Michał Kubiak – artysta-rzeźbiarz, Szwederowiak: Nie zamieniłbym Bydgoszczy na żadne inne miasto!

Michał Kubiak w swojej pracowni Fot. B. Witkowski/UMB

– Miłosz wrócił z Ameryki, spotykał się z profesorami i nagle do mnie dzwoni, żebym zrobił rzeźbę jego żony – wspomina Michał Kubiak, wielokrotnie nagradzany rzeźbiarz, autor kilku bydgoskich pomników

Roman Laudański: – Bydgoszczanin?

Michał Kubiak: – Odpowiem z dumą: Szwederowiak z urodzenia!

– Z perspektywy lat mógł pan obserwować zmiany w Bydgoszczy.

– W latach 70. wróciłem do Bydgoszczy ze studiów w Poznaniu. Nasze miasto było nieciekawe. Proszę mi wierzyć, nie chciałem mieszkać w Bydgoszczy! Powtarzałem, że chwilę tu pobędę i wrócę do Poznania, bo tam buzowała muzyczna i plastyczna kultura. No dobrze, w Bydgoszczy kultura muzyczna też już była – ustanowiona przez Andrzeja Szwalbego, który z Bydgoszczy zrobił muzyczne miasto. Bydgoszcz była wtedy szara i nieciekawa. A dziś nie zamieniłbym jej na żadne inne miasto!

– Skąd sztuka? Urodził się pan chwilę po wojnie, wokół bieda.

– Moim pierwszym „wyczynem” rzeźbiarskim była płaskorzeźba Fryderyka Chopina zrobiona na podstawie metalowych znaczków do wpinania w klapę marynarki. Dlaczego wyrzeźbiłem właśnie Chopina? Należałem do Chóry Chłopięcego Filharmonii Pomorskiej. Z okazji konkursu chopinowskiego wszyscy chłopcy dostali znaczki z Fryderykiem Chopinem. Byłem wtedy licealistą, uczyłem się w „Koperniku” na Szwederowie. Zastanawiałem się, jaką drogę wybrać w życiu. Klasa była bardzo kulturalna, o sztuce rozmawialiśmy, sami graliśmy, malowaliśmy i pisaliśmy pierwsze wiersze i prozę. Chodziliśmy na koncerty, wystawy. Do kina i do teatru. Między innymi środowisko ukształtowało moją świadomość artystyczną. Nie musiałem się zastanawiać nad wyborem kierunku studiów. Samo się zdecydowało.

Także Chopin zdecydował, że zacząłem poważniej myśleć o akademii. Zacząłem rysować, babcia miała ogród ze starymi drzewami. Potrzebowałem rysunków, własnej teczki do przedstawienia egzaminatorom. W ogrodzie babci rysowałem drzewa i pejzaże, dołączyłem również zdjęcie płaskorzeźby Chopina.

– A wybór rzeźby?

– Na początku dużo malowałem, dobrze wychodziły mi kopie obrazów starych mistrzów. Tylko rzeźba mnie bardziej pociągała i łatwiej przychodziła. W przypadku rzeźby niektórzy pytają: jak znajdujesz trzeci, przestrzenny wymiar? On jest z tyłu głowy. Nie wytłumaczę tego inaczej. Żaden artysta nie odpowie na pytanie dlaczego tak, a nie inaczej? Bo tak.

Odsłonięcie pomnika Lajkarza autorstwa Michała Kubiaka / Fot. B. Witkowski / UMB

– Pana ostatnie rzeźbiarskie „dziecko” to Lajkarz. Jak trafił do pana pracowni i na Plac Wolności?

– W Bydgoszczy od jedenastu lat Fundacja Fotografistka Katarzyny Gębarowskiej organizuje Międzynarodowy Festiwal Miłośników Fotografii Analogowej. W ubiegłym roku minęło stulecie wyprodukowania aparatu fotograficznego Leica i na ten jubileusz miał stanąć Lajkarz. Był gotowy, tylko nie był gotowy…

-…modernizowany Plac Wolności.

– Dlatego rzeźba przeczekała w magazynie odlewni, ale wyszło jej to na dobre, bo już nie była taka świeża. Ideą pomnika było przypomnienie, że byli fotografowie, którzy w latach 30. ubiegłego wieku wyszli ze swoich zakładów fotograficznych i robili Bydgoszczanom zdjęcia na ulicy. Najczęściej używali do tego aparatów Leica. Jeden z nich, Bolesław Langer robił zdjęcia właśnie tym miejscu. Nie zrobiłem rzeźbiarskiego portretu Langera, to moje wyobrażenie. Cała koncepcja skupiała się na tym, żeby dobrze scharakteryzować układ rąk trzymających miniaturowy aparat, który wtedy był nowością. Fachowy chwyt jest taki jak na rzeźbie. W sensie kompozycyjnym to trudny zabieg. Chyba mi się to udało, bo wiarygodny jest nie tylko układ rąk trzymających aparat, ale i cała postać. 

– Miał pan swój aparat fotograficzny? Robił pan zdjęcia?

– To ciekawe, miałem aparat, ale fotografia mnie nie pociągała. A przy dzisiejszych możliwościach związanych z cyfryzacją, aparatami w telefonach, to mnie w ogóle nie bierze. Żona robi zdjęcia.

– Jak już stoimy przy Lajkarzu na Placu Wolności, to weźmie pan udział w konkursie na nowy Pomnik Wolności?

– Zdecydowanie nie. To znakomite miejsce dla pomnika, który już istnieje: króla Kazimierza Wielkiego na koniu. Trzeba ten pomnik po prostu przestawić na Plac Wolności. Po co robić konkurs? Król, który ustanowił prawa miejskie stoi dziś na tle garażu. Godniejszym miejscem będzie Plac Wolności.

– Pomniki wędrujące po mieście już mieliśmy: Łuczniczka, prezydent Barciszewski…

– także został przestawiony pomnik męczeństwa na Starym Rynku. Nie widzę problemu w przestawieniu Kazimierza. Słyszę to od wielu ludzi. Każdy konkurs jest trudny do wiarygodnego rozstrzygnięcia, żeby się wszystkim podobało. W dzisiejszych czasach rzeźba nie jest rzeźbą, a malarstwo nie jest malarstwem. Czy otrzymamy projekt architektonicznie i rzeźbiarsko uzasadniony? Z tego co słyszę, w komisji konkursowej nie ma rzeźbiarza ani architekta. Dziwne. To fachowcy powinni wybierać. Plac Wolności jest ważnym i ładnym miejscem w mieście, tam nie może stanąć coś, co będzie zgrzytem. Przy okazji, co to jest w sensie przestrzennym i plastycznym wolność?  To może być np. łuk triumfalny, ale i tak głosy będą się wahały. Król jest projektem stuprocentowym.

– Może nie trzeba było rozbierać starego pomnika?

– Stary był historią. Podobnie jak pomnik Stanisława Lejkowskiego (zwany „taboretem” przyp. red.) przy VI LO.

– Z Placu Wolności mamy już niedaleko do innych pana rzeźb: ławeczki Rejewskiego, Wędrowca u zbiegu Pomorskiej i Gdańskiej, a przed filharmonią stoi pomnik Andrzeja Szwalbego.

– Marian Rejewski był znakomitym szyfrantem, Bydgoszczaninem. Przyspieszył zakończenie wojny, a po powrocie do kraju musiał udawać kogoś innego. Nikt nie korzystał z jego umiejętności. Jego siostra, Aniela Rejewska uczyła mnie geografii. Zmarła podczas mojej nauki w liceum. Dopiero później uzmysłowiłem sobie, że jej bratu robię pomnik! Tak układały się losy. A czy ja kiedykolwiek pomyślałem, że Czesław Miłosz zwróci się do mnie, żebym zrobił rzeźbę jego żony Carol?!

– Ta historia robi duże wrażenie.

– Miłosz wrócił z Ameryki, spotykał się z profesorami i nagle do mnie dzwoni, żebym zrobił rzeźbę jego żony. Zrobiłem. Rzeźba stoi w krakowskim mieszkaniu Miłosza, a popiersie Czesława Miłosza jest w Filharmonii Pomorskiej. Popiersie pojawiło się tam dzięki Andrzejowi Szwalbemu…

– … który był niezwykle wszechstronnym człowiekiem.

– Skala jego zainteresowań była niesamowita. filharmonia, BWA, Opera Nova, której nie doczekał, ale widział początek, jak ona się rodzi.

– Andrzej Szwalbe zasługiwał na pomnik!

– I dlatego powstał. Z mojej inicjatywy. Ławeczka Rejewskiego powstała w 2005 roku, a Szwalbe w 2006 roku. Andrzej Szwalbe pozował mi do popiersia, które stoi w filharmonii. Dzięki temu, że wtedy zrobiłem popiersie portretowe, dużo łatwiej przyszło mi przygotować później całą sylwetkę. Rzeźby stojące na ulicy muszą być trochę większe niż człowiek, żeby nie przypominały krasnoludków. To kwestia odpowiednich proporcji, które muszą się tłumaczyć w perspektywie.

Pomyślałem, że skoro Rejewski uwieczniony jest ławeczką – pomnikiem, to Andrzej Szwalbe też na to zasługuje. Nie było pieniędzy na pomnik, ale pomyślałem o sponsorach. I tak się stało.

– Pomniki stojące w sąsiedztwie filharmonii to dobry pomysł?

– To kolejny pomysł Andrzeja Szwalbe. W końcu lat sześćdziesiątych kilka z tych pomników stało już w parku. Według Szwalbego filharmonia miała być przybytkiem muzyki otoczonym plastyczną przestrzenią. Pomniki finansowane były z Funduszu Zamówień Plastycznych Ministerstwa Kultury i Sztuki. Szwalbe nie wybierał autorów, to robiło ministerstwo. Popiersia portretowe powstawały też wewnątrz filharmonii i w sensie artystycznym jest to inna jakość niż to, co na zewnątrz. Genialne jest popiersie portretowe Wojciecha Kilara, Benjamina Brittena.

– A także pańskiej rzeźby Jerzego Waldorffa, która została wypożyczona…

– Waldorff jest w Radziejowicach, stoi na wysokim postumencie przed pałacem Krasińskich. Po prostu cukierek. Dyrektor Eleonora Harendarska wypożyczyła popiersie portretowe Jerzemu Kisielewskiemu, ponieważ festiwal w tej miejscowości odbywał się dzięki Waldorffowi. Jerzy Kisielewski przyjechał do Bydgoszcz, widział wyrzeźbione popiersie swojego ojca, Stefana „Kisiela” Kisielewskiego. Zasugerował, że Waldorff lepiej będzie pasował do Radziejowic. Zgodziłem się, bo przecież dużo moich rzeźb jest już w Bydgoszczy i w filharmonii.

Przy pomniku braci Śniadeckich. Michał Kubiak z prof. Markiem Adamskim, rektorem Politechniki Bydgoskiej. Fot. R. Sawicki/UMB

– Jak trafili do pana pracowni bracia Śniadeccy, niedawno odsłonięci przed Politechniką Bydgoską?

– Najpierw wykonałem ich na medalu, to były jeszcze czasy Akademii Techniczno-Rolniczej. Obecna rzeźba również była wzorowana na XVII-wiecznych płótnach. Nie jestem pewien, czy oni rzeczywiście tak wyglądali. Przecież każdy z artystów ma swój punkt widzenia i ich przekaz może być wiarygodny tylko w pewnym procencie. A ja przeniosłem ich z płaskiego medalu na przestrzenną statuetkę, a później na pomnik. XVIII-wieczne portrety pokazywały braci Śniadeckich zawsze w tej samej pozycji. Resztę musiałem sobie wyobrazić. Oświecenie miało różne warianty przedstawiania postaci na portretach. Według mnie w dużym pomniku jest większa wiarygodność niż w miniaturowych statuetkach.

– I tu dygresja, Politechnika Bydgoska niesamowicie wystrzeliła w swoim rozwoju.

– Zgadzam się, to kreatywność rektora i jego zespołu. Pędzą we właściwym kierunku. Przyciąganie młodzieży do tej uczelni wymaga kreatywności. Tego nie robi się przemówieniami, tylko czynem. Cieszę się, że pomnik tam stanął. To znak, pieczęć miejsca, które firmują figury z tamtego czasu. Bracia Śniadeccy byli prekursorami nowych metod nauczania.

– Ostatnie pańskie rzeźby to Lajkarz i bracia Śniadeccy. Co dalej?

– Każdy czynny artysta nie ma problemów z pomysłami, ale chciałbym się skupić na pracach prywatnych, na rzeźbach autorskich bez konkretnych, tematycznych zobowiązań. Jeszcze kilka prac chciałbym zrealizować w ramach cyklu Wędrowcy, także zająć się rysunkiem.

–  Wędrowcy pana nie opuszczają.

– To cykl, który jest drogą.

– Droga jest ważna w pana twórczości. Myślę też o drzwiach, które zrobił pan dla bazyliki i fary. Drzwi jako symboliczne przejście na drodze życia.

– To były konkretne zamówienia z okazji okrągłych rocznic. Są na nich sceny odwołujące się do konkretnych dat, wydarzeń. A co do drogi, to każdy z nas ma jakąś do przebycia od urodzenia do śmierci. W moim przypadku jest to poszukiwanie uniwersalnego pomysłu, który niezależnie od czasu i miejsca zawsze jest taki sam. Człowiek zawsze porusza się po linii wyznaczonej przez to, co przeżywa, do czego odwołuje się w historii lub co zostało z przeszłości. To dzieje się samo.

– Wędrowiec z rogu ulicy Gdańskiej i Pomorskiej wie, w którą pójdzie stronę czy jeszcze się waha? Zostawia pan swoim rzeźbom możliwość wyboru kierunku?

– Nie mają go, przecież w życiu również do końca nie wiemy czy wybieramy właściwą drogę. Jesteśmy przekonani, że tak, ale życie wszystko weryfikuje. Po prostu trzeba iść.

Flisak
Flisak / Fot. B. Witkowski / UMB

– Gdyby pana Wędrowiec skręcił w Gdańską, to doszedłby do kolejnej pana rzeźby – Flisaka nad Brdą.

– Marek Pietrzak, konsul honorowy Węgier zainicjował stworzenie rzeźby „Flisak hrabiego Czakiego”. To moja najbardziej autorska praca, chociaż na temat. Ma charakter wszystkich moich Wędrowców. Dała mi możliwość manipulowania formą.

– Czy jakieś pana pomysły nie doczekały się realizacji?

– Brakuje mi w mieście rzeźby Leona Wyczółkowskiego. Przed dwudziestu laty zrobiłem projekt pomnika z brązu w skali jeden do dziesięć. Wyczółkowski malujący przed sztalugami miał stanąć na Wyspie Młyńskiej, ale z niezrozumiałych dla mnie powodów nie doszło do realizacji. Chciałbym go zrobić. Kiedy miasto kupiło projekt, pojawiły się różne pomysły – o instalacji światło – dźwięk, co jest przecież inną bajką. Rzeźba jest ponadczasowa, jest fizyczną stron przedstawianej osoby. Leon Wyczółkowski niesie nasze miasto nie tylko w wymiarze krajowym, ale i europejskim. Jest Europejczykiem. Warto upamiętnić go pomnikiem.

– Jeżdżąc po niemieckich miasteczkach widywałem rzeźby – pomniki nie „z okazji”, ale dla radości zwykłych ludzi. W centrum jednego z nich napotkałem rzeźbę straganiarki sprzedającej szparagi. Obok stoi dziewczynka z koszykiem, która przyszła je kupić. Dalej prawdziwe stragany ze szparagami…

– Czy samo życie nie jest pomnikiem zwykłej osoby, o której – można powiedzieć – nie zasłużyła na pomnik, a jednak zapisała się w pamięci mieszkańców?

– Jak nasz Lajkarz.

– To także pomnik pamięci. Minionego czasu. Charakter miasta zależy i od takich obrazowań, przestrzennych interpretacji rzeźbiarskich. Pomnik, to niekoniecznie musi być jakiś gość na koniu, bo wygrał ileś bitew. Może być także zwykła osoba, która jest jednym z nas. Tzw. pomnik każdego z nas.

– Zachowało się fajne zdjęcie przedwojennych sprzedawczyń śledzi z beczek na Rybim Rynku. Może one kiedyś doczekają się pomnika?

– Koncepcje są różne i mają wpływ na atrakcyjność miasta zyskującego na takich wyobrażeniach. Pojawia się przestrzeń artystyczna, która stanie się atrakcją. Później ktoś powie: a byłem w Bydgoszczy i siedziałem na ławeczce z Marianem Rejewskim. Mam nadzieję, że Lajkarz będzie symbolem festiwali i fotograficznej Bydgoszczy.

Zapisz się na newsletter „Bydgoszcz Informuje”!

Udostępnij: Facebook Twitter