Rok Leonarda Pietraszaka – zakochanego w Bydgoszczy i człowieka aktorsko spełnionego

Leonard Pietraszak jako Gustaw Kramer w kultowej roli w filmie Vabank / Fot. ARC

– Rola pułkownika Krzysztofa Dowgirda z serialu „Czarne chmury” wprowadziła Leonarda Pietraszaka do pierwszej ligi aktorskiej i kultury popularnej. Stał się wtedy rozpoznawalną gwiazdą – mówi prof. dr. hab. Piotr Zwierzchowski z Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy.

– Ogłosiliśmy rok 2025 w Bydgoszczy rokiem Leonarda Pietraszaka. Za co cenimy tego aktora?

Prof. dr hab. Zwierzchowski Piotr
Prof. dr hab. Piotr Zwierzchowski /UMB

Prof. dr hab. Piotr Zwierzchowski – Leonard Pietraszak budzi mój szacunek z wielu powodów. Nie znam drugiego takiego Bydgoszczanina, który zrobił karierę w świecie aktorskim i z taką miłością mówiłby o Bydgoszczy. Deklarował to uczucie w wywiadach i na kartach książek. I nie chodzi mi o samą darowiznę obrazów z kolekcji państwa Pietraszaków dla Muzeum Okręgowego, która była pięknym gestem. Leonard Pietraszak cały czas podkreślał, że Bydgoszcz była wyjątkowym miejscem w jego życiu i tak pozostało do samego końca. To jest naprawdę piękne.

– Przecież za dużo Bydgoszczy w jego życiu nie było, to głównie młodość. Nie został bokserem, chemikiem, dziennikarzem…

– Zgadza się, ale są ludzie wyjeżdżający z Bydgoszczy, a później nie ma to dla nich znaczenia lub zapominają, że kiedyś tu mieszkali. Pietraszak taki nie był.

Leonard Pietraszak w Muzeum Okręgowym. Fot. Robert Sawicki/UMB

– Jakie pan profesor ma pierwsze skojarzenie z tym aktorem?

– Role serialowe! Przede wszystkim pułkownik Wacław Wareda z „Kariery Nikodema Dyzmy” i doktor Karol Stelmach z „Czterdziestolatka”. Rola pułkownika Krzysztofa Dowgirda z serialu „Czarne chmury” wprowadziła Leonarda Pietraszaka do pierwszej ligi aktorskiej i kultury popularnej. Stał się wtedy rozpoznawalną gwiazdą. Warto też pamiętać, że to on wypowiedział jedną z najsłynniejszych kwestii w historii polskiego kina: „Najlepsze kasztany są na placu Pigalle”

– W „Stawce większej niż życie”!

– Leonard Pietraszak starał się o rolę Hansa Klossa, ale otrzymał ją Stanisław Mikulski. Natomiast został zapamiętany przez reżysera Andrzeja Konica, który reżyserował później „Czarne chmury”. To również był efekt znajomości. W tym samym czasie Leonard Pietraszak zagrał jeszcze u Andrzeja Konica jedną z głównych ról w filmie „W te dni przedwiosenne”.

Pamiętajmy, że Leonard Pietraszak ma bardzo bogatą filmografię, ale często są to role drugoplanowe. Jeśli chodzi o kino, pomijam seriale, to zagrał w sześciu – siedmiu naprawdę ważnych filmach. Widzowie najbardziej kojarzą go z dwoma „Vabankami”, gdzie zagrał Gustawa Kramera.

– Cudnie zagrał!

– Zgoda. Jednocześnie ta rola świetnie się wpisuje w jego emploi (zestaw ról filmowych i teatralnych wynikających z warunków aktora). Pietraszak świetnie wypadał w rolach mocnych ludzi.

– Często w mundurach.

– Mundurowych grał często nawet w rolach drugoplanowych. Czasami jego specyficznym „mundurem” był garnitur.

– Aparycja jak trzeba!

– Grał dyrektorów, prezesów, potrafił zagrać również mocnych ludzi z odrobiną okrucieństwa, zła, choć niekiedy w rolach komediowych. Przecież Kramer w „Vabanku” to zły człowiek, chociaż pełny charyzmy i budzący uśmiech. Bardzo cynicznego bohatera przeżartego złem wojny zagrał w filmie „Znikąd donikąd” Kazimierza Kutza. Z jednej strony był to ciekawy film, pokazujący Armię Krajową w nieco inny sposób niż ten, do którego jesteśmy przyzwyczajeni, ale trafił w zły czas. To była połowa lat siedemdziesiątych, film został uznany za nakręcony z inspiracji partii i państwa atak na pamięć o AK. Kazimierz Kutz tłumaczył później, że to także problem innych filmów, sztuk teatralnych jak „Do piachu” Różewicza. Tylko że w tym czasie Kutz  był postrzegany jako reżimowy człowiek, o czym się dzisiaj nie pamięta.

Połowa lat siedemdziesiątych to był dobry moment dla Leonarda Pietraszaka. Zagrał „W dniach przedwiosennych”, „Znikąd donikąd”, a w 1976 roku otrzymał rolę, którą uważam za najlepszą, najciekawszą w jego karierze filmowej – w filmie „Wielki układ” Andrzeja J. Piotrowskiego. Bohaterem jest prezes, szef wielkiego przemysłu, gierkowski technokrata świetnie czujący się w kontaktach międzynarodowych, załatwiający wielkie biznesy. Jeden z dawnych przyjaciół prosi go o pomoc. Bohater przyjeżdża więc do rodzinnego miasteczka, ale tak naprawdę rozliczyć się z przyjaciółmi za coś, co uważa za dawną krzywdę i zniewagę. Wypada jednocześnie na człowieka niesłychanie silnego, ale i obarczonego wieloma traumami, słabościami, które rozgrywa i sam jest rozgrywany. To niezwykle interesujący film, który miał pecha, ponieważ jego premiera wypadła na 25 czerwca 1976 roku – na wydarzenia w Radomiu i Ursusie. Wtedy kraj żył zupełnie czymś innym, a w kinie dominowało kino moralnego niepokoju – filmy Wajdy, Zanussiego, Kieślowskiego, Falka czy Kijowskiego. Zawsze bardzo chętnie wracam do tego filmu. Uważam, że Pietraszak zagrał wspaniałą rolę.

– Na czym polega fenomen „Czarnych chmur”? Dobrze skonstruowani bohaterowie gonią się po lasach lub pojedynkują. Czy historia trudnych relacji między XVII-wiecznymi Prusami a Koroną była aż tak ciekawa?

– Nie tylko w latach siedemdziesiątych byliśmy zanurzeni w tradycji sienkiewiczowskiej, a „Czarne chmury” wprost do niej nawiązują. „Pan Wołodyjowski” powstał kilka lat wcześniej, „Potop” chwilę później, a „Czarne chmury” idealnie wpisały się w tę tradycję. Dwie pary bohaterów reprezentują tradycję szlachecką i plebejską. Tożsamość narodowa wyraźnie wybrzmiewa w pruskim kontekście. A poza tym to melodramat.

– Ideologia zagrożenia pruskiego, germańskiego była obecna w serialu?

– Ona zawsze była obecna w czasach PRL-u. Lata sześćdziesiąte były kulminacją propagandy antygermańskiej. Pokazywano, że od Krzyżaków przez Prusaków, Niemców, hitlerowców po Republikę Federalną Niemiec to jedna i ta sama linia. Pod koniec lat 50. propaganda PRL-u dostała wielki dar, kiedy kanclerz Adenauer dał się sfotografować w płaszczu krzyżackim. A Polacy jakoś nie pamiętają, że Zakon Krzyżacki działa do dziś. W Wiedniu można wynająć pokój w hotelu przez nich prowadzonym.

Na całym świecie był to okres wielkiej popularności filmów z gatunku „płaszcza i szpady”. Serial „Czarne chmury” oferował wszystko, co może zaoferować kino przygodowe, romansowe, a ponadto był dobrze, profesjonalnie zrobiony. Było widać zainwestowane pieniądze: świetne kostiumy i lokalizacje, chociażby w pięknym Baranowie Sandomierskim. Dlatego ten sukces mnie nie dziwił. Ponadto kapitalnie dobrano bohaterów. Leonard Pietraszak był niesłychanie męski i władczy, a przecież był także amantem potrafiącym okazać miłość delikatnej Elżbiety Starosteckiej. No i znakomita druga para: Anna Seniuk i Ryszard Pietruski, współautor scenariusza. Byli parą plebejską, chyba bardziej lubianą od pary głównej. Były pojedynki, pościgi. Polski widz doceniał polskie kino artystyczne, ale zawsze tęsknił za polskim kinem popularnym, a serial „Czerne chmury” właśnie mu to oferował.

– Czyli kino moralnego niepokoju moralnym niepokojem, a my chcemy porządnego kina akcji.

– Oczywiście! Za rzadko patrzymy na liczbę sprzedanych biletów i widzów na seansach. Nawet w PRL-u było widać, że najpopularniejszymi filmami wcale nie były te wysoko oceniane przez krytyków.

– „Czterej pancerni i pies” , „Stawka większa niż życie” cieszyły się i cieszą uznaniem.

– Serial „Czterej pancerni” jest również sienkiewiczowski, mowa w nim o zagończykach, małym oddziale przedzierającym się przez te umowne „Dzikie Pola”. Tego nikt nie ukrywał. W dialogach pada wprost, że to są nasi zagończycy. Sienkiewiczowska tradycja została tam podkreślona.

– Stanisław Mikulski nie uwolnił się od roli Hansa Klossa, Janusz Gajos długo był identyfikowany z Jankiem z „Czterech pancernych”, czy Leonard Pietraszak uwolnił się od pułkownika Dowgirda?

– W pewnej mierze tak, co mogło wynikać z tego, że pułkownik Dowgird nie stał się postacią kultową, jak porucznik, a później kapitan Kloss czy „Czterej pancerni”. Zaryzykuję tezę, że Pietraszakowi pomogło zgolenie brody.

– ?!

– Kojarzył się z brodatym Dowgirdem, a później zgolił brodę i stał się innym człowiekiem. Oglądając go w innych filmach z tego okresu widzimy, jak bardzo ta broda go zmieniała. Nikt też nie myślał o Pietraszaku w kategoriach szuflady. Nie było to brane pod uwagę. Wielokrotnie powtarzał, że ważniejsze były dla niego role teatralne. Świetnie się odnajdywał w teatrze. Grał w Poznaniu i w Warszawie, także często w Teatrze Telewizji. Na początku lat 80. grał następcę tronu w sztuce o Fryderyku Wielkim, a w 1980 roku w „Barbarze Radziwiłłównie” zagrał Zygmunta Augusta. Jeszcze przed produkcją Janusza Majewskiego – „Epitafium dla Barbary Radziwiłłówny”. Można porównać, czy lepiej wypadł w królewskiej postaci Jerzy Zelnik czy Leonard Pietraszak.

– Aktor wystąpił też w Siedlisku”. Znakomicie zagrali w parze z Anną Dymną.

Siedlisko” nadal ciekawi ludzi. Kilka tygodni temu prowadziłem spotkanie z Anną Dymną, która wspaniale zareagowała na wspomnienie „Lolka”. Reżyserem był Janusz Majewski. Scenariusz napisały Wanda Majerówna i Zofia Nasierowska. Ważną rolę odgrywał tam upływ czasu, pory roku, aktorzy spędzali ze sobą dużo czasu. Proszę zauważyć, że Leonard Pietraszak potrafił odnaleźć się w najróżniejszym repertuarze. 

Serial był trochę „wczorajszy” w stosunku do tego, co działo się w latach dziewięćdziesiątych. Przypomnę, że wtedy  królowała sensacyjna „Ekstradycja”. „Siedlisko” osadzone było w innym tempie życia, ale doczekało się bardzo wielu fanów. Pietraszak dobrze się czuł nie tylko w silnych rolach, w mundurach i garniturach, jak mówiliśmy, ale również mężczyzn, którzy mogą ponieść porażkę. W połowie lat 80. był ciekawy film „Menedżer”.

– Leonard Pietraszak zagrał jeszcze m.in. w „Złocie dezerterów” oraz „Kingsajzie”.

– Rola w „Kingsajzie” była raczej rodzajem żartu. A co do „Złota dezerterów”, to moim zdaniem był to bardzo niedobry film w przeciwieństwie do „CK Dezerterów”. „Menedżer” też nie był dobrym filmem, choć próbował uchwycić współczesność. Akcja rozrywała się w firmie polonijnej w latach 80. Leonard Pietraszak grał bohatera uwikłanego w różne rozgrywki.  W tym samym czasie zagrał jedną z trzech głównych ról obok Mariana Kociniaka i Jana Peszka w „Trójkącie bermudzkim”  Wojciecha Wójcika, który robił kino kryminalne, kino akcji. Aktorzy zagrali trzech przyjaciół, każdy z ich ponosi porażkę z czyjegoś powodu i postanawiają się zemścić i zabić swoich przeciwników. Dla alibi każdy zabija wroga przeciwnika swojego przyjaciela. Film z ciekawym, oryginalnym zakończeniem. Pietraszak zagrał tam majętnego lekarza, którego córka ma wyjść za mąż. Pojawia się szantażysta z kasetą z filmem porno nagranym przez dziewczynę w Niemczech. Pomimo zapłacenia okupu film wyświetlany jest podczas wieczoru kawalerskiego przyszłego męża. Ojciec tego nie wybaczy.

– Rola lekarza to także „Czterdziestolatek”. Leonard Pietraszak, jako doktor Karol Stelmach pojawia się w nim jako przyjaciel głównego bohatera.

– Początkowo Jerzy Gruza chciał odwrotnie obsadzić Andrzeja Kopiczyńskiego i Leonarda Pietraszaka. Trzeba przyznać, że miał dużą intuicję. Pietraszak zagrał człowieka bardzo nowoczesnego. Jego bohater wyrasta o kilka długości ponad szarzyznę PRL-u. Jest inteligentny, ironiczny, zdystansowany. „Czterdziestolatka” można czytać dwojako: jako pochwałę i poparcie PRL-u oraz jako absolutną kpinę z tej rzeczywistości. Wszystko zależy od tego, jak podejdziemy do serialu. Postać doktora Stelmacha jest podobna. Pomaga Stefanowi Karwowskiemu odnaleźć się w rzeczywistości PRL i nabrać do niej dystansu. Z drugiej strony podchodzi ironicznie do aspiracji głównego bohatera. Dr Stelmach, a także bohater „Wielkiego układu” są podobni, choć przedstawieni w innej konwencji. Pietraszak zagrał kogoś, kto odnajdzie się w każdym świecie. Nie tylko w Polsce lat siedemdziesiątych. Jest przystojny, elegancki, inteligentny. A także zdystansowany w podejściu do świata. To się świetnie sprawdziło.

Ku pamięci Leonardowi Pietraszakowi
Ku pamięci Leonardowi Pietraszakowi / Fot. B. Witkowski / UMB

– Czy pana zdaniem polskie kino właściwie wykorzystało Leonarda Pietraszaka? Doczekał się wielkich ról?

– Moim zdaniem, nie. W głośnych filmach grał role drugoplanowe, ale pierwszoplanowe najczęściej nie wybrzmiały. Choć w „Vabanku” – tak! Jednak „Wielki układ” pozostał bez echa. Pod koniec lat osiemdziesiątych „Trójkąt bermudzki” cieszył się powodzeniem jako dobre polskie kino sensacyjne, nie przełożyło się to jednak na postrzeganie Pietraszaka. Leonarda Pietraszaka zaliczyłbym do bardzo męskich, charyzmatycznych aktorów jak Emil Karewicz czy Bogusz Bilewski. Grali role doskonale rozpoznawalnych silnych mężczyzn, zagrali kilka świetnych i ważnych ról w serialach lub filmach kinowych, a jednak nie stali się symbolami polskiego aktorstwa. Czasami świetna rola to łut szczęścia. A ponadto na aktorskim szczycie nie może być za gęsto. Zawsze jest to piramida. Leonard Pietraszak był świetnym aktorem o bardzo wyraźnych cechach osobowościowych. Zagrał kilka kapitalnych ról w Teatrze Telewizji, w serialach, filmach, jest doskonale rozpoznawalny, ale można mieć poczucie pewnego niedosytu jeśli chodzi o jego wykorzystanie przez film. Aż tak bardzo mu to jednak nie przeszkadzało, ponieważ czuł się absolutnie spełniony w teatrze, który był dla niego ważniejszy. Dlatego uważam, że był człowiekiem aktorsko spełnionym. Warto pamiętać, że bycie aktorsko spełnionym nie jest tym samym, co obecność w aktorskim czy popkulturowym panteonie. Był pułkownikiem Dowgirdem, pułkownikiem Waredą z „Kariery Nikodema Dyzmy”, to pułkownikostwo było w nim zawarte w sylwetce, zachowaniu. Stał się częścią popkultury, aczkolwiek nie jej pierwszą gwiazdą.

– Zastanawiam się, czy miałby szanse na większą karierę w kinie zachodnim?

– W tamtych latach mieliśmy wielu znakomitych aktorów, którzy bez żadnego problemu poradziliby sobie zawodowo w kinie europejskim czy amerykańskim. Jedyną barierą mógł być język i to, że oni byli po prostu niewidoczni dla tamtego kina. Nie mogli często wyjeżdżać, natomiast nie mam żadnych wątpliwości, że Pietraszak poradziłby sobie warsztatowo bez problemu.

Zapisz się na newsletter „Bydgoszcz Informuje”!

Udostępnij: Facebook Twitter