Prof. Wojciech Ślusarczyk i pies Luna we wnętrzu Apteki „Pod Łabędziem”. Fot. R. Laudański/UMB
– Dla dobra nauki napiłem się nieco oryginalnej wody kolońskiej „Echt Kölnisch Wasser”. Myślałem, że będzie niedobra, a tu zaskoczenie, ponieważ okazała się bardzo smaczna! Ma recepturę leku z końca XVIII wieku o cytrusowym posmaku – mówi dr hab. Wojciech Ślusarczyk, prof. UMK, kierownik Działu Historii Farmacji i Medycyny Muzeum Okręgowego im. Leona Wyczółkowskiego i zarazem jego najmłodszego oddziału, Apteki „Pod Łabędziem” przy ul. Gdańskiej 5.
Roman Laudański – W Muzeum Farmacji Apteka „Pod Łabędziem” macie niezwykłe wnętrza i eksponaty.
dr hab. Wojciech Ślusarczyk – Apteka mieściła się przy Gdańskiej 5 od 1853 do 2017 r., a w latach 1909-1950 oprócz niej działała też drogeria. Czasami się zdarzało – i tak było w przypadku naszej apteki, że aptekarz otwierał również drogerię, żeby się żaden lekarz podczas kontroli nie czepiał. Konieczność otwarcia drogerii spowodowała, że kamienica, która pierwotnie była niższa i krótsza została rozbudowana i pomieściła drogerię i aptekę.
– W takim otoczeniu musiała powstać książka „Drogerie na Wielkim Pomorzu 1920 – 1939”.
– Pierwszą inspiracją było rzeczywiście miejsce pracy. Podczas zajęć edukacyjnych nie możemy robić leków, ale możemy promować preparaty ziołowe i pokazywać, w jaki sposób robić kosmetyki.

Książka prof. Wojciecha Ślusarczyka. Fot. R. Laudański/UMB
– Kosmetyki?!
– Sztandarowym przykładem jest woda kolońska, która do 1810 roku zalecana była do użytku wewnętrznego, czyli jako lekarstwo do picia.
– Lekarstwo do picia?!
– Dla dobra nauki napiłem się nieco oryginalnej wody kolońskiej „Echt Kölnisch Wasser”. Myślałem, że będzie niedobra, a tu zaskoczenie, ponieważ okazała się bardzo smaczna! Ale tylko oryginalna woda kolońska z Kolonii. Ona ma recepturę leku z końca XVIII wieku o cytrusowym posmaku.
– Skąd ten „użytek wewnętrzny”?
– Wtedy inaczej pojmowano choroby epidemiczne. Uważano, że ich wektorem jest morowe powietrze, miazmaty czyli śmierdzące zanieczyszczenia powietrza. Można było je neutralizować silnymi woniami. Ostrymi, jak zapach prochu strzelniczego, octu, palonych końskich kopyt. Mogły też być wonie przyjemne, jak woda kolońska. Można było ją pić na łyżki, mieszać z winem lub z wódką. To działało prewencyjnie. Człowiek czuł, że odtykają mu się zatoki, a to wiązało się z teorią humoralną, bo humory, w tym flegma w nadmiarze powoduje chorobę. Odkąd producenci musieli podawać skład każdego środka stosowanego wewnętrznie, łatwiej było napisać „do użytku zewnętrznego” niż zdradzać składniki. No i dziś tylko skrapiamy się wodą kolońską. Jak pisał Johann Maria Farina, twórca wody kolońskiej efekt skropienia wywoływał „wrażenie porannego spaceru przez włoski ogród”.
W muzeum nauczyliśmy się robić perfumy o zapachu morskiego cytrusa, wody a’la mademoiselle, korzennego opium i wariacji na temat Chanel nr 5. Każdy może zamówić u nas warsztaty, a my powiemy, jak to robić. Przestałem kupować wodę kolońską, ponieważ robię ją samodzielnie.
– Kiedy mówił pan o piciu wody kolońskiej skojarzyło mi się to z czasami PRL-u i spożywaniem wody brzozowej czy „Przemysławki”.
– Z ciekawości spróbowałem też wody „Prastarej”, która za komuny była ekskluzywnym rarytasem. Przyznaję – była cudowna, ale później zniknęła. Teraz produkcję przejęła inna firma. Ma ona nieco inną recepturę niż „Echt Kölnisch Wasser”, ale wodą kolońską można ją nazwać. Producenci odwołują się do XVII-wiecznej aqua mirabilis, którą zainspirował się Farina. „Prastara” nie była smaczna.
Robimy nie tylko wody kolońskie, perfumy, ale także maści rozgrzewające, łagodzące, ze świetlikiem do stosowania pod oczy. Także pasty do zębów.
– Bo kiedyś wytwarzane były w drogeriach?
– W drogeriach i aptekach. Branże aptekarska i drogeryjna były kiedyś zbliżone. Są do tej pory, ale wspólne pole znacznie się zmniejszyło. Drugi powód, dla którego napisałem książkę związany był z moim doktoratem sprzed lat. Pisałem o aptekach i przemyśle chemiczno-farmaceutycznym na Wielkim Pomorzu. Napisałem o tym dwie książki, przy okazji zauważyłem, że wojewódzki inspektor farmaceutyczny z Torunia kontrolował nie tylko apteki, ale i drogerie oraz firmy farmaceutyczne. Od czasu mojego doktoratu nikt nie zajął się tym tematem, dlatego napisałem książkę.
– Czego się z niej dowiemy?
– Temat jest niszowy, ale przecież wszyscy korzystamy dziś z drogerii choć należą one już do innego świata. W Polsce popularne są drogerie Rossmann. Dirk Rossmann, założyciel tej sieci wywodzi się z rodziny drogistowskiej, czyli zajmującej się drogeriami. Jego rodzice mieli stacjonarną drogerię, w której się kształcił. Dirk Rossmann jako pierwszy w Europie, założył sieć drogeryjną. I to chwyciło. Dziś w Polsce – w odróżnieniu od Niemiec czy Austrii – już zawód drogisty nie istnieje. Tam przetrwały szkoły kształcące drogistów oraz organizacje drogistowskie. W Polsce ten system został zlikwidowany w czasach stalinizmu, kiedy życie społeczno-gospodarcze zostało brutalnie podporządkowane państwu i ujednolicone. Zlikwidowano organizację drogistowską, która prowadziła licea tematyczne. Były szkołami prywatnymi, zarządzanymi przez organizacje zawodowe kształcące na ziemiach polskich od przełomu XIX i XX wieku. Od lat 20. taka szkoła była w Bydgoszczy przy ulicy Jagiellońskiej, ale nie udało mi się znaleźć jej lokalizacji.
Lata 70. to był już łabędzi śpiew drogistyki. Władza poluzowała rygory, a szereg organizacji mogło się odtwarzać. Tylko że w systemie państwowej gospodarki, kiedy z jednej strony byli farmaceuci, a z drugiej chemicy, nie było już miejsca dla drogistów. Tym bardziej, że drogiści nie zdobywali wykształcenia wyższego. Odbierali wykształcenie zawodowe, które jeszcze w międzywojniu bazowało na zasadach uformowanych w średniowieczu.
– Drogiści eksperymentowali z lekami?
– Nie tyle eksperymentowali, co łamali prawo. Byli też autorami swoich receptur. W 66 procentach drogerii na terenie przedwojennego, polskiego Pomorza wykryto nadużycia dotyczące handlu lekami. Podejrzewam, że to był tylko czubek góry lodowej.
– O jakich lekach mówimy, np. opioidach?
– Były silnie działające, dostępne na recepty lub bez. Wymienię też przeciwbólowe „kogutki” zarezerwowane dla aptek, ale często można było je także kupić w drogeriach.
W książce omawiam tradycje związane z drogistyką. Zaczynam od starożytności – Grecji, Egiptu i Rzymu, ponieważ praźródła handlu sięgają pierwszych wytwórców maści, olejków zapachowych i farb. Kontynuację można widzieć od średniowiecza, kiedy powstał system kształcenia cechowego, który przetrwał do międzywojnia. Uczeń, po skończeniu kilku klas szkoły podstawowej potrafił już czytać, pisać i rachować, szedł do drogerii, żeby mieszkać w domu mistrza. Podlegał mu, stołował się z rodziną mistrza, kształcił się praktycznie. Następnie zostawał pomocnikiem, często odbywał wędrówkę po innych miastach, żeby się kształcić u innych mistrzów. Zostawał pomocnikiem i mógł pracować legalnie u kupca korzennego, bo to nie była drogeria, a sklep korzenny. Jeśli udało mu się wżenić w rodzinę z kapitałem, to zostawał mistrzem i przejmował interes. Tak to działało w epoce nowożytnej i dopiero w XIX wieku zniesiono obowiązek przynależenia do cechu, łącznie z egzaminami czeladniczymi i mistrzowskim. Kiedy cechy przestały istnieć, pojawiły się nowoczesne organizacje ograniczające się do jednego miasta, a później do całego kraju. Pierwsze nurty były w Niemczech. Drogiści uważali, że trzeba przywrócić obowiązkowy egzamin pomocnikowski, żeby pomocnik mógł się wykazać wiedzą z m.in. towaroznawstwa czy truciznoznawstwa. Wprowadzono ponownie takie egzaminy, co spowodowało, że powstawały szkoły kształcące przyszłych drogerzystów. Między XIX wiekiem a międzywojniem nadal odbywały de facto się wędrówki czeladnicze. To moim zdaniem ślad zwyczaju przenoszenia się z miejsca na miejsce. Jednocześnie mistrzowie mieli wpływ na czeladników.
– Co można było wtedy nabyć w drogeriach?
– Przede wszystkim zioła. Tamte drogerie przypominały dzisiejsze sklepy zielarskie. Dobry drogista potrafił doradzić co i jak podawać na przeziębienie czy ból brzucha. Zioła miały zastosowanie również w kuchni. Do tego były kosmetyki związane z ludzkim ciałem. Od drugiej połowy XIX wieku coraz częściej były to kosmetyki wytwarzane w fabrykach, ale drogiści wyrabiali również własne. Najróżniejsze pachnidła, pasty do zębów, kremy, płukanki związane z branżą kosmetyczną. Do tego cały asortyment związany z prowadzeniem gospodarstwa domowego: pasty do podłóg, płyny do odrdzewiania, czyszczenia, proszki do prania. Na wsi, na prowincji w drogerii kupowało się także benzynę, naftę oraz trucizny. Rzadko kiedy drogista rezygnował z tego asortymentu. Trucie gryzoni, owadów wymagało odpowiednich środków. Także sprzedawano lekarstwa. Drogiści mogli sprzedawać leki z niegroźnym działaniem, bez recepty, ale, jak już mówiłem, bardzo często nadużywali tego prawa i sprzedawali takie, które nie były w Polsce nawet zarejestrowane. „Dziura” celna w Gdańsku gwarantowała dostęp do rynków zachodnich. Do tego wody mineralne o charakterze leczniczym, a jak one, to i lemoniady. Drogiści znali podstawy chemii, czyli znali się też trochę na pirotechnice, mogli sprzedawać, zwłaszcza w okresie Bożego Narodzenia sztuczne ognie, petardy, ozdoby choinkowe, tzw. anielski włos. Oczywiście prezerwatywy. Natomiast w międzywojniu, zwłaszcza w dużych miastach, w drogeriach pojawiła się możliwość wywołania filmu do aparatu, kupna nowej rolki filmu lub aparatu fotograficznego.
Drogerie z dużych miast specjalizowały się bardziej w kosmetykach, bo klienci byli zainteresowani tymi artykułami. Natomiast na prowincji rozchodziły się lepiej trucizny czy chemia gospodarcza.
– A jak było z lekarskimi receptami, kiedy pojawiły się w obrocie?
– Recepty były już w średniowieczu, a nawet wcześniej. Zdarzało się, że w początkach aptekarstwa lekarz przychodził do apteki i dyktował, co należało zrobić. Na recepcie mamy skrót rp., co pochodzi od recipe, czyli weź. Stąd nasza recepta. To polecenie lekarza dla aptekarza, co należy wykonać. To receptura – spis składników. Zdarzało się, że drogiści realizowali recepty lekarskie łamiąc przepisy. Było to rozpowszechnione zwłaszcza na terenie imperium rosyjskiego, gdzie przychodzono do drogerii, czyli składu aptecznego. Sama nazwa wprowadzała w błąd, bo osoby mało oczytane nie wiedziały na czym polegały różnice. Tym bardziej, że izby ekspedycyjne drogerii wyglądały jak izby ekspedycyjne aptek. Na tym podobieństwo się kończyło, ponieważ zaplecze drogerii było bardzo skromne. Drogiści upodabniali się do aptekarzy. Zresztą między aptekarzami a drogistami, a wcześniej kupcami korzennymi panował odwieczny spór wywołany tym, że asortyment sprzedawany przez apteki i drogerie był bardzo zbliżony. Z tych samych surowców można było zrobić leki i przyprawy. Ten spór sięga średniowiecza, cały czas trwał i w międzywojniu był tylko kontynuacją tego, co było wcześniej.
– O jakiej liczbie drogerii w Bydgoszczy i okolicy mówimy w okresie międzywojnia?
– Jeśli chodzi o zmianę liczebności drogerii, to brałem pod uwagę: 1906 rok (środek belle epoque), 1922 rok po odzyskaniu niepodległości, 1927 rok – na chwilę przed wielkim kryzysem gospodarczym, 1934 koniec kryzysu i 1939 rok, czyli koniec tej mikroepoki. W Bydgoszczy w 1906 było dwanaście drogerii, w 1922 już czternaście, w 1927 roku aż trzydzieści jeden, w 1934 tylko dwadzieścia pięć, a potem tylko dwadzieścia jeden. Liczby nie są bardzo wiążące, bo drogerię łatwo było założyć i zlikwidować. Tendencje wskazują, że najwięcej powstawało w pierwszych latach niepodległości, w kryzysie tempo zakładania nowych nieco zwolniło, chociaż w dużych miastach wtedy często likwidowano drogerie. Na prowincji drogerie powstawały mniej dynamicznie, ale w kryzysie mniej ich znikało. Prawdopodobnie ludzie na prowincji prowadząc gospodarstwa domowe, rezygnowali z kosmetyków, ale inne środki – np. do prania – musieli kupić.
– Założyłby pan taką drogerię?
– Kiedy pisałem książkę, miałem takie ciągoty, ale nie wchodzi to w grę, bo się nie rozdwoję. Ale, jak już mówiłem, nauczyłem się robić wodę kolońską. Pracując przez rok nad książką miałem inspirację.
– Jaką pozycję społeczną zajmowali drogiści?
– Chociaż nie mieli wyższego wykształcenia, to jednak na prowincji byli ludźmi stosunkowo zamożnymi. Pełnili różne funkcje społeczne. Wchodzili w skład rad miejskich, u progu niepodległości byli komisarycznymi burmistrzami, to byli ludzie znaczący w lokalnych społecznościach. To byli kupcy o cechach upodabniających ich do aptekarzy, którzy bez wątpienia byli członkami elity społecznej. Drogiści chcieli się trochę do nich upodobnić.
Dr hab. Wojciech Ślusarczyk, prof. UMK jest autorem książki „Drogerie na Wielkim Pomorzu 1920 – 1939”. Wydawnictwo Muzeum Okręgowego we współpracy z Wydawnictwem Episteme z Lublina
Zapisz się na newsletter „Bydgoszcz Informuje”!


