„To ja Elżunia Szefler. Miałam wtedy 4 lata” – bydgoskie wspomnienie dzieciństwa: lajkarze, delikatesy i zapach kawy

Elżbieta Szefler z mamą na Placu Wolności / Archiwum rodzinne

– Byłam nieśmiałym dzieckiem i każda nowa sytuacja budziła moją niepewność oraz przejęcie nową rolą. Taka, jak tu pokazana, z żywym, dość dużym (jak dla mnie) zwierzęciem z pewnością mnie peszyła i powodowała niepewność, co może się wydarzyć. A wyobraźnię zawsze miałam dużą – napisała do redakcji Elżbieta Szefler.

Uczyła studentów pedagogiki wczesnoszkolnej i przedszkolnej na bydgoskiej uczelni. Elżbieta Szefler nadesłała do redakcji „Bydgoszcz Informuje” długi list. Ona także ma zdjęcia z dzieciństwa z Placu Wolności i odezwała się na nasz apel o wspomnienia i zdjęcia z dzieciństwa. Oddajemy głos naszej czytelniczce:

„Elżunia to ja.  Elżunia Szefler. Miałam wtedy 4 lata i fotografie między innymi z Placu Wolności oraz najprawdopodobniej z przedszkola. Na pierwszym zdjęciu stoję koło osiołka na Placu Wolności. Mam dość nietęgą minę. Byłam nieśmiałym dzieckiem i każda nowa sytuacja budziła moją niepewność oraz przejęcie nową rolą. Taka, jak tu pokazana, z żywym, dość dużym (jak dla mnie) zwierzęciem z pewnością mnie peszyła i powodowała niepewność, co może się wydarzyć. A wyobraźnię zawsze miałam dużą.

W tle fotografii widoczni są najprawdopodobniej Państwo fotografowie, a za nimi widoczny narożny budynek na Placu Wolności, w którym wówczas (1956 r. – zaznaczony datą na odwrocie zdjęcia) usytuowane były słynne bydgoskie delikatesy. Mimo iż kawy nie piję (tylko zbożową), to pamiętam ten delikatesowy, nieprawdopodobny aromat świeżo mielonej kawy, którą niedzielni spacerowicze tak chętnie kupowali na podwieczorki świąteczne (i nie tylko). Nie pamiętam, jakie inne delikatesowe rarytasy cenili niedzielni spacerowicze z Placu Wolności. Wiem tylko, że cenili rarytasy z tych delikatesów.

Wracając do fotografów ze zdjęcia, to na odwrocie fotografii widnieje okrągła pieczęć przywołująca informacje o nich. Był to Zakład Fotograficzny Foto „Leica” z ul. Pomorskiej 78, Członek Cechu Fotogr., właściciel Gestwiński Leon.

Przyznam, że w moim domu mówiło się tylko o bydgoskiej fotografce Zofii Kiepuszewskiej jako o ówczesnej znakomitości na rynku bydgoskim. Ja, naiwne dziecko, myślałam wtedy, że Jej Zakład to nie tylko świetny fotograficzny, ale jedyny w mieście. Starsi mieszkańcy z pewnością wiedzieli i wiedzą obecnie, że była znana zwłaszcza z portretów i fotografii artystycznej. Żyła w latach 1914-1999.

Ja, widoczna na zdjęciu obok osiołka, byłam wtedy jeszcze jedynaczką (upragnionej siostry Marioli doczekałam się dopiero w wieku sześciu lat), a moja rodzina składała się tylko z trzech osób: mamy, taty i mnie. Inni, tj. ciocie, wujek, dziadkowie mieszkali w Łodzi oraz Człuchowie (dziś województwo pomorskie). Z Łodzi na początku 1952 roku (lub pod koniec 1951) sprowadzili się moi Rodzice: Izabela i Janusz Szefler, którzy po ukończeniu łódzkiej ekonomii, z nakazu pracy wybrali Bydgoszcz jako miejsce swego życia i zawodowej aktywności (tak, były wówczas nakazy pracy). Kiedy ja sama kończyłam studia w 1976 roku, podobne nakazy pracy powróciły w nieco zmienionych założeniach (kto sam pracy sobie nie znalazł, a było o nią w szkolnictwie wówczas trudno – redukcje etatów, także dostawał nakaz i to prawie wyłącznie do szkół wiejskich).

Mój Tatuś rozpoczął pracę w Bydgoszczy jako naczelnik jednego z wydziałów Banku Inwestycyjnego, mieszczącego się na rogu ul. Dworcowej i Warmińskiego, z prawej strony ul. Dworcowej idąc od Al. I Maja). Mama otrzymała pracę jako księgowa w Zakładach Graficznych mieszczących się po lewej stronie ul. Dworcowej, ale księgowość była w pokojach po przeciwnej stronie Dworcowej, oszklonych, z wejściem po schodkach od ulicy. Potem przez wiele lat w tym miejscu funkcjonował salon sztuki współczesnej, w którym – jak pamiętam – można było nabyć m.in. reprodukcje dzieł sławnych malarzy.

Na drugiej fotografii „z osiołkiem” towarzyszy mi moja piękna, zgrabna i młoda Mamunia. Jest uśmiechnięta i radosna, nowocześnie ubrana w szykowny, modny kostium i ma modne buty na wysokich obcasach. Dodaje mi odwagi, bo jak przypuszczam (znając siebie), sama (bez podpory fizycznej i duchowej) nigdy w życiu nie zdecydowałabym się wsiąść na osiołka, tzn. nikomu nie dałabym się na nim posadzić.

Trzecie zdjęcie przedstawia mnie, a więc czteroletnią Elżunię w samolociku. W takim i jemu podobnym w owych czasach często fotografowano dzieci. Należy tu przypomnieć, że mało kto z obywateli miał swój aparat fotograficzny, więc korzystano od czasu do czasu z usług profesjonalnych fotografów.

Nie jestem pewna, gdzie wykonane zostało to zdjęcie. Od osób w zbliżonym do mojego obecnie wieku słyszałam, że takie fotografie wykonywane były również przy Placu Wolności. Sceneria zdjęcia (tło) nie przekonuje mnie jednak o tym. W dodatku, jak przez mgłę pamiętam, że podobna „akcja” miała miejsce w przedszkolu, do którego uczęszczałam. Mieściło się ono w pięknym, starym, jednopiętrowym domu na Bielawkach, przy ul. Płockiej. Tu jestem swobodna i uśmiechnięta. Podobała mi się zapewne ta maskarada. A może mój pobyt w samolociku poprzedzały fotografie wykonane innym dzieciom z przedszkola i to mnie wprowadziło w dobry nastrój?

O tym, że fotografia może pochodzić z czasów mojej edukacji przedszkolnej i mojego przedszkola świadczyć też mogą adnotacje na odwrocie zdjęcia, a więc moje nazwisko napisane ołówkiem, obcą ręką i opatrzone słowem „zapłacone”. Oprócz tego długopisem moja mama napisała, że było to w Bydgoszczy w 1956 roku.

Na zakończenie dodam, że wielokrotnie podkreślam w niniejszym materiale, że byłam niepewna siebie, często speszona. A potem? Potem zostałam nauczycielką, bowiem od ósmego roku życia niczego bardziej nie pragnęłam, jak uczyć. Kiedy na egzaminie magisterskim zaproponowano mi asystenturę na uczelni, patrzyłam na komisję wielce zdumiona, że nie rozumieją tego, iż wreszcie spełniają się moje wielkie marzenia: nareszcie wracam do szkoły, po to, żeby uczyć małe dzieci. Po krótkim czasie okazało się, że i propozycje komisji okazały się aktualne. Prawie całożywotnia praca ze studentami pedagogiki wczesnoszkolnej i przedszkolnej również okazała się moją pasją i sposobem na życie.

Pozdrawiam czytelników Elżbieta Szefler.”

Zapisz się na nasz newsletter!

Udostępnij: Facebook Twitter