Lekcja w cieniu kroplówki. Szkoła, w której dzieci uczą się między chorobą a nadzieją: „Bywało, że uczeń pisał egzamin w łóżku”

Ola uczy się w trzeciej klasie technikum logistycznego, w szpitalnej szkole nr 33 / Fot. B. Witkowski/UMB

– Chcę skończyć klasę, bardzo mi na tym zależy – mówi Ola, pacjentka oddziału onkologicznego Wojewódzkiego Szpitala Dziecięcego w Bydgoszczy. Mieszka na oddziale razem z mamą. Ich życie od miesięcy toczy się między leczeniem, badaniami i lekcjami w Szkole Szpitalnej nr 33.

O szkołach szpitalnych zrobiło się w ostatnich miesiącach głośno w całej Polsce, gdy jedna z maturzystek przystąpiła do egzaminu dojrzałości w warunkach szpitalnych. Wtedy dla wielu osób stało się jasne, że nauka nie kończy się tam, gdzie zaczyna się choroba.

Gdy w czerwcu uczniowie w całej Polsce odbierają świadectwa i planują wakacje, w bydgoskich szpitalach trwa zupełnie inny rytm szkolnego życia. Tu dzwonek nie oznacza przerwy, a lekcja może odbyć się przy łóżku pacjenta. Szkoła Szpitalna nr 33 w Bydgoszczy pokazuje, że edukacja nie zawsze ma cztery ściany i tablicę. Działa od 1959 roku. Dziś obejmuje kilka szpitali i kilkadziesiąt nauczycieli, którzy każdego dnia wchodzą na oddziały, by prowadzić lekcje tam, gdzie życie toczy się między badaniami, diagnozami i terapią.

– Byliśmy trochę zdziwieni, kiedy w mediach zrobiło się głośno o maturzystce piszącej egzamin w szpitalu. U nas takie sytuacje nie są niczym wyjątkowym – mówi Izabela Maciejewska, dyrektorka Szkoły Szpitalnej nr 33 w Bydgoszczy. Jak podkreśla, co roku uczniowie podchodzą do egzaminów w warunkach szpitalnych, choć nie zawsze jest ich wielu. – W tym roku mieliśmy trzy maturzystki. To dla nas normalna część pracy, nie wydarzenie medialne.

Dyrektorka zwraca uwagę, że decyzja o podejściu do matury należy wyłącznie do ucznia. – To są dorośli ludzie. Jeśli kończą liceum, chcą zdać maturę, bo mają swoje plany, nawet jeśli nie zawsze dotyczą one natychmiastowych studiów.

W tym roku wszystkie trzy maturzystki deklarują dalszą naukę – dwie chcą studiować filologię angielską, jedna myśli o weterynarii.

Szpital zamiast szkoły

Szkoła szpitalna działa w kilku miejscach – w Wojewódzkim Szpitalu Dziecięcym, Szpitalu Uniwersyteckim oraz w Szpitalu Zakaźnym. Każde miejsce ma swoją specyfikę, a zajęcia dostosowane są do stanu zdrowia uczniów. Na onkologii, hematologii czy psychiatrii lekcje odbywają się w salach, czasem w trybie indywidualnym, przypominającym korepetycje. Zdarza się jednak, że nauczyciele prowadzą zajęcia przy łóżkach pacjentów. – Bywało, że uczeń pisał egzamin w łóżku, bo nie mógł się poruszać. Komisja przychodziła do sali chorych. Procedury są takie same jak wszędzie, tylko warunki inne – tłumaczy dyrektorka.

W szpitalnej edukacji nie ma miejsca na improwizację w kwestii egzaminów – obowiązują te same zasady co w szkołach tradycyjnych. Różnica polega na tym, że to system dostosowuje się do dziecka, a nie odwrotnie. Dla wielu uczniów szkoła szpitalna staje się elementem codzienności, który pozwala utrzymać rytm dnia mimo choroby. Zdarza się, że największym wyzwaniem jest nie sam uczeń, lecz jego otoczenie.

– Rodzice czasem mówią: „niech odpocznie”. A my tłumaczymy, że ta aktywność jest ważna.

Szkoła szpitalna nie kończy pracy wraz z rokiem szkolnym. – Dzieci odbierają świadectwa w swoich szkołach macierzystych, ale my też organizujemy zakończenia na oddziałach – mówi dyrektorka. Placówka działa również w wakacje, choć wtedy dominuje działalność wychowawcza i kreatywna. – Dzieci na to czekają, czasem jeszcze bardziej niż na lekcje w roku szkolnym.

Pacjentka nie przestaje być uczennicą

Po rozmowie z dyrektorką kieruję się na oddział onkologiczny Wojewódzkiego Szpitala Dziecięcego w Bydgoszczy. Tam poznaję Olę, uczennicę trzeciej klasy technikum logistycznego. Od stycznia 2026 roku nastolatka zmaga się z mięsakiem. Choroba zatrzymała jej codzienność, ale nie zatrzymała nauki.

– Dostaję zadania z mojej macierzystej szkoły, a dodatkowo uczę się tutaj, w szpitalu – opowiada. Ola mieszka na oddziale razem z mamą. Ich życie od miesięcy toczy się między leczeniem, badaniami i lekcjami. – Mam indywidualne zajęcia. Chyba nie ma na oddziale nikogo w moim wieku. To trochę jak korepetycje – dodaje.

Kiedy Ola trafiła do szpitala, szybko poznała zasady nauki w nowym miejscu. – Przyszła pani Kasia do mojego pokoju, przedstawiła się i powiedziała, że mogę się uczyć, ale nic nie muszę robić na siłę. Od razu złapaliśmy dobry kontakt. Atmosfera jest bardzo dobra – wspomina.

Choroba zmieniła codzienność Oli, ale nie odebrała planów. – Zaczęłam się jeszcze bardziej przejmować nauką. Chcę skończyć klasę, bardzo mi na tym zależy.

W swojej szkole macierzystej powinna właśnie przygotowywać się do egzaminów zawodowych. Wie, że być może nie wszystko uda się zrobić od razu, ale nie chce rezygnować. – Nawet jeśli nie teraz, to później. Chcę to nadrobić – mówi.

W szpitalu znajduje też okazję, żeby na chwilę oderwać się od trudnej codzienności. To właśnie dodatkowe zajęcia kreatywne, których na oddziałach nie brakuje. – Ja bardzo lubię takie kreatywne prace manualne. Robię bransoletki ze sznurków. To mnie zajmuje i trochę odciąga myśli – dodaje z uśmiechem.

Ola nie mówi o chorobie jak o końcu świata, raczej jak o etapie. Kiedy pytam, co chciałaby przekazać nowo zdiagnozowanym rówieśnikom, odpowiada spokojnie: – Na pewno, żeby się nie załamywali i nie poddawali, tylko funkcjonowali tak, jak do tej pory to robili. Cały czas żyli normalnym życiem, bo to nie jest koniec świata. Ta choroba się wyleczy i dalej trzeba będzie wrócić do normalnego życia, więc nie ma co się załamywać – mówi Ola. Oprócz nauki częścią tej normalności jest dla niej chociażby dbanie o siebie. Spotykamy się w piątek, chwilę przed jej przepustką do domu. Dziewczyna z radością planowała nowy wzór swojego manicure. Bo przecież w każdych warunkach trzeba pamiętać o sobie.

Nauczycielki od codzienności

W szkole szpitalnej nauczyciel nie wchodzi do klasy, tylko na oddział. Zamiast szkolnego dzwonka są rozmowy z lekarzami, zamiast ławek – szpitalne sale, czasem nawet łóżko pacjenta.

– To nie jest praca ławkowa. To jest praca przyłóżkowa – mówią nauczycielki. Każda z nich ma swoją „przestrzeń” – oddział, który zna niemal jak drugi dom. Jedna pracuje z dziećmi kardiologicznymi, inna z onkologią, jeszcze inna z psychiatrią. To nie jest przypadkowy podział – tu liczy się ciągłość relacji i znajomość historii pacjentów.

– U mnie dzieci się zmieniają cały czas. Czasem są trzy dni, czasem trzy miesiące. Trzeba się nauczyć wchodzić i wychodzić z ich świata bardzo szybko – mówi jedna z nauczycielek.

W szpitalnych klasach nie ma jednej stałej grupy. Są za to spotkania, które trwają chwilę, ale często zostają w pamięci na długo. – Ja zawsze mówię, że to jest misja. Że mamy dzieciom oddać skrzydła, które choroba im na chwilę podcina – dodaje nauczycielka.

Nie można się nie angażować

Praca w szkole szpitalnej wymaga emocjonalnej odporności, ale też dużej wrażliwości. Nauczycielki przyznają, że na początku trudno jest oddzielić pracę od emocji. – Pierwszy rok jest najtrudniejszy. Ja wracałam do domu i płakałam – słyszę.

Z czasem pojawia się dystans, ale nie oznacza on obojętności. Raczej umiejętność bycia obok dziecka, bez przeciążania się każdą historią. – Trzeba nauczyć się zdrowego dystansu, bo inaczej nie da się tu pracować. Ale to nie znaczy, że przestajemy czuć – podkreśla nauczycielka.

Są historie, które zostają na długo. Szczególnie te najtrudniejsze, kiedy mimo leczenia nie zawsze udaje się wygrać z chorobą. – To się nosi w sobie. Tego nie zostawia się za drzwiami – mówią wprost. Lekcje nie są tylko nauką. Są też rozmową, obecnością, powrotem do normalności.

– Czasem dziecko mówi: „super, że pani przyszła, bo na chwilę zapomniałem, że jestem w szpitalu” – słyszymy.

Dlatego nauczycielki nie tylko uczą, ale też organizują zajęcia plastyczne, muzyczne i teatralne. Dzięki wsparciu fundacji i darczyńców dzieci mogą malować, tworzyć, budować i działać. – Jedne zajęcia potrafią kosztować kilkaset złotych. Bez wsparcia z zewnątrz nie byłoby to możliwe – przyznają.

Nauczycielki podkreślają, że ich praca daje ogromną satysfakcję, ale nie ukrywają, że jest też trudna emocjonalnie. – Tu nie da się być obojętnym. Te dzieci stają się „nasze” – mówią.

I choć każdy dzień wygląda inaczej, jedno się nie zmienia: próba dania dzieciom choć odrobiny normalności w miejscu, które normalne nie jest. – My nie zmienimy ich choroby. Ale możemy sprawić, że przez chwilę będą po prostu uczniami – dodają nauczycielki uczące w Wojewódzkim Szpitalu Dziecięcym w Bydgoszczy.

Zapisz się na nasz newsletter!

Udostępnij: Facebook Twitter