Dzięki pracy nas, fotografów, Bydgoszcz staje się coraz bardziej rozpoznawalna na świecie

Zbigniew Milewski Fot. B. Witkowski/UMB

– Bez aparatu nigdzie się nie ruszam, nawet zabieram go rano idąc po bułki – mówi fotografik Zbigniew Milewski.

– Zdjęcia są śladem minionego czasu?

– Kocham fotografie Bydgoszczy autorstwa Jerzego Riegla. Często wracam do jego albumu „Bydgoszcz minionego wieku”. Utrwalał ulice, ludzi, zaułki, miejsca, które zniknęły z miasta na zawsze. Stosowana przez niego izohelia to technika dla mnie nieosiągalna; ja pozostaję wierny fotografii analogowej. Myślę jednak, że podobnie postrzegamy Bydgoszcz: jako przestrzeń, którą warto dokumentować, zanim zniknie, zarówno miejsca odchodzące z mapy miasta, jak i ludzi, którzy są tu dziś, a jutro mogą już nie być.

Brakuje mi stałej wystawy fotografii Jerzego Riegla. Pojedyncze jego prace można zobaczyć jedynie w kawiarni „Fanaberia”. Chciałbym, aby moje zdjęcia również stały się formą dokumentu, spuścizną, dowodem na to, że tu byłem, że tu mieszkałem. Żeby został po mnie ślad.

– Jak zaczęło się „zostawianie fotograficznych śladów”?

– Myśl o fotografii towarzyszyła mi od lat, ale długo brakowało tego jednego „kliknięcia” i czasu, by zająć się nią na serio. Paradoksalnie pomogła pandemia. Lubię biegać i pływać, jednak w czasie lockdownu zamknięto lasy, parki, baseny. Zadałem sobie wtedy pytanie, jaka inna pasja pozwoli mi przetrwać izolację. Właśnie wtedy kupiłem swój pierwszy aparat fotograficzny. Miałem czas, by sięgnąć po poradniki, poznać techniczne podstawy i po prostu nauczyć się fotografii od fundamentów.

– Nie należał pan wcześniej chociaż do szkolnego kółka fotograficznego?

– Zaczynałem od zera, szukając własnej drogi i swojej fotograficznej niszy. Dołączyłem także do bydgoskiej grupy „Fotoaktywni”, która wówczas bardzo prężnie działała, miło wspominam wspólne fotospacery i wymianę doświadczeń. Dużo podróżuję po Europie i świecie, a aparat zawsze mi towarzyszy. Szczególnie cenię mały, niepozorny aparat, który doskonale sprawdza się w fotografii ulicznej. W tym roku byłem już w Alicante, by zobaczyć marsz Trzech Króli, w Hiszpanii to jedno z najważniejszych świąt, obchodzone niezwykle barwną paradą. Kilka dni temu wróciłem z Porto, to miasto urzeka światłem i ludźmi. Tym razem trafiłem jednak na deszczowy tydzień, przywiozłem mnóstwo pięknych zdjęć ludzi pod parasolami, co również bardzo mnie inspiruje.

Ateny. Fot. Zbigniew Milewski

– Skąd u pana street fotografia? Zamiłowanie do ulicy, miasta, przechodniów?

– Zaczynałem od fotografowania przyrody, bo ona nigdzie się nie spieszy. Można spokojnie wszystko wykadrować i ustawić, ale to nie było to, czego szukałem. Później razem z koleżanką Kasią Guzek robiliśmy portrety. Są w porządku, ale dla mnie była to zbyt statyczna praca. Chciałem uchwycić człowieka w ruchu, spacerującego po mieście.

Jako fotograf czuję się trochę jak myśliwy, który wychodzi do lasu, w moim przypadku do miasta. Chcę zatrzymać na zdjęciu jedyny, wyjątkowy moment, chwilę, która już się nigdy nie powtórzy: człowieka przechodzącego ulicą, biegnącego, spieszącego się. Ta ulotna chwila łączy ludzi z miastem.

Uwielbiam francuskiego fotografa Henriego Cartier-Bressona, który wprowadził pojęcie „decydującego momentu”, ulotnej chwili, w której światło, ruch i otoczenie splatają się w kadrze, tworząc esencję fotografowanego świata. Cartier-Bresson to jedna z trzech postaci, które szczególnie celebruję i których dorobek jest dla mnie inspiracją. Oczywiście można wyjść na miasto, ustawić kogoś do kadru i zrobić zdjęcie. Tylko to nie uchwyci prawdziwego momentu, który zainteresuje widza na tyle, by zatrzymał się przy zdjęciu na dłużej.

– Czym mnie – odbiorcę – zaciekawi fotografia uliczna? Często na zdjęciach rozpoznaję Szwederowo. To pana fyrtel?

– Lubię Szwederowo, choć sam mieszkam na Błoniu. Ta część miasta bardzo przypomina mi Włochy – okolice Podgórnej, Orla, wzniesienia, schodki, ul. Terasy, stare kamienice, podwórka, komórki i szopy… to czysta magia. Kilka dni temu, na jednym z podwórek, mały chłopiec zapytał, co tam robię, bo przecież to ich podwórko. Zrobiłem jedno zdjęcie, przeprosiłem i już mnie nie było. Pokazuje to, że na Starym Szwederowie każdy każdego zna, mieszkańcy są czujni na „błąkających się” obcych. Przypomina mi to południe Włoch, gdzie osiedlowy, sąsiedzki monitoring sprawdza się czasem lepiej niż kamery.

– No właśnie, co pan tam robił?

– Łapałem kadry. Staram się pokazywać naturalną Bydgoszcz. Większość fotografów koncentruje się na znanych miejscach, są tysiące zdjęć rzeźby „Przechodzącego przez rzekę” czy innych symboli miasta. Nie neguję tego, każdy ma swój styl i inaczej realizuje się fotograficznie. Ja wybieram nieznane zakątki, takie jak Szwederowo czy inne, zapomniane dzielnice oddalone od centrum. Nie szukam nowych, pięknych domów, lecz wypatruję starych kamienic, tych, które znikają. Mam na przykład zdjęcie kamienicy przy ul. Orlej 2, wykonane w ubiegłym roku, kiedy elewacja była jeszcze zniszczona. Niedawno budynek został pięknie wyremontowany, a ja zachowałem dokumentalny ślad jego wcześniejszego stanu.

Fotografuję aparatami radzieckiej konstrukcji, FED, Zorki, Kiev, pamiętającymi czasy powojenne. W gruncie rzeczy są to kopie mniej lub bardziej udane niemieckiej Leiki. Starych aparatów mam już chyba ze dwadzieścia, wciąż poluję na nowe okazy. Uwielbiam retro i magię fotografii na kliszy.

– Dlaczego czarno – biała fotografia?

– Łatwiej oddaje emocje. Nie rozprasza obrazu. W fotografii kolorowej wzrok często skupia się nie tam, gdzie bym chciał. Czarno-biała fotografia pozwala pokazać sedno tematu. Kiedyś próbowałem robić zdjęcia kolorowe, ale kolor mi nie leży, nie czuję go i nie potrafię przez niego przekazać emocji. Pamiętam, że kiedyś wstawiłem w mediach społecznościowych zdjęcie w kolorze, ale coś w nim nie pasowało. Po opublikowaniu szybko je skasowałem.

– Ogląda pan zdjęcia innych fotografów?

– Świat bydgoskiej grupy fotograficznej jest mi dobrze znany, większość fotografów znam osobiście, przyjaźnimy się, więc naturalnie przyglądam też prace innych. Szczególnie cenię zdjęcia Justyny Szelągowskiej; potrafi uchwycić piękno Bydgoszczy w sposób bardzo kolorowy, podczas gdy ja pokazuję Bydgoszcz piękną „inaczej”. Czasem ludzie proszą mnie, żebym pokazywał Bydgoszcz w bardziej barwny sposób, ale niestety mam inny styl, nie potrafię na siłę zmieniać swoich przyzwyczajeń fotograficznych.

– Mamy w mieście grupę kobiet – fotografek, co zauważył kiedyś fotoreporter Tytus Żmijewski.

– Cenię zdjęcia Zofii Ruprecht, Justyny Szelągowskiej, Agaty Kornik, które pięknie potrafią pokazać Bydgoszcz. Znamy się wszyscy, to jak jedna wielka rodzina działająca na rzecz promocji miasta. Każdy pracuje trochę inaczej, ale wzajemnie się wspieramy. Agata Kornik koncentruje się na detalach; jej zdjęcia są bardzo potrzebne miastu, bo pokazują zmiany w sztukateriach. Bardzo bliskie są mi także prace bydgoszczanek Marzeny Ziuziakowskiej, Rity Kowalskiej oraz torunianki Katarzyny Kruger. Wszystkie te trzy panie zaraziłem fotografią uliczną i cieszę się z każdego zdjęcia ulicznego, które opublikują.

– Bydgoszcz jest dobrą przestrzenią do fotografii ulicznej?

– Koleżanka kiedyś powiedziała mi, że wytrzymam tu najwyżej rok, bo ile można robić streetowych zdjęć w  Bydgoszczy? A ja, uparcie, od kilku lat niemal codziennie przynoszę nowe fotografie z bydgoskich ulic. Każda chwila jest inna, nic nie zdarza się dwa razy. Wciąż jest wiele miejsc czekających na odkrycie. Chciałbym spenetrować całe miasto, wszystkie dzielnice, nawet te na obrzeżach, w tym magiczny Stary Fordon, naprawdę warto przejść się tymi zapomnianymi uliczkami.

Bydgoszcz. Fot. Zbigniew Milewski

Moje zdjęcia uliczne wywołują pozytywne reakcje w mediach społecznościowych. Ludzie podpowiadają, gdzie jeszcze powinienem się wybrać, wręcz proszą o konkretny street reportaż z danej ulicy. Dzięki pracy nas, fotografów, Justyny Szelągowskiej, Zofii Ruprecht i innych, Bydgoszcz staje się coraz bardziej rozpoznawalna na świecie. Goście z kraju i zza granicy są zachwyceni miastem, ale przede wszystkim jego mieszkańcami. Podkreślają, że jest tu czysto i bezpiecznie, i chętnie wracają.

– Mieszka pan w Bydgoszczy od studiów?

– Tak, moja przygoda z Bydgoszczą zaczęła się na studiach na Wydziale Mechanicznym ówczesnej Akademii Techniczno-Rolniczej. Po studiach wyjechałem na krótko z miasta, był to krótki romans z Brodnicą, Wiedniem i Warszawą, ale w końcu wróciłem do Bydgoszczy, gdzie znalazłem zatrudnienie w Bydgoskiej Fabryce Kabli jako inżynier konstruktor w nowo powstającym dziale kabli światłowodowych. Po kilku latach zmieniłem pracę, ale miasta nie, mieszkam tu już niemal 35 lat i można powiedzieć, że jestem bydgoszczaninem przez zasiedzenie. Bydgoszcz się zmienia, wielu z nas pamięta, jak wyglądała kiedyś, a dziś z roku na rok pięknieje.

– A piękniejąc będzie coraz uboższe w stare domy przyciągające pana uwagę.

– Znikają zrujnowane kamienice, te jeszcze z gołą cegłą. Cieszy mnie, że miasto pięknieje, ale jako dokumentalista odczuwam, że przeszłość powoli zanika. Muszę się spieszyć z dokumentowaniem tych miejsc. Staram się bywać na zaniedbanych podwórkach, póki jeszcze istnieją, tworząc zapis historii, która wkrótce przestanie istnieć. Chciałbym kiedyś wydać album z takimi zdjęciami.

Zawodowo nie mam nic wspólnego z fotografią, to moja odskocznia od pracy. Jestem dyrektorem sprzedaży maszyn przemysłowych i handluję nimi w kraju i na całym świecie. Fotografia i sport pozwalają mi oderwać się od codzienności. Co sobotę o 9.00 można mnie spotkać nad Kanałem Bydgoskim, gdzie biorę udział w zawodach biegowych Parkrun, zapraszam wszystkich bydgoszczan do udziału!

Bez aparatu nigdzie się nie ruszam, nawet zabieram go rano, idąc po bułki. Zawsze mam go przypiętego do paska, nigdy nie wiadomo, kiedy trafi się idealny kadr.

 – Jak pan ten jeden kadr znajduje? Przypadkiem?

– Czasem rzeczywiście przypadkiem, ale najczęściej to kwestia czujności, chodzi o to, żeby być gotowym na moment, który sam się tworzy wokół nas.

– Pyta pan o zgodę na fotografowanie ludzi, których pan uchwyci aparatem?

– Powinienem, ale nie byłbym w stanie nosić ze sobą grubego bloczka z zaświadczeniami i wręczać go dziesiątkom osób. Staram się robić zdjęcia uliczne w stylu japońskiego fotografa Daido Moriyamy, trochę nieostre, poruszone, czasem kontrastowe i zamazane. Staram się też chronić twarze, choć nie zawsze jest to możliwe. Do tej pory osoby, które odnalazły się na moich zdjęciach, raczej dziękowały, nie zdarzyły się negatywne reakcje. Oczywiście, gdy tylko mogę, pytam o zgodę. Najczęściej pojawia się krótkie zawahanie, ale gdy wytłumaczę, że to street photo i pokażę kilka swoich wcześniejszych zdjęć, otrzymuję zgodę, za która bardzo dziękuję.

– A jak ktoś sobie nie życzy?

– Może zdarzyło mi się to raz, dwa lata temu w Porto, wykasowałem zdjęcie i przeprosiłem. Fotografia uliczna to gatunek fotografii dokumentalnej, który pokazuje codzienne życie ludzi w przestrzeni publicznej w sposób naturalny i spontaniczny. Niestety, RODO trochę ten klimat zepsuło. Wielu fotoreporterów zrezygnowało ze streetu, nie chcąc kłopotów. Mnie jednak wciąż kusi smak i radość fotografii ulicznej. Nie pokazuję ludzi w sytuacjach dla nich niekomfortowych, staram się zawsze przedstawiać człowieka w sposób godny.

– Do czego potrzebna jest nam fotografia?

– Do utrwalania chwil, zapisu codzienności i zostawiania śladu z przeszłości. Lubię zatrzymywać przemijające momenty. Będąc w Porto, mógłbym zwiedzić miasto, wypić kawę i obserwować spacerujących ludzi, ale po takiej wycieczce nie pozostałby żaden ślad. Dzięki fotografii przywożę ze sobą zarówno obrazy, jak i wspomnienia. Nie fotografuję znanych turystycznie miejsc, skupiam się raczej na mieszkańcach. Staram się uchwycić moment: spojrzenia, ulotne gesty, smutek, radość, ułamek chwili wyrwany z życia. Mój niewielki aparat jest anonimowy. Jeśli ktoś zauważy, że robię zdjęcie, zazwyczaj pojawia się spojrzenie, kontakt, uśmiech, a czasem ktoś podziękuje za wykonaną fotografię, czy nawet poprosi o jej przesłanie.

Porto. Fot. Zbigniew Milewski

– Dostrzega pan różnicę w fotografowaniu Polaków i cudzoziemców?

– W Hiszpanii, we Włoszech i na południu Europy ludzie są może nieco bardziej otwarci. Uśmiechy i spojrzenia są tam cieplejsze, a fotografowanie na ulicy nie stanowi większego problemu. W Polsce również nie jest z tym źle, zauważam, że coraz częściej się uśmiechamy i jesteśmy bardziej pozytywnie nastawieni do życia niż kiedyś.

Pamiętam sytuację na Starym Rynku w Bydgoszczy, gdy zrobiłem zdjęcie młodej parze. Byli nietuzinkowo ubrani, jakby w stylu powojennej mody. Fotografia zdobyła później tysiące polubień w międzynarodowych grupach fotograficznych na całym świecie. Historia powstania zdjęcia – fotografowałem zupełnie coś innego, zobaczyłem ich kątem oka, odwróciłem się, uniosłem aparat i zrobiłem tylko jedno ujęcie teleobiektywem. Nie byłem pewien, czy trafiłem, miałem tylko jedną szansę. Trafiłem! Wszystko w tym kadrze zagrało: młodzi ludzie, letnie popołudnie, układ ich ciał, stylizacja, spojrzenie.

Stary Rynek. Fot. Zbigniew Milewski

Po publikacji zdjęcia, zadziałała siła internetu, para odnalazła zdjęcie na moim profilu. Zapytałem jedynie, czy wyrażają zgodę na pozostawienie zdjęcia; zgodzili się, za co bardzo im dziękuję. Na tym polega piękno fotografii ulicznej.

Wyspa Młyńska. Fot. Zbigniew Milewski

– Inne, ciekawe ujęcia?

– Przechodzień na ulicy Mostowej w gęsto padającym śniegu, postać w zimowej scenerii przy Barce Lemara, spojrzenie starszego mężczyzny w Porto, pies robiący „pompki” na Wyspie Młyńskiej, zdjęcie Macieja Bakalarczyka jadącego na rowerze na tle napisu „zakaz parkowania”. Dobre zdjęcie uliczne to spotkanie chwili, spojrzenia, miejsca i światła w jednym, niepowtarzalnym momencie. Chwila i spojrzenie niosą emocje, miejsce nadaje kontekst, a światło buduje nastrój kadru. Gdy te elementy zagrają razem, fotografia staje się opowieścią o człowieku i codziennym życiu. Właśnie w ten sposób powstaje ten jeden kadr. Jak na fotografii przygarbionej postaci starszego pana idącego ulicą w Lecce we Włoszech, uchwyconej w kadrze bramy, zdjęcie to znalazło się w ubiegłym roku na wystawie w Mediolanie.

Pamiętam też sytuację z ubiegłego roku, gdy zrobiłem klimatyczne zdjęcie dziewczynie z pieskiem na ulicy Gdańskiej. Był ciepły, letni dzień, padał lekki deszcz, a światło było idealne. Dziewczyna szła pod parasolem, prowadząc psa na smyczy, a tramwaj doskonale domknął kadr z lewej strony. Domyśliłem się, gdzie pracuje, wydrukowałem fotografię w dużym formacie i zaniosłem do kawiarni, w której pracuje. Podarowałem jej zdjęcie, sprawiając jej tym ogromną radość – była naprawdę szczęśliwa. To kolejny powód, dla którego kocham street photography, za możliwość poznawania nowych osób i ich historii.

To, co szczególnie lubię w fotografii ulicznej, to powroty. Gdy ponownie odwiedzam Palermo, Malagę, Lecce czy ostatnio Porto, spotykam tych samych mieszkańców. Przygarbiony pan z Lecce nadal ma się dobrze i wciąż przemierza ulice swojego miasta. Podobnie w Maladze,  spotkałem tego samego starszego mężczyznę z laską, również w dobrej formie.

Najczęściej fotografuję w Bydgoszczy, ale kocham południe Europy. Jestem tam przynajmniej raz w miesiącu, a czasem nawet częściej: Włochy, Hiszpania, Portugalia, Grecja. Nie jeżdżę tam w celach turystycznych, lecz po to, by po prostu chodzić z aparatem. Marzy mi się jeszcze fotografowanie w Nowym Jorku i w Tokio.

– Niedawno miał pan wystawę w Wieży Ciśnień.

– Bardzo dobrze ją wspominam. Wieża Ciśnień to miejsce magiczne, znakomita przestrzeń do wystaw i wernisaży. To jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie znam. Wernisaże najczęściej organizujemy we trójkę, razem z Katarzyną Guzek i Pawłem Pątnowskim. Naszym wspólnym mianownikiem jest człowiek, jego obecność lub nieobecność. Nasze prace splatają się wokół pytania o to, co po człowieku pozostaje: w przestrzeni, obrazie i pamięci. Świetnie się rozumiemy, choć każdy przedstawia człowieka w swojej twórczości inaczej. Właśnie wróciliśmy z wernisażu w warszawskim Terminalu Kultury na Gocławiu. Nasza wystawa zatytułowana „NIE/OBECNOŚĆ” będzie dostępna do 27 lutego, serdecznie zapraszamy do odwiedzin.

W naszym rejonie świetne wystawy organizują także m.in. Biblioteka Londynek w ramach Galerii Londynek. Perfekcyjną organizatorką jest Anna Wilczyńska-Kubiak, miałem tu swój pierwszy indywidualny wernisaż „Moment i Miejsce” 4 kwietnia 2024 roku, miłe wspomnienia.

Drugim magicznym miejscem jest szubińska biblioteka, w przestrzeni Galerii Flesz. Pan dyrektor Mirosław Rzeszowski i pani Małgorzata Staszak czuwają tam nad każdym detalem. Miałem tam indywidualny wernisaż w 2025/26 roku zatytułowany „Miasto i Ludzie”.

Miałem również wystawę w jednym z gdańskich hoteli. Kiedyś przygotowałem fotoreportaż z wernisażu w Bydgoszczy trzech malarek i opublikowałem go w mediach społecznościowych. Spodobał się na tyle, że jedna z artystek zaprosiła mnie na wystawę do Gdańska. Tematem przewodnim wystawy były mosty. Mostów w Bydgoszczy nie brakuje, godnie reprezentowałem nasze miasto, prezentując ich urok na wernisażu w Gdańsku.

– W dzisiejszych czasach jest moda na robienie zdjęć?

– Wynika to z możliwości technicznych. Dziś praktycznie każdy ma przy sobie telefon komórkowy. Przykład Zofii Ruprecht pokazuje, że telefonem można zrobić zdjęcia godne wystawy i albumów o Bydgoszczy. Nie narzędzie jest najważniejsze, lecz dobre oko i pomysł, które sprawiają, że nasze zdjęcia wyróżniają się spośród innych. No i oczywiście trzeba mieć aparat przy sobie, żeby potem nie żałować straconych okazji.

– Miał pan takie?

– W Porto miałbym kadr życia! Ulicą przechodził elegancki mężczyzna pod solidnym parasolem. Zrobiłem zdjęcie od tyłu (nie lubię zdjęć stert od tyłu), kadr taki sobie, do usunięcia. Opuściłem rękę z aparatem, a wtedy mężczyzna niespodziewanie wybił się w powietrze, zrobił nożyce i wylądował za półmetrowym murkiem, z parasolem nad głową i nogami idealnie ułożonymi do skoku. Do dziś widzę ten obraz w pamięci i ciągle żałuję, że nie zachowałem wtedy pełnej czujności!

– Kiedyś 36-klatkowy film w aparacie wystarczał na „cztery pory roku” (święta, urlop, uroczystości rodzinne), jak mawiał fotoreporter Wojtek Wieszok.

– Wbrew pozorom, 36 klatek to dużo, jeśli mówimy o świadomym fotografowaniu. Czasem chodzę pół dnia i nie mogę zapełnić jednej kliszy, ciągle nie znajduję interesującego kadru. To uczy pokory, ćwiczy oko i rozwija umiejętność oceny kompozycji. Trzeba mieć pomysł, właściwe światło i odpowiednią przestrzeń, a czasem także cierpliwość. Czekam jak myśliwy, pięć minut, czasem godzinę, aż pojawi się moment, który sprawi, że klatka stanie się czymś więcej niż zwykłym zapisem rzeczywistości.

– Woli pan fotografować kobiety czy mężczyzn?

– Lubię fotografować starszych ludzi, są jak sól ziemi. Ich doświadczenie, gesty i spojrzenia niosą ze sobą historię. Stare domy, mury i uliczki świetnie komponują się na zdjęciach z takimi postaciami, dopełniają się nawzajem, tworząc opowieść o czasie, miejscu i człowieku.

Zbigniew Milewski
Zbigniew Milewski / Fot. B.Witkowski / UMB

– Czego życzyć ulicznemu fotografowi?

– Nieprzegapianie chwil, momentów, które już się nie powtórzą. Ważna jest też cierpliwość. Wszystko po to, by uchwycić wyjątkowy i wartościowy kadr.

Zapisz się na newsletter „Bydgoszcz Informuje”!

Udostępnij: Facebook Twitter