Marek Jasiński stoi na swoim balkonie, a za nim modrzew, który posadził 36 lat temu / Fot. M. Kalaczyński/UMB
Legendarny woźny z SP 46 przeszedł na zasłużoną emeryturę. Marek Jasiński był nie tylko „złotą rączką”, ale pozostanie dobrym duchem tego miejsca. Pokolenia uczniów zapamiętają jego kantorek oraz zamiłowanie do pracy.
Przy Szkole Podstawowej nr 46 na Kapuściskach, w dobudówce z balkonem porośniętym bluszczem i przyozdobionym pelargoniami, z daleka wita mnie pan Marek. Tutaj mieszka. Przez 44 lata był w tej szkole woźnym. Zna jej każdy kąt. Jest legendą tego miejsca. W trakcie jego służby przez mury placówki przeszło kilka pokoleń uczniów, było czterech dyrektorów. Nie tylko naprawiał szkolne okna, skręcał rury, ale i pokrzepiał słowami nie jedną osobę. Usiadłem z nim na drewnianym zydelku ustawionym na wspomnianym balkonie. Widać z niego rosłe modrzewie, które 36 lat temu sam posadził. Co chwilę kłaniają mu się nauczyciele i pracownicy szkoły, którzy wdrapują się po schodach do wejścia, aby przygotować się do kolejnego roku szkolnego. Dla pana Marka pierwszego na emeryturze.
Zanim trafił do szkoły na „Kapach”, pracował na kolei w Maksymilianowie. Mieszkał przy ul. Siedleckiej, ale szukał lepszego mieszkania dla siebie, żony i córki. Był rok 1981. Dowiedział się, że jest możliwość podjęcia pracy woźnego z mieszkaniem w ówczesnej SP 42 na Wyżynach. Zwolnił się z PKP, ale szybko okazało się, że oferta z zamieszkaniem nie jest aktualna. Kolejna szansa pojawiała się właśnie w SP 46. Wygrał tam konkurs na woźnego. – 10 grudnia przyjęli mnie do pracy. Wszyscy w domu byli bardzo szczęśliwi. Szybko się to zmieniło w niedzielę, bo ogłoszono stan wojenny. Nie mogłem się wprowadzić na upragnione mieszkanie. Moja pierwsza pani dyrektor Barbara Wachowska poszła do inspektora i przywiozła mi zgodę na mieszkanie – opowiada pan Marek.
Nie chciał być woźnym
Od razu miał dużo do zrobienia. Szkoła była krótko po włamaniu z wieloma uszkodzeniami. Przy uporządkowywaniu pomagał mu tata. Od tego czasu zmieniło się sporo. Na początku swojej przygody z tym zawodem chodził w fartuchu. Okna wtedy posiadały jeszcze drewniane ramy. Po każdej wichurze miał ręce pełne roboty. Musiał wstawiać nowe szyby. Wakacje zaczynał od malowania na czarno tablic wykonanych z grafitu. Teraz okna są plastikowe, a tablice zamieniono na multimedialne ekrany.
Wspomina mi także o pożarze. Pewnego, jesiennego dnia, na początku lat 90-tych uratował szkołę od spłonięcia. – Czułem w moim mieszkaniu dziwny zapach, jakby coś się paliło. Poszedłem więc do szkoły. Wszedłem do sali gimnastycznej i zaważyłem zadymienie. Podpalona była podłoga. Podtrułem się trochę. Przyjechały trzy wozy strażackie i udało się to opanować. Zniszczony był kawałek parkietu. Ktoś „mądry” wrzucił petardę do wentylacji.
Na początku nie był dumny ze swojego zawodu. – Nie wierzyłem, że zostanę woźnym. Kiedy dowiedziała się o tym moja wychowawczyni, to sama usiadła z wrażenia. W szkole byłem nadpobudliwym dzieckiem. Ale początkowo nie przyznawałem się do tego zawodu. Kiedyś mówiono pedel, cieć. Kojarzyło się z brudnym, nieprzyjemnym facetem. W szkole geografii uczył mężczyzna o takim samym nazwisku, i kiedy znajomi pytali co robię, to odpowiadałem, że uczę tego przedmiotu – przyznaje 71-latek.
„Kocham swoje życie, bo stałem już na rozdrożu”
Z czasem zaczął się sam przekonywać do tej pracy i przestał ukrywać czym się zajmuje. Był nie tylko robotnikiem, ale niejednokrotnie wchodził w rolę pedagoga. Przez lata zdobywał szacunek wśród młodzieży. – Przychodzili do mnie z różnymi problemami, zwierzali mi się. Starałem się im dać najpiękniejszą rzecz jaką mogłem, czyli po porostu wysłuchać ich. Życie mnie doświadczyło i zawsze staram się pomóc osobom w potrzebie. Przez to, że sam stałem na rozdrożu, zacząłem kochać swoje życie i dawać innym nadzieję. Uczniowie lubili zaglądać do mojego kantorka z kserokopiarką, gdzie składowałem różne rzeczy: kaski, stare chlebaki i kałamarze. To było muzeum tej szkoły. Każdy chciał zobaczyć te przedmioty. Wtedy był też czas na rozmowy. Wymienialiśmy się też swoimi przemyśleniami o różnych problemach z nauczycielami. To nas scalało – opowiada.
Sam zmagał się z chorobą alkoholową. Po jej pokonaniu skończył studium pomocy psychologicznej w Warszawie. Prowadził zajęcia w ósmych klasach, na których mówił o nałogach i wychodzeniu z nich. Pomagał również innym społecznie podczas różnych spotkań.

O zaufaniu uczniów do niego świadczy też to, że mówiono na niego nie pan woźny, tylko pan Marek. Wstawiali się za nim. Opowiedział mi o sytuacji, kiedy uczeń przekazał nauczycielowi, że idzie zrobić ksero do pana Marka. Nauczyciel na to: – Czyli do pana woźnego. Uczeń skontrował: – Nie, do pana Marka. I tak się przyjęło, zaczęto nazywać go panem Markiem.
Ufali też rodzice, którzy powierzali jemu pod opiekę dzieci, zanim otwierano świetlicę szkolną. Woźny przed godz. 6 był już w pracy. Wspierał opiekunów, którzy spieszyli się do pracy. Uczniowie, czekając na nauczyciela, rozmawiali z panem Markiem i pomagały mu przy układaniu krzeseł.
Dalej będzie pomagał
W końcu przyszedł czas na upragniony odpoczynek. Na zakończenie roku 2024/2025 uroczyście go pożegnano w szkole. Uczennice zatańczyły taniec liniowy country. Pan Marek sam kiedyś tańczył w parze w tym stylu. Ma nawet strój kowboja. Na uroczystość przybył także Michał Sztybel, wojewoda kujawsko-pomorski, absolwent SP 46.
– Co będzie robił na emeryturze? – pytam.
– Dalej będę niósł społecznie pomoc potrzebującym, ludziom, którym życie połamało skrzydła. Znajduję w nich pogodną, dobrą stronę. I będę jeździł rowerem. Kocham to. Zajechałem w swoim życiu chyba 14 rowerów. Zrobiłem nimi tysiące kilometrów. Od kilku lat uczestniczę w Bydgoskiej Masie Krytycznej. Będę działał też w Radzie Osiedla Kapuściska. Jestem w niej już drugą kadencję – mówi emeryt.
Pan Marek mieszka przy szkole i w każdej chwili jest gotowy do pomocy. Pokazywał już szkołę swojemu następcy – Kiedy zaczynałem pracować szkoła przeszła gruntowny remont. Teraz jak zakończyłem w niej pracę, to mam nadzieję, że będzie w niej przeprowadzona wyczekiwana termomodernizacja – opowiada.
Na emeryturze chciałby jeszcze odwiedzić swoje dzieci w Norwegii i wybrać się jeszcze raz do Meksyku. Na razie stara się spoglądać z nadzieją na każdy dzień, przekazując ją innym osobom.
To wszystko powiedział mi na ulubionej ławce jego żony, która zmarła w maju. Mówi, że teraz on będzie na niej czuwał.
Zapisz się do newslettera „Bydgoszcz Informuje”!