Od ponad 30 lat kusi nas swoimi wietnamskimi przysmakami. Jak fizyk jądrowy został restauratorem

Wietnamczyk Quan Le od ponad 40 lat mieszka w Polsce. Zakochał się w Bydgoszczy / Fot. B. Witkowski / UMB

– Dla mnie najważniejsze są relacje z ludźmi, a nie architektura miasta czy jakieś inne udogodnienia. Poznałem w Bydgoszczy żonę i wielu przyjaciół. Kiedy tutaj przyjechałem pierwszy raz, poczułem od ludzi niesamowitą przyjaźń, taką jak we Wietnamie. Dlatego zostałem – mówi Quan Le, właściciel restauracji „Rong Vang”.

Wietnamczyk Quan Le od ponad trzech dekad mieszka w naszym mieście. Otworzył jeden z pierwszych lokali z jedzeniem orientalnym i pierwszą restaurację wietnamską. Ale wcześniej, o mało co, wyjechałby z Polski i pewnie już nie wróciłby. Niedługo przejdzie na emeryturę. Opowiedział nam swoją historię.

Spadające bomby na Hanoi

W Bydgoszczy ma rodzinę, jest już szczęśliwym dziadkiem, lecz regularnie odwiedza Wietnam i swoją 90-letnią mamę. Jest najstarszym synem w rodzinie. Według wietnamskiej tradycji i kultury rodzinnej, najstarsze dziecko – zwykle najstarszy syn – ma szczególny obowiązek troszczyć się o rodziców. To część głęboko zakorzenionej wartości, czyli szacunku i wdzięczności wobec rodziców i przodków.

W kraju tym do dzisiaj rządzą komuniści, ale jest gospodarczo otwarty na świat i panuje w nim pokój. Do tego staje się coraz bardziej popularnym kierunkiem podróży Polaków. W zeszłym roku Wietnamczycy znieśli nawet dla naszych obywateli obowiązek posiadania wizy dla podróżujących w celu turystycznym.

Pan Quan lubi wypoczywać w swojej ojczyźnie. Czerpie stamtąd inspiracje, które realizuje w swojej restauracji. Przywozi stamtąd różne rzeczy, które stają się wystrojem restauracji. To obrazy i naczynia ręcznie malowane oraz charakterystyczne kapelusze z liści palmowych. Wchodząc do lokalu przy ul. Jagiellońskiej 30, przez charakterystyczną, czerwoną bramę, na filarach której są owinięte złote smoki, czujemy się jakbyśmy weszli w zupełnie inny, dalekowschodni świat. Kolorystyka wystroju lokalu nawiązuje do symboli Wietnamu. Żółty oznacza słońce, czerwień ogień, czerń ziemię. Do tego są też zielone elementy nawiązujące do roślinności tropikalnej. Zaś rong vang oznacza złotego smoka, azjatycki symbol dumy.

Restauracja Orientalna Rong Vang
Paleta wietnamskich barw w bydgoskiej restauracji „Rong Vang” / Fot. B.Witkowski / UMB

Ale obecny Wietnam jest inny niż Quan Le pamięta go ze swojej młodości. Urodził się pod Hanoi, stolicą kraju, w 1961 roku, kiedy na dobre trwała wojna z Amerykanami. Jego rodzice, podobnie jak większość ówczesnych Wietnamczyków, byli w ten konflikt w jakiś sposób zaangażowani. – Tata był oficerem w wojsku, a mama pracowała w instytucie meteorologicznym. Nie byli w stanie się nami zajmować. Stąd razem z dwójką braci i siostrą wychowywaliśmy się w takim specjalnym obozie wojskowym na prowincji. Uczyliśmy się pod ziemią z lampą olejową, ponieważ wtedy w każdej chwili mogły rozpocząć się bombardowania. Tyle pamiętam z pierwszych lat życia – wspomina.

Wojna północnych Wietnamczyków z wojskiem amerykańskim i Wietnamem Południowym była jednym z najkrwawszych konfliktów na świecie. Szacuje się, że w latach 1955–1975 pochłonął życie nawet więcej niż trzech milionów osób.

Zdecydowanie wyraźniej Quan Le pamięta zakończenie wojny, które przyszło, gdy był już nastolatkiem. – Jak już trochę podrosłem, zapamiętałem szczególnie rok 1972 roku. Wtedy były największe bombardowania Hanoi. Mam przed oczami naloty amerykańskich bombowców B-52. Robiły wielkie spustoszenie, ale Wietnamczycy odpowiadali zaciekle. Organizowali nawet loty kamikadze. Na szczęście nadeszły rokowania pokojowe. Cała nasza najbliższa rodzina jakoś przetrwała ten trudny czas – opowiada.

„Poczułem się jak w domu”

Po wojnie, z rodzicami, przeniósł się do Hanoi. Wietnam stał się wtedy socjalistyczną republiką. Jako młodzieniec szybko nadrobił zaległości w nauce, zaczął uczyć się języka angielskiego i rozpoczął studiowanie fizyki jądrowej. Lubił naukę, był pilnym uczniem. Zdobył dyplom magistra inżyniera w tej dyscyplinie naukowej. Wraz z kolegą przygotowywał artykuły badawcze do poważnych, ogólnoświatowych czasopism. Nauka otworzyła mu drogę do poznawania świata. Był zapraszany na konferencje m. in. do Szwajcarii, Włoch czy Austrii. Nawiązał też współpracę z naukowcami z Polski i w połowie lat 80-tych przyjechał do naszego kraju. – Byłem w wielu krajach europejskich, ale kiedy przyjechałem do Polski, od razu poczułem taką solidarność i życzliwość ze strony Polaków. Mimo, że tutaj też była komuna, to nie było to tak odczuwalne, jak w innych krajach socjalistycznych, które odwiedziłem. Chciałem tutaj zostać – takie wytworzyło się w nim przekonanie.

I tak się stało. Rozpoczął pracę w świeżo utworzonym Instytucie Energetyki Jądrowej w Warszawie. Był to czas kiedy intensywnie zajmowano się wytwarzaniem energii jądrowej i szukaniem jej zastosowania w przemyśle. Nie zarabiał zbyt wiele, nawet będąc naukowcem. Ale swoją wiedzą tak wykazywał się na polskiej ziemi, że nawet zauważyli go naukowcy ze Stanów Zjednoczonych, skąd szybko otrzymał propozycję zatrudnienia. Do wyjazdu zachęcali go nawet polscy profesorowie, wskazujący na lepsze warunki badawcze do rozwoju i zdecydowanie lepsze pieniądze. Lecz to właśnie finanse stanęły na przeszkodzie przed kolejną przeprowadzką za ocean. – Pamiętam, że koledzy z pracy mówili mi, że zarobię pieniądze na Malucha. Był to wtedy dla mnie szczyt marzeń. Amerykanie byli w stanie wszystko mi załatwić na miejscu. Jedyne co, to musiałem wyłożyć 2000 dolarów na bilet lotniczy z Polski, ponieważ nie mogli przesłać mi ich do ówczesnej socjalistycznej Polski, na miejscu oddali by mi wszystko. Ale wtedy w Warszawie zarabiałem około 20 dolarów na miesiąc, więc nie było na to szans. Po czasie nie żałuję, że tak się stało. Los był dla mnie dobry – wyjaśnia.

Ubogi fizyk przywiózł wietnamskie smaki do Bydgoszczy

Po zmianie ustroju zmieniły się priorytety Polski. W instytucie rozpoczęły się zwolnienia. Musiał szukać dla siebie innego zajęcia. Podczas jednej z wizyt u znajomych w Bydgoszczy poznał przyszłą żonę. – To był trudny czas dla mnie. W Warszawie przestało mi się już podobać, bo zaczęto tam już inaczej traktować ludzi. Bardziej liczyły się już sprawy biznesowe niż prawdziwe relacje. Jako Wietnamczyk mocno to odczuwałem. Szukałem miejsca i zajęcia, gdzie będzie większy spokój. Byłem już gotowy wrócić do Wietnamu. I wtedy idealnie się złożyło. Zakochałem się w piękniej dziewczynie, przyszłej żonie, z pięknej Bydgoszczy – mówi z uśmiechem na twarzy.

Musiał znaleźć pracę w naszym mieście i dobrze nauczyć się języka polskiego. Chciał się czym zająć, ale nie wiedział do końca, co może robić. Bez żartów mówi, że jego los skojarzył mu się z życiorysem Ho Chi Minha, wietnamskiego przywódcy, który stał się dla niego motywacją. – Czułem się jak on. Zaczynał jak ja, od zera. Zanim został narodowym bohaterem, znanym na całym świecie, był emigrantem, pracował jako pomoc w kuchni. Postanowiłem więc iść tą samą drogą. Nie znałem kompletnie rynku gastronomicznego w Bydgoszczy. Postanowiłem zaryzykować – wspomina.

Zaczął od wynajęcia pomieszczeń po dawnej knajpie z piwem zwanej „Pod Trumienką” w 1994 roku w kamienicy zaprojektowanej przez wybitnego bydgoskiego architekta Józefa Święcickiego. Obecnie budynek ma już 130 lat. Potem stać było go już na otwarcie większej restauracji w całym parterze zabytkowego obiektu. Zatrudnił kucharzy z Wietnamu. Są z nim do dzisiaj. Odświeżył elewację na zabytku. – Ludzie przychodzi z ciekawości. W Polsce dopiero zaczynały się pojawiać takie lokale. Mówili potocznie: idziemy do „chińczyka”. I tak do dzisiaj spora część klientów nie rozróżnia kuchni krajów orientalnych, utożsamiając ją z chińską. Karta dań wietnamskich była bardzo długa, dlatego, że dla Wietnamczyków wspólny posiłek jest jedną z najpopularniejszych form spędzania wolnego czasu. Do restauracji idzie się jak do teatru czy kina. Takie uczty rodzinne i spotkania znajomych przy jedzeniu trwają nawet kilka godzin. Na obiady czy kolacje przygotowujemy wiele różnorodnych potraw, podawanych na małych talerzykach i półmiskach. Jak otwierałem restaurację, Polacy mieli inne postrzeganie jedzenie. Trzeba było się do tego dostosować. Mamy wielu stałych klientów, którzy odwiedzają nas od pierwszej randki, a teraz przychodzą na rodzinne obiady ze swoimi, już dorosłymi dziećmi – opowiada ze wzruszeniem, siedząc przy restauracyjnym oczku wodnym.

Przygotowywanie wielu potraw we Wietnamie wynika z tego, że ten tropikalny kraj ma dostęp do jednej z największych na świecie ilości gatunków warzyw i ziół. Co ciekawe, jest drugim na świecie, po Brazylii, producentem kawy. Bazą wielu potraw wietnamskich jest sos rybny. Wykonuje się go z ryb wyłowionych na ponad 3000-kilometrowym brzegu nad Oceanem Spokojnym i przepięknych rzek oraz jezior.

Zapisz się do newslettera „Bydgoszcz Informuje”!

Udostępnij: Facebook Twitter