Ewa Szarlej-Gierach na Torbydzie – archiwalne zdjęcie z występu na lodzie / Archiwum prywatne
– W życiu trzeba być optymistą. To bardzo pomaga! – mówi Ewa Szarlej-Gierach, trenerka łyżwiarstwa, była łyżwiarka bydgoskiej Polonii w jeździe parami i solo.
Roman Laudański: – Kiedy pani zaczęła jeździć na łyżwach?
Ewa Szarlej-Gierach: – Przygodę z łyżwiarstwem rozpoczęłam z siostrą i bratem w wieku siedmiu lat. To była świetna forma aktywnego spędzania czasu, która przerodziła się w profesjonalne uprawianie tej dyscypliny sportu aż do matury. Przyszła też pora na sukcesy sportowe w konkurencji par tanecznych, a później w działalności trenerskiej. Reprezentowaliśmy klub Polonia Bydgoszcz, a miejscem treningów było lodowisko Torbyd. Dodam, że w tamtych czasach sekcja łyżwiarska Polonii Bydgoszcz była potęgą w Polsce. Byliśmy z Wieśkiem (bratem) trzecią parą taneczną w Polsce w kategorii juniorskiej, ale mieliśmy też sukcesy w jeździe indywidualnej jako soliści.
Jak wyglądały treningi?
– Torbyd był lodowiskiem odkrytym, a mrozy były wtedy duże. Dla osiągnięcia sukcesu trzeba było trenować nawet przy minus dwudziestu stopniach Celsjusza. Klub Polonia miał swoje lodowisko przy ulicy Zamoyskiego, a także polewane lodowisko na stadionie, jak również na kortach. Pamiętam, że w tęgie mrozy po kwadransie trzeba było ściągać buty i ogrzewać stopy.
Mieliśmy najlepszego trenera w Polsce. To był mistrz Polski w łyżwiarstwie figurowym Franciszek Spitol. Trenował też ze mną Jacek Tascher, znany solista, później startujący z sukcesami w konkurencji par tanecznych, a obecnie komentator Eurosportu.
Pamiętam, jak skoczyłam pierwszego Axla i następne podwójne skoki. Dziś skaczą poczwórne, nie wiem, jak to jest możliwe.
W końcowym etapie skupiliśmy się już tylko na konkurencji par tanecznych, bo jako soliści musielibyśmy więcej trenować.
A jak było z muzyką?
– Kiedy sięgam pamięcią wstecz zastanawiam się jak dałam radę, bo drugą moją pasją była muzyka. Cała trójka rodzeństwa edukowała się muzycznie w Państwowym Liceum Muzycznym, ja na wydziale rytmiki. Fortepian był przedmiotem wiodącym, wymagającym codziennego ćwiczenia, tak jak jazda na łyżwach. O godzinie szóstej rano był trening na lodzie, a po nim szliśmy pieszo do szkoły na ulicę Gdańską.

Kto zaraził was łyżwiarstwem i muzyką?
– Wszystko zawdzięczam mamie, która nie pracowała, całkowicie poświęciła nam czas. Mieszkaliśmy przy ulicy Grodzkiej 6. Pobudka o piątej rano, śniadanie, pieszo do ulicy Focha (wtedy Czerwonej Armii) i tramwajem na lodowisko. My z tornistrami na plecach, a mama dźwigająca trzy pary butów łyżwiarskich, a czasami i cztery, bo zabierała również dla siebie.
Sukcesy?
– Największy sukces w parze tanecznej osiągnęliśmy na Mistrzostwach Polski. Liczyliśmy się w kraju. Jeśli chodzi o łyżwiarstwo, byliśmy trzecią potęgą w kraju.
Na jednym z archiwalnych zdjęć jeździ pani na wrotkach.
– Pamiętam! Wykonaliśmy z Wieśkiem kilka figur na platformie jadącej w pochodzie pierwszomajowym! Pochody były okazją do rywalizacji klubów sportowych.

Pokaz podczas pochodu. Fot. archiwum rodzinne
Prezentowaliście się również przed meczami hokejowymi.
– Był taki zwyczaj, że przed meczami hokejowymi Polonii figurowcy prezentowali się przed widownią. Pełne trybuny, syreny ryczą, a my, para taneczna i soliści wyjeżdżaliśmy na taflę. Zawsze były owacje.
Muzyka wygrała rywalizację z łyżwiarstwem, chociaż nie do końca.
– Rozpoczęłam studia w Akademii Muzycznej w Łodzi na wydziale rytmiki, a po ukończeniu studiów wróciłam do mojego rodzinnego miasta i rozpoczęłam pracę w Zespole Szkół Muzycznych im. A. Rubinsteina w Państwowym Liceum Muzycznym. Równocześnie rozpoczęłam pracę w klubie Polonia. Dużym wyzwaniem dla mnie – młodego pedagoga było nauczanie kilku przedmiotów (rytmika, technika ruchu, improwizacja fortepianowa). Wymagało to dużego zaangażowania, a klub sportowy chciał, żebym zajęła się trenowaniem par tanecznych. Byłam jedyną osobą w Bydgoszczy, która mogła to zrealizować.
Zadałam sobie pytanie: czy dam radę? Rozpoczęłam swoją dalszą przygodę z łyżwiarstwem. Muzyka i sport – moje dwie pasje nadal współgrały. Wspierała mnie mama i mąż, urodziłam syna Marcina.
Ta kolejna droga okazała się również pasmem sukcesów. Moje pary taneczne zdobywały medale w ogólnopolskich zawodach. Zawsze powtarzałam moim zawodnikom – pamiętajcie, że nauka jest na pierwszym miejscu, a przygoda z łyżwami ma być przyjemnością i to mimo osiąganych wyników, bo one kiedyś się skończą.
Dziś jest już pani na emeryturze.
– Moje uczennice miło mnie wspominają, a jeden z moich wychowanków trenuje młodych łyżwiarzy. Czasem zakładam łyżwy lub siadam do pianina i gram z pamięci kilka utworów.
Czym jeszcze interesuje się pani poza muzyką i łyżwiarstwem?
– Od dawna wiedziałam, że mam zdolności plastyczne. Jeszcze kiedy byłam uczennicą liceum muzycznego, jednym z przedmiotów był rysunek z nauczycielem panem Szkaradkiem, który uczył w Liceum Plastycznym. To on powiedział mi: „Ty się chyba pomyliłaś z wyborem szkoły”. Wówczas nie miałam czasu rozwijać tego talentu. Kiedy przeprowadziłam się do Niemcza, mam warunki, by tę olejną pasję rozwijać. Od przeszło dziesięciu lat maluję obrazy w grupie plastycznej w Gminnym Ośrodku Kultury w Osielsku. Maluję, bo lubię. Nasze obrazy są na wysokim poziomie, prezentujemy je na wystawach, wkrótce będzie następna. Rozwinęłam się w tej pasji, dziś maluję wszystko. Uczę się także języka angielskiego. W grupie są fajni ludzie. Po zajęciach idziemy na kawę, rozmawiamy.
Jak się czuję? Czasami na trzydzieści lat, góra czterdzieści. W życiu trzeba być optymistą. To bardzo pomaga!
Zapisz się na newsletter „Bydgoszcz Informuje”!


