoś mówi, że w Bydgoszczy nic się nie dzieje, szczególnie w kulturze, to źle o nim świadczy. W mieście dzieje się bardzo dużo. Mamy wielu młodych twórców ze świetnymi, różnorodnymi pomysłami. Opera, filharmonia istnieją od lat i przynoszą miastu chwałę. Kampus Akademii Muzycznej to już poziom światowy. Ludzie narzekają na komunikację miejską, a ja pamiętam czasy, kiedy naprawdę długo czekało się na autobus czy tramwaj. Szkolnictwo wyższe? Mamy kilka uczelni. A inwestycje Adama Sowy? Jatki, cukiernie! Mieszkałem także przy Placu Piastowskim, na Pomorskiej. Sto metrów ode mnie była pierwsza piekarnia Alfonsa Sowy, taty Adama. Tam chodziło się po chleb i ciepłe bułki. Adam jest przykładem człowieka z inicjatywą, pomysłami i wizją, który potrafił zrobić coś pozytywnego nie tylko dla siebie, ale dla miasta.

– Kto się obrazi za twoją książkę? Które hasła wywołają skandale?

– Nie skandalizuję. Kilka lat temu Roman Sidorkiewicz, mój kolega wydał dwie książki: „Bydgoszcz – mój fyrtel”. Zawierały także skandalizujące treści. Mój „Analfabet” wysłałem Romanowi Sidorkiewiczowi. Odpisał, że w mojej książce brakuje mu pieprzu i soli. Czyli sensacji o naszych kolegach i znajomych.

Miałem opory przed pisaniem o tym, bo – jak już mówiłem – sam jestem pełen grzechu i jeżeli napiszę, że „X” pił i prowadzał się z panienkami, to zapytają: a ty co? Skoro nie znoszę chamstwa, to napisałem w miarę kulturalną i spokojną książkę. Inteligentny czytelnik pozna, kiedy mrugam do niego bez pisania wprost. Wykorzystałem też wspomnienia Jurka Sulimy – Kamińskiego i Zdzisława Prussa. I jeżeli o kimś pisałem, to nie wymądrzałem się, tylko np. cytowałem szopkę Zdzicha Prussa z „Węgliszka”. Dobrze jest przypomnieć ich twórczość.

Planuję drugie wydanie rozszerzone o  kolejne hasła.

„Analfabet bydgoski” można kupić osobiście lub zamówić przez internet w Wydawnictwie Margrafsen (ul. Asnyka 6) oraz w księgarni Gratka przy ul. Jezuickiej 24.

Zapisz się na newsletter „Bydgoszcz Informuje”!

Udostępnij: Facebook Twitter