Dwie piesze wędrówki Bydgoszczan dookoła Polski. Pierwsza odbyła się w 1929 roku – syn i wnukowie powtórzyli wyprawę

Artykuł z „Dziennika Bydgoskiego” z 1929 roku ze zdjęciami Tadeusza Rybki i Aleksandra Żurowskiego / Archiwum rodzinne

W 80 dni dokoła Polski – dwie piesze wędrówki wokół polskich granic dzieliło niemal 60 lat. W 1929 roku na taką wyprawę wybrał się z Bydgoszczy Tadeusz Rybka. Powtórzyli ją jego syn i wnukowie.

„W 80 dni pieszo dookoła Polski” – artykuł o takim intrygującym tytule nawiązującym do bardzo popularnej wtedy przygodowej książki Juliusza Verne’a przeczytali czytelnicy Dziennika Bydgoskiego. Był 8 listopada 1929 roku. Dwa dni wcześniej dwaj uczniowie Gimnazjum Humanistycznego wrócili ze swej pieszej wyprawy dokoła granic II RP. Wrócili niemal dokładnie w jedenaste w okresie międzywojennym Święto Niepodległości.

„Członkowie bydgoskiego hufca szkolnego gimnazjum humanistycznego Żurowski Aleksander i Rybka Tadeusz, którzy 19 sierpnia br. rano o godz. 6 wyruszyli z redakcji Dziennika Bydgoskiego pieszo naokoło Polski powrócili szczęśliwie dnia 6 listopada, odbywszy marsz 4200 kilometrów w 80 dniach. Dzielni młodzieńcy najserdeczniej podejmowani byli przez osadników naszych na Wołyniu i Polesiu. Serdecznie się też niemi zaopiekował prezydent miasta Nowogródka, p. Wolnik (rodem ze Ślesina)” – ten krótki artykuł pieczołowicie zachowuje w swoim rodzinnym archiwum Henryk Rybka, syn Tadeusza. Ze swymi pamiątkami i wspomnieniami przyszedł do redakcji „Bydgoszcz Informuje”.

W 80 dni dookoła granic II RP

– Ojciec mój to rocznik 1911. Chodził do gimnazjum humanistycznego w Bydgoszczy, męskiej szkoły, bo wtedy była osobna szkoła dla chłopców i dziewcząt. Ukończył gimnazjum w 1929 roku. Miał 18 lat i wybrał się z przyjacielem w wyprawę dookoła Polski. Chodzili do tej samej szkoły, uprawiali sport. Byli kajakarzami. Byli wysportowani i postanowili, że podejmą takie wyzwanie – przejść na piechotę wzdłuż granic II Rzeczypospolitej. To był taki patriotyczny gest i młodzieńcze wyzwanie. Weszli m.in. do Lwowa, byli w Wiśniczu na Wołyniu – opowiada Henryk Rybka.

Jego ojciec służył potem przed wojną w artylerii jako starszy bombardier w Toruniu. – Mam takie zdjęcie ze Starego Rynku, jak był na przepustce. Należał do klubu Łączność, który mieścił się na Babiej Wsi. Jako chłopiec chodziłem tam do ojca. Był kierownikiem sekcji na poczcie na Jagiellońskiej – wspomina Henryk Rybka, który po 56 latach, w 1985 roku postanowił powtórzyć wyczyn swego ojca i na piechotę powędrować wokół granic – już tych oczywiście powojennych.

Poszedł z synami. – Miałem wtedy 41 lat. Młodszy syn Bogdan miał 16, a Jacek – 19. Zostali wcześnie sklasyfikowani w szkole i poszliśmy razem – mówi Henryk Rybka. Razem z nimi wędrowali przez 3 tys. kilometrów Marek i Bożena Żurowscy, szlifierze z Rometu – Aleksander Żurowski, towarzysz Tadeusza Rybki w wyprawie z 1929 roku był ojcem Marka.

– Żegnał nas na Starym Rynku wiceprezydent Bydgoszczy. Złożyliśmy pod pomnikiem kwiaty i wyruszyliśmy do Gdyni na paradę okrętów. Startowaliśmy z Helu i stamtąd rozpoczęliśmy naszą wyprawę, najpierw wzdłuż wybrzeża Bałtyku do Świnoujścia. Ciągnęliśmy wózki z namiotami, prowiantem i całym sprzętem. Nie było sentymentów. Zakłady Mięsne dały konserwy, nasza Kobra przekazała buty. Od 8 maja do 22 lipca szliśmy wzdłuż granic Polski – wspomina Henryk Rybka i pokazuje wycinki z bydgoskiego „Dziennika Wieczornego”, który relacjonował wyprawę oraz gazet z różnych regionów Polski.

– A tu jestem ja i moi synowie w Dzienniku Wieczornym – powtórzyliśmy wyprawę ojców po 56 latach. Tak wyglądaliśmy wtedy – mówi Henryk Rybka.

„Pierwsze dni były najgorsze – bolały mięśnie nóg i ramion, protestował również kręgosłup przeciw nadmiernemu obciążeniu w czasie codziennych, pięćdziesięciokilometrowych etapów. Dziś uczestnicy pierwszej bydgoskiej pieszej wyprawy dookoła Polski mówią o tym z uśmiechem i bagatelizują niedawne ciężkie chwile na szlaku, ale przecież widziałem ich w dzień zakończenia „marszu czterdziestolecia”. W Gdańsku byli bardzo umęczeni. Mimo, że humorem pokrywali 75-dniową odyseę, to jej trudy mieli wypisane na twarzach. Wydaje się, że w najlepsze kondycji byli synowie Henryka Rybki – Jacek i Bogdan. Wiadomo – młodość. Do nich należało ciągnięcie dwóch wózków ze sprzętem wyprawy. Mocowali się z nimi w piaskach i w górach, walczyli na wzniesieniach i pofałdowanym asfalcie. 50 kilometrów każdego dnia!” – opisywał ich wyprawę „Dziennik Wieczorny” – bardzo popularna wśród Bydgoszczan popołudniówka.

Prowadzili kronikę swej wyprawy, podobnie zresztą jak ich ojcowie w 1929 roku. Zbierali poświadczenia pobytu z każdej miejscowości na trasie długiego marszu. Tak samo robili ich ojcowie.

Przygody i wspomnienia

A po drodze oczywiście były przygody – W Tatrach spotkała nas bardzo zła pogoda. Trzy dni tak lało, że nie podjęliśmy decyzji, żeby dalej iść. To było fizycznie niemożliwe. Trafiliśmy do górala, Andrzeja Bafii. Mieszkał w Suchym, wiosce przed Zębem, skąd jest Kamil Stoch. Akurat trafiliśmy na wesele góralskie. Tam nas ugościli po góralsku przez trzy i pół dnia. Potem ruszyliśmy przez Małopolskę do Przemyśla. Potem musieliśmy 20 kilometrów przejechać przez teren Ukrainy, wtedy to był Związek Radziecki. Celnicy zamknęli nas w wagonie, od zewnątrz założyli łańcuchy. Potem był Chełm, Janów Podlaski. W Kruszynianach-Krynkach gościli nas polscy Tatarzy, osiedleni tam przez Jana III Sobieskiego – wspomina Henryk Rybka.

Ich wyprawa z 1975 roku trwała 75 dni. – Pierwszego dnia, kiedy wyruszaliśmy,  poszliśmy na groby ojca i mamy.

Udostępnij: Facebook Twitter