Justyna Jułga Fot. Anna Łukaszewicz
– Moja sztuka nie przemawia wielkimi słowami lub groźnymi scenami. Chcę promować piękno jako istotną wartość w naszym życiu – mówi Justyna Jułga, malarka, fotografka, edukatorka sztuki.
Roman Laudański – Niedługo sztuczna inteligencja napisze za mnie wywiad z Justyną Jułgą, a za panią namaluje obrazy, zrobi zdjęcia i zaprojektuje ubrania. Będziemy niepotrzebni?
Justyna Jułga – Na razie to ja jestem bezczelnym użytkownikiem sztucznej inteligencji, która robi „za mnie” interesujące projekty ubiorów. Wymyślam i projektuję kolejne modele. „Wrzucam” szkic sukienki, mój portret lub portret mojej modelki, wymyślam kolorystykę, faktury i wzory tkanin, czasem mocno skomplikowane, z dodatkiem sztucznych kamieni, haftów i aplikacji. No i piszę „prompty”, czyli wskazówki słowne oprócz materiału wizualnego. AI wszystko układa, pokazuje na ekranie i czasem mam już gotowy projekt, a czasami po kilku takich próbach jest właśnie taki, jakiego szukałam.
– Projekt finalny wychodzi z komputera.
– Produktem finalnym nadal będzie sukienka, której nie uszyje sztuczna inteligencja. Cały proces zaczyna się ode mnie, a skończy w warsztacie krawieckim.
– Zostawmy na boku sztuczną inteligencję, jest pani Bydgoszczanką?
– Tak, od urodzenia, z przerwą na studia w Toruniu, mieszkałam przy ulicy Chrobrego w Bydgoszczy. Obecnie nadal mieszkam w centrum miasta. Przy okazji, nie rozumiem animozji bydgosko – toruńskich. Oba miasta są piękne, w obu mieszkają fajni ludzie.
Moja mama pochodzi ze Święcian na Wileńszczyźnie. W czasie wojny ta część rodziny trafiła do Bydgoszczy. Tata natomiast urodził się w małym Rybowie w Wielkopolsce, gdzie znajduje się tablica pamiątkowa poświęcona ojcu, a w ośrodku kultury są plansze poświęcone jego aktywnościom artystycznym. W Bydgoszczy nie ma żadnego upamiętnienia taty, który tu malował, fotografował, pisał wiersze i był dyrektorem Biura Wystaw Artystycznych.
– A obrazy ojca?
– Są, chociaż rozproszone, w licznych galeriach i muzeach. Ostatnią wspólną wystawę obrazów rodziców oraz moich, mieliśmy już po śmierci taty, w Bibliotece UKW. Rodzice poznali się w pracy, w Biurze Wystaw Artystycznych, które później prowadzili razem przez trzydzieści lat. Na początku pracy w BWA, tata irytował mamę swoimi pomysłami, „wymądrzał się”, jak mówiła. Później się polubili aż po zakup białej sukni…

Justyna Jułga Fot. Barbara Kawka – Kos
– Wychowywała się pani w pracowni pomiędzy sztalugami?
– Raczej przemierzając trójkołowym rowerkiem sale wystawowe BWA oraz bawiąc się w chowanego z Anią Drejas, też córką artysty, Kazimierza Drejasa, wśród abakanów – przestrzennych realizacji Magdaleny Abakanowicz. To były świetne kryjówki!
– W BWA była wystawa abakanów?!
– Tu było zawsze wiele interesujących wystaw, często znanych artystów polskich i światowych. Osobiście brakuje mi dziś wystaw sztuki bydgoskiej, m.in. w formie Biennale Sztuki Bydgoskiej, które moi rodzice realizowali co dwa lata. Dziś jest Konkurs Malarski im. Wyczółkowskiego, adresowany do wszystkich artystów w całej Polsce. Nie ma lokalnej imprezy integrującej środowisko. Działalność Galerii Wspólnej to trochę za mało, żeby połączyć całe środowisko twórców. Dodam, że nieinternetowe pokolenie mojej mamy wycięte jest z informacji o wystawach, konkursach i plenerach, bo już mało kto wysyła papierowe zaproszenia, czy chociażby esemesy. Oni byli i są najliczniejszym pokoleniem bydgoskich artystów. W ich czasach młodzi ludzie po bydgoskim liceum plastycznym wybierali studia poza Bydgoszczą, ale tu wracali. Z mojego pokolenia wracało już mniej, a dziś przeważnie „nowi” artyści studiują poza krajem i zostają w świecie.
– Jak artyści – rodzice zniechęcali panią do zajmowania się sztuką?
– Nie puścili mnie do liceum plastycznego, bo ich zdaniem było to zagłębie wszelkiego zła, np. narkotyków, a przedmioty ogólnokształcące miały tam być na słabym poziomie. Żałuję osobiście, że tam się nie uczyłam, bo tak naprawdę, to dobra szkoła. Wysłali mnie do „Jedynki”. Najwyższe wymagania, najmniej czasu na swoje życie, bo cały czas trzeba było się uczyć. Byłam na tyle odważna, że po maturze zdawałam na Akademię Sztuk Pięknych w Gdańsku. Nie miałam jeszcze dobrego przygotowania, więc nie wyszedł Gdańsk, ale dostałam się później do Torunia. Gdańsk był bardzo przydatnym doświadczeniem, bo chodziło nie tylko o zdolności, ale i o kondycję. Egzaminy trwały kilka dni po osiem godzin z przerwą.
– Tak bardzo chciała pani malować?
– Nie było innej opcji. Nie chciałam niczego innego. Część rodziny widziała we mnie lekarza, bo to bardzo pożyteczny zawód, uprawiała go mamy siostra, szwagier, obecnie kontynuuje go ich córka, będąca uznanym kardiologiem. To jednak nie było dla mnie.
– Co takiego jest w malowaniu?
– Mnie uzależnia i naprawdę sprawia radość. To również trochę arteterapia. Moja sztuka nie przemawia wielkimi słowami lub groźnymi scenami. Chcę promować piękno. Przekazywać to, co mieści się w moim zmyśle estetycznym. Malowanie jest ulgą, wytchnieniem za pomocą obrazu, który tworzę, cieszę się gdy niesie to również oglądającym. Może teraz nie jest to pogląd popularny i maluje się bardziej nowocześnie, ale dla mnie ten sposób obrazowania jest na razie tym, co chcę robić. Podobnie jest z fotografią oraz strojami. Ktoś mnie kiedyś zapytał, czy nie mogę projektować odzieży dla „zwykłych” ludzi? Odpowiadam, że nie, bo moda wysoka, unikatowe kreacje na wielkie wyjścia, bardziej mnie interesują i motywują, są często zainspirowane moimi obrazami i moją wyobraźnią.
– Od czego zaczęło się projektowanie?
– Najśmieszniej na świecie, bo od malowania jajek wielkanocnych, czyli od 4 kwietnia w tym roku. Z jednym, abstrakcyjnym nie dawałam sobie rady. Najpierw było to oporne jajko z coraz bogatszą fakturą, później z pomocą sztucznej inteligencji projekt tkaniny inspirowany jajkiem, a na końcu pierwsza suknia.
– Głównym motywem obrazów i zdjęć jest przyroda?
– Te dwa obrazy na ścianie przed nami inspirowane są zdjęciami z bydgoskiej palmiarni, o której pewnie nie wszyscy wiedzą. Piękne miejsce. Często najpierw robię zdjęcia, a później na ich podstawie maluję obrazy, np. „Kwitnący bananowiec” czy „Monochromatyk zielony”. Działam tak od wielu lat. Magnolie z ostatniego płótna rozkwitają co roku na Placu Weyssenhoffa.
W moich obrazach jest przyroda i pejzaże. Zdjęcia studyjne, to przede wszystkim portrety artystyczne i wizerunkowe. Przez kilka lat działałam także jako fotograf mody. Z Grażyną Ostropolską miałyśmy projekt „Pewna szafa”. Sesje fotograficzne z modelkami odbywały się w najróżniejszych miejscach.
– A fotografowanie miasta?
– Zostawiam miejską przestrzeń koleżankom, które robią jej świetnie zdjęcia: Zofii Ewie Ruprecht, Justynie Szelągowskiej, Agacie Kornik. Nie zamierzam z nimi konkurować w tej tematyce. Nigdy nie kusiło mnie fotografowanie miasta.
– Ma pani też dwie instalacje malarskie, do których jest pani bardzo przywiązana.
– W 2014 roku namalowałam „Rainoforest” – „Las deszczowy”. Drugą instalacją w podobnej formie był „Ogród podwodny”. „Las deszczowy” namalowałam na płótnie rozpiętym na ścianach. Długi na 33 metry i wysoki na trzy i pół metra, otaczał oglądających.
– Jak „Bitwa pod Grunwaldem”!
– Mój „Las deszczowy” jest trochę większy… Namalowałam go w niecałe dwa miesiące. Gdyby mi ktoś powiedział, że w tym czasie mam namalować pięć dużych obrazów, to popukałabym się w czoło. A jeszcze Wacław Kuczma, wtedy dyrektor BWA, przyglądał się mojej pracy i powtarzał: „Nie zdążysz, nie zdążysz”. Zdążyłam! Całość wywoływała różne reakcje. Kiedyś zobaczyłam, jak pod największym namalowanym drzewem medytuje moja koleżanka. Inni powracali, by jeszcze raz pobyć w tej przestrzeni. Skąd pomysł na las deszczowy? Moja kuzynka podróżuje po świecie i robi zdjęcia natury. Sama chętnie zaglądam do palmiarni w Bydgoszczy lub Poznaniu, w ostatnich latach udało mi się to także w Lizbonie i Rzymie. I jeszcze miły akcent, przez wiele lat w kasie BWA pracowała pani, która po „Lesie deszczowym” przyszła do mnie z wielkim bukietem róż i powiedziała, że to była jej ulubiona wystawa. A pracowała w BWA od czasu moich rodziców i widziała setki wystaw!
– Drugą instalacją malarską jest „Ogród podwodny” z 2016 roku. Praca prezentowana była m.in. w Olsztyńskim Centrum Inicjatyw Kulturalnych.
– Tę pracę nie tylko malowałam na płótnie, ale także na ciałach pozujących modelek. „Ogród podwodny” został stworzony w Galerii Wspólnej, pokazany był też w Muzeum Regionalnym w Wągrowcu.
– Wśród wielu pani aktywności jest także praca w szkole.
– Przed laty w Młodzieżowym Domu Kultury nr 3 uczyłam języka angielskiego. W „Dziewiątce” przygotowywałam licealistów do matury z plastyki po angielsku. Po takim kursie mają większe szanse dostania się na zagraniczne uczelnie artystyczne. Obecnie uczę sztuki po angielsku w międzynarodowej szkole International School of Bydgoszcz. Klasa maturalna miała w marcu u mnie wystawę swoich prac i były one naprawdę wyjątkowe, prezentowały wiele technik i poważne tematy, było co oglądać. To przekazywanie wiedzy połączone z inspirowaniem się tym, co tworzą uczniowie, bezcenne.
– O czym pani marzy?
– O albumie na temat mojej twórczości, było już blisko do jego wydania. Album nie jest marzeniem, a raczej zadaniem do zrealizowania.
Ostatnio zapisałam się na kurs projektowania on-line „Fashion Designer”. Nauczę się nie tylko projektować odzież w różnych programach komputerowych, ale i „odręcznie”. I nie będzie to projektowanie ze sztuczną inteligencją. Chciałabym także projektować tkaniny, z których byłyby szyte suknie i garnitury damskie.
– Proszę wyobrazić sobie sytuację, w której dwie panie w tych samych kreacjach spotkają się na jednej imprezie.
– Projektowałabym takie suknie tylko w jednym egzemplarzu dla konkretnej osoby. Bardzo często przy projektowaniu tkanin inspiruję się moimi obrazami. Obraz „Magnolie” może służyć jako inspiracja do stworzenia tkanin, ale również zaprojektowałam suknię, która układałyby się w sztywne płatki magnolii i w całości byłaby kwiatem.
Kiedyś współpracowałam z projektantką Agi Jensen. Zaprojektowała kilka sukienek, na których malowałam farbami do tkanin. To była bardzo ciekawa i miła współpraca. Czasem żartuję, że mam ADHD, ale mi ono nie szkodzi. Gdybym go nie miała, byłoby mi trudnej. Jest szkoła, malowanie, sesje fotograficzne, organizuję koncerty i wystawy w swojej Galerii.
– Wszystko w Bydgoszczy – mieście muzyki UNESCO. Profesor Aleksandra Simińska zgłosiła postulat stworzenia w Bydgoszczy dzielnicy plastycznej.
– Mamy Galerię Miejską bwa, Państwowe Liceum Sztuk Plastycznych, liczne galerie sztuki. Politechnika ma wydziały projektowe, gdzie uczą malarstwa, sztuki i projektowania. Uważam, że sztuka dorównuje muzyce i Bydgoszcz powinna także być miastem sztuki UNESCO. To również opinia związanego z Bydgoszczą i Toruniem Łukasza Wodyńskiego, którego zdaniem w naszym mieście dzieje się bardzo dużo w kulturze. Bydgoszcz przypomina klimaty stolicy sprzed lat kilkunastu. Tak poszliśmy do przodu. Nie tylko rozwijamy się architektonicznie (systematyczna odnowa stuletnich kamienic, nowoczesne budynki), ale także artystycznie. Tu się dużo dzieje, co inspiruje artystów, którzy są zgranym towarzystwem i razem działają.
– Jak wyglądało miasto z pani dzieciństwa?
– Wszystkie zabytkowe kamienice nie wyglądały dobrze, były jednolite w szarzyźnie. Teraz niektóre są naprawdę piękne i w dobrze dostosowanych kolorach. Ale patrząc na nowoczesną zabudowę, projektanci nie zawsze potrafią dostosować nowe obiekty do wcześniejszej zabudowy. Takim nieprzystającym obiektem jest moim zdaniem budynek przy ul. Grottgera zwany „Godzillą”. W innych częściach miasta również budowle pochodzą z różnych bajek.
– Co mówią o mieście znajomi i przyjaciele przyjeżdżający do Bydgoszczy?
– Jeśli ktoś długo nie był w Bydgoszczy, na pewno się zachwyca, że wszystko jest piękne, zadbane i nowoczesne, szczególnie w centrum miasta, na Starówce i na Wyspie Młyńskiej. Bardzo dobrze, że ludzie podziwiają Bydgoszcz, zasługuje na to.
Zapisz się na newsletter „Bydgoszcz Informuje”!


