„Największe bohaterstwo jest ciche” – mówi reżyser Wojciech Kościelniak. W Teatrze Kameralnym w Bydgoszczy przygotowuje premierę „Dżumy”.

Pandemia, wojny i poczucie niepewności sprawiają, że powieść Alberta Camusa znów brzmi zaskakująco aktualnie. Reżyser Wojciech Kościelniak przygotowuje w Bydgoszczy sceniczną adaptację „Dżumy” i opowiada o ludziach, którzy w czasach kryzysu po prostu robią swoje.

Wojciech Kościelniak należy do najciekawszych polskich reżyserów teatru muzycznego. Słynie z odważnego przenoszenia na scenę klasycznej literatury – także tej uznawanej za trudną do adaptacji. Po sukcesie „Chłopców z Placu Broni” wraca do Teatru Kameralnego w Bydgoszczy z premierą „Dżumy” Alberta Camusa.

Daria Bołka: Trudno nie pomyśleć o pandemii COVID-19, kiedy rozmawiamy o „Dżumie”. Czy podczas pracy nad spektaklem miał Pan poczucie, że właśnie teraz ten temat brzmi szczególnie aktualnie?

Wojciech Kościelniak: I tak, i nie. Naturalne jest skojarzenie pandemii COVID-19 z epidemią dżumy w Oranie. Lęk przed chorobą, zarażeniem czy śmiercią jest w obu przypadkach bardzo podobny i trudno od tego skojarzenia uciec. Natomiast dla mnie ta książka od zawsze była czymś znacznie więcej niż opowieścią o epidemii. Już kiedy czytałem ją jako bardzo młody człowiek, miałem poczucie, że Camus mówi o czymś szerszym – o tym, jak zło pojawia się w świecie i jak odbija się w nas samych. W pewnym sensie jesteśmy lustrami, które to zło odbijają. Mam wrażenie, że w ogóle Camus, napisał nie tylko o zwykłej dżumie jako chorobie, ale że to jest właściwie opowieść o II wojnie światowej, o każdym totalitaryzmie. Bardzo mocno rezonowała w czasach PRL i w ogóle wszędzie tam, gdzie człowiek musi mierzyć się z presją systemu czy władzy. W tym sensie „Dżuma” jest ponadczasowa, bo dotyka doświadczenia, które powraca w różnych epokach.

D.B.: Każde pokolenie może odnaleźć siebie w tym tekście. Dziś znów żyjemy w świecie napięć i konfliktów, tym bardziej tragicznie wybrzmiewa ta uniwersalność, o której Pan wspomniał. 

W.K.: Kiedy zaczynaliśmy pracę nad spektaklem, nie wiedzieliśmy jeszcze, że będzie wojna w Iranie. Obok trwała już wojna w Ukrainie . I tak, jest lęk w nas przed wojną a taki lęk pobudza wyobraźnię. Dlatego w dużym stopniu te tematy się w nas odbijają. To nie jest książka, która bierze treści z księżyca. Kiedy się czyta tekst Alberta Camusa, można odnieść wrażenie, że one opisują współczesną rzeczywistość –  są tu i teraz. Ta książka mówi o różnych postawach. O tym, jak człowiek się sprawdza wobec opresji i jakby się zachował w obliczu trudnych wyborów.

D.B.: Jest Pan znany z tego, że sięga na scenie po trudną literaturę – często właśnie po teksty z kanonu lektur. Skąd u Pana ten kierunek? To przecież nie są oczywiste wybory na musical.

W.K.: Rzeczywiście, „Dżuma” nie jest pierwszym tytułem, który przychodzi do głowy, kiedy myślimy o musicalu. Podobnie było wcześniej z „Chłopami”, których zrealizowałem. Ale interesują mnie historie, które tworzą pełny świat i mają wyrazistych bohaterów. Musical przyzwyczaił nas do rozrywki, do widowiska, do energii scenicznej, ale dla mnie jest przede wszystkim formą opowiadania historii. Jeśli historia jest dobra i poruszająca, można ją opowiedzieć na wiele sposobów. Kiedy pojawiła się możliwość zmierzenia się z jednym z moich ulubionych tytułów literackich, nie wahałem się długo. Tym bardziej że pracuję tu z bardzo dobrym zespołem.

D.B.: To także Pana powrót do Teatru Kameralnego w Bydgoszczy po sukcesie „Chłopców z Placu Broni”.

W.K.: Zawsze powtarzam, że to nie ja wybieram miejsca, tylko miejsca wybierają mnie. Dostałem zaproszenie od dyrektora Mariusza Napierały i zaczęliśmy się zastanawiać, jaki tytuł mógłby pojawić się na scenie. Tym razem zależało mi na czymś poważniejszym. „Dżuma” wymaga zupełnie innych środków niż spektakl młodzieżowy. Trzeba tu znaleźć bardziej wyrafinowany język sceniczny, czasami mocniejszy, czasami bardziej powściągliwy. Jednocześnie zależy mi na tym, żeby spektakl był dla widza interesujący i angażujący, żeby ta historia rzeczywiście go poruszała.

D.B.: Będzie to spektakl muzyczny. Jak opowiadać śpiewem o tak trudnych emocjach jak cierpienie, lęk czy nadzieja?

W.K.: Śpiew (…) potrafi opowiadać o każdej emocji. Często zapominamy o tym, że muzyka sceniczna nie musi być tylko widowiskowa czy lekka. W musicalu przyzwyczailiśmy się do pewnego stylu – do energetycznego tańca, mocnego głosu, dużej ekspresji. Tymczasem można śpiewać także o sprawach bardzo trudnych: o chorobie, o stracie, o samotności. Wymaga to jednak innej muzyki, innej melodyki i większego skupienia na słowie. W naszej „Dżumie” nie chodzi o efekciarstwo. Bohaterowie Camusa to ludzie, którzy nie uważają się za wielkich bohaterów. Ich siła polega raczej na cichej, codziennej pracy. Oczywiście, że w pewien sposób łatwiej jest zaprogramować musical, który polega na tak zwanym „wykopie”, przytupie i tak dalej. No tylko, że myślę, że czasem trzeba spróbować inaczej. 

D.B.: Jak więc znaleźć równowagę między powagą książki a teatralną formą musicalu?

W.K.: To jest jedno z najważniejszych pytań przy tej realizacji. Z jednej strony nie chcemy rezygnować z ruchu scenicznego czy elementów musicalowych, bo to jest język teatru muzycznego. Z drugiej strony trzeba zachować spokój i refleksyjność, które niesie w sobie tekst Camusa. Dlatego ruch w naszym spektaklu bywa skrótowy, czasem bardziej symboliczny niż efektowny. Chodzi o to, żeby forma wspierała opowieść, a nie ją zagłuszała. Ten tekst prowokuje do ruchu, tylko innego rodzaju. W naszej realizacji ta gra po prostu będzie bardziej oszczędna w środkach.

D.B.: Czy akcja spektaklu pozostaje w realiach powieści?

W.K.: Nie przenosimy jej do współczesności z telefonami komórkowymi i internetem. Zachowujemy klimat Oranu z lat czterdziestych XX wieku, choć nie budujemy realistycznej rekonstrukcji miasta. W tej historii bardzo ważny jest motyw odcięcia mieszkańców od świata – zamknięte bramy miasta, brak kontaktu z bliskimi, poczucie izolacji. Dzisiaj, w epoce komunikatorów i wideorozmów, ten motyw utraciłby sens.  Dlatego opowiadamy to blisko tamtych realiów, jednak z pewnymi metaforami interpretacyjnymi, które nie robią dosłownego, realistycznego spektaklu. 

D.B.: W obsadzie pojawiają się jednak pewne zmiany – doktor Rieux staje się Bernardą Rieux.

W.K.: Niektóre postaci, tak jak Doktor Rieux to będzie Bernarda Rieux, ale również będzie

Jeanne a nie  Jean Tarrou. Z czego to wynika? To osoby walczące o świat. Za czasów Alberta Camus w naturalny sposób to byli mężczyźni. Jeśli mówimy o jakimś uwspółcześnieniu, to wykluczenie nagle z całej obsady kobiet, których praktycznie w książce nie ma, jest głęboko niesprawiedliwe. Mam wrażenie, że te kobiety dzisiaj są tą częścią społeczeństwa, która chyba w największym stopniu próbuje pchnąć świat do przodu. Uratować go, przykleić plaster na ranę i obandażować tam, gdzie krwawi. A my mężczyźni często jesteśmy pogubieni, jesteśmy często wykolejeni i często nie bardzo wiemy, jak sobie poradzić z tym światem. Do takiej jak w książce prostej pracy u podstaw, jak opieka nad chorymi czy praca z niepełnosprawnymi, bardziej angażuje się  kobiety. Jak się popytamy, kto pracuje najczęściej w tych domowych zaciszach, nie mówię, że wyłącznie, bo to by było krzywdzące dla wielu mężczyzn, ale najczęściej są to kobiety. Drugi argument jest taki, że zespół Teatru Kameralnego dysponuje równie fantastycznymi aktorami co aktorkami. No i teraz nagle wykluczyć je z obsady byłoby dużym problemem. Dodam, że scenariusz przesłaliśmy córce Alberta Camus i ona go zaakceptowała. Wielkie ukłony dla Mariusza Napierała i całego TK, bo nie jest łatwo nawiązać ten osobisty kontakt. Tu nie ma pośredników, nie ma agencji. Dostaliśmy jedynie zastrzeżenie, to jest moja wersja autorska.

D.B: „Dżuma” nie daje równoznacznych odpowiedzi. Ona nie nazywa wprost, ze ktoś jest zły lub dobry. Czy pan też tak tutaj będzie się starał to wyważyć, pokazać, że każdy z nas ma prawo do własnych życiowych wyborów?

W.K: Tak. Myślę, że ta książka jest dlatego tak cenna, bo wyważenie tych wszystkich emocji jest w niej mistrzowskie. Nie czuję się na siłach aby to poprawiać. Inną postawę prezentuje Cogard, dla którego ta dżuma jest czymś fajnym, bo chroni przed więzieniem. Inaczej się zachowuje Rambert, który marzy, żeby się tylko wyrwać z miasta. Tarrou czy Rieux prezentują pracę u podstaw. Postawę tych, którzy jeśli  nie mogą pokonać epidemii, to chociaż starają się ulżyć w cierpieniu drugiemu człowiekowi. Każdy nieco inaczej się pozycjonuje do tej choroby, do epidemii, do zamknięcia. Mi się wydaje, że fajnie jest się temu po prostu z boku przyglądać.

D.B.: Uważa Pan, że właśnie w takich czasach kryzysów, epidemii, wojen trzeba przypominać widzom też o tej odpowiedzialności nie tylko za siebie ale też za innego człowieka? O takim ciężarze moralnym każdego z nas?

W.K: Nie da się robić „Dżumy” i nie mieć poczucia, że to jest o czymś głębszym. Natomiast ja jestem bardzo daleki od tego, żeby pouczać widza, jak się ma zachować. Raczej sam Camus  gdzieś idzie w takim kierunku, że po prostu pokazuje różne postawy. Każda przedstawiona  postawa jest właściwie wewnętrznie spójna i z każdą się można identyfikować. Nie jest tak, że któraś jest z góry określona jako głupia a inna jako dobra. Każda ma swoje dobre i złe strony. To jest po prostu indywidualny wybór, jak się zachować w danym momencie. Nie moją rolą jest mówienie widzowi: zobacz, taką mam tezę, ja Wojtek Kościelniak. To by było głęboko niemoralne wobec samego autora. Staram się podążać za historią i z niej wychodzą sensy. I one pracują w głowie, one nas poruszają, a to już jest dużo. Są takie postawy, które mi się osobiście podobają – na przykład bardzo niemodna praca u podstaw. Jest ona – również w naszej opowieści – postawą bardzo nieefektowną. Ktoś, kto chodzi od domu do domu i pomaga, nie ma na czole napisane „jestem bohaterem”. Z drugiej strony spotykanie się z zarażonymi grozi śmiercią. I dla mnie to są prawdziwi bohaterowie. Cisi bohaterowie. Nie Ci, którzy walczą w efektowny sposób z chorągwią w ręku ale Ci, którzy robią swoje. To  jak Rieux mówi:  to co mogę zrobić w tym momencie to być przyzwoitym. To po prostu wykonywać porządnie swój zawód. Pokazanie ludzi pięknych, a czasami pogubionych czy pokaleczonych wydaje mi się jest cenne.

D.B.: W czasie pandemii też widzieliśmy takich cichych bohaterów. 

W.K.: Tak było. To bardzo szeroki temat i próba zmieszczenia tego współczesnego COVID-u w tym spektaklu by była narażona na bardzo wiele niekonsekwencji i rodziłaby niespójności w scenariuszu, czego chciałem uniknąć. Ufam, że teatr, ten ostateczny komunikat, spektakl, nazwijmy to, powstaje nie na scenie, tylko w głowie widza, w głowie odbiorcy. To naszym zadaniem jest wysłać ze sceny takie impulsy, takie komunikaty, takie nośniki, żeby zawirowało pomiędzy sceną a widownią. I żeby w głowie u każdego widza ułożył się inny, ale równie cenny komunikat. O to walczymy.

Zapisz się do naszego newslettera!

Udostępnij: Facebook Twitter