Mikołaj Buzała oprowadza wycieczki po Bydgoszczy / Fot. B. Witkowski/UMB
– Ludzie nie przyjeżdżają do nas zobaczyć jednej, konkretnej atrakcji. Ale kiedy człowiek się w Bydgoszczy zagłębi i spróbuje połączyć te wszystkie wątki, okazuje się, że to właśnie ta wielowątkowość jest jej największą zaletą – opowiada bydgoski przewodnik Mikołaj Buzała.
Mikołaj Buzała certyfikowanym przewodnikiem po Bydgoszczy jest od roku. Poza oprowadzaniem „na żywo” prowadzi profile w mediach społecznościowych, na których tworzy wideo-przewodniki po nieoczywistych zakątkach miasta, obserwowany przez tysiące osób i kwestionujący stereotyp, że Bydgoszcz nie jest ciekawym miastem.
Miłosz Kalaczyński: Gdzie rozpocząłbyś spacer z okazji 680-lecia Bydgoszczy?
Mikołaj Buzała*: – Nie jest łatwo odpowiedzieć konkretnie na to pytanie. Myślę, że na pewno byłoby to nad Brdą. Czy to będzie Wyspa Młyńska, spichrze przy Rybim Rynku, a może rejon Placu Solnego, gdzie był gród, zanim powstało miasto, akurat nie ma większego znaczenia. Ktoś też powie, że jeśli mówimy o administracyjnej lokacji miasta, „epicentrum” Bydgoszczy jest Stary Rynek, i dla niego tam się ta „miejska historia” będzie zaczynała. Jednak nieważne, jak będziemy podchodzić do historii Bydgoszczy i tak zawsze trzeba wspomnieć o tej rzece.
Brda spaja te wszystkie miejsca.
– I to nie tylko te najbardziej znane punkty w centrum miasta. Przecież moglibyśmy również szukać tego początku w Wyszogrodzie, w dzisiejszym Fordonie, co prawda nad Wisłą, ale bliskość Brdyujścia miała też znaczenie w umiejscowieniu tego grodu. Najważniejszym punktem jest to, z czego właściwie wzięło się to miasto. A wzięło się z rzeki.
W kwietniu, kiedy świętujemy urodziny miasta, poprowadzisz w Młynach Rothera warsztaty, w których to mieszkańcy staną się przewodnikami i stworzą swoje „miasta osobiste”. Wyjaśnij, co to znaczy.
– To ucieczka od opisywania miasta jako jednej, obiektywnej rzeczy. Nikt tak naprawdę nie myśli o mieście za sprawą dokładnych statystyk. Dla ludzi, miasta są zbiorem wyobrażeń, które w nich żyją i tworzą wyjątkowe obrazy. Więc tak naprawdę tych „osobistych Bydgoszczy” jest tyle, ile jest mieszkańców. Każdy ma swoje ścieżki poruszania się po mieście oraz inne doświadczenia. Na przykład dla niektórych bulwary nad Brdą będą kojarzyły się z pierwszą randką z przyszłym małżonkiem, a dla innych będą to wspomnienia z dzieciństwa, gdy kiwali do przechodniów, płynąc „Ondyną”. Dla mnie takie historie są o wiele ciekawsze niż statystyki i nieruchome zabytki miasta, o których możemy poczytać sobie w Wikipedii. Na pierwszych warsztatach uczestnicy podzielą się swoimi wyobrażeniami o centrum miasta.
To w twoim „mieście osobistym”, gdzie jest centrum?
– Najłatwiej patrzy się na centrum od strony, z której do niego się wchodzi. Kiedyś dla mnie zaczynało się ono mniej więcej przy Parku Witosa. Jest tam dużo starej zabudowy, są sklepy, jakieś urzędy, jak to w centrum. Wychowywałem się na Bartodziejach. Na przestrzeni lat zmieniło się to postrzeganie. Kiedyś centrum nie obejmowało dla mnie Bocianowa, ale dzisiaj nie mógłbym wykluczyć tego osiedla z centrum. Im więcej czasu przebywam w różnych miejscach Bydgoszczy, tym bardziej ta centralna część się rozszerza. Dzisiaj północne centrum kończy się dla mnie przy ul. Kamiennej, a kiedyś bym powiedział, że przy już przy ul. Mickiewicza.
Już w dzieciństwie marzyłeś o byciu przewodnikiem?
– Taka myśli pojawiła się w czasach studenckich. Kilkanaście lat temu zarządzanie na dawnym Uniwersytecie Technologiczno-Przyrodniczym (dzisiaj Politechnika Bydgoska – dop. red.) szukałem jakiegoś kursu przewodnickiego, ale wtedy jeszcze tak wiele nie wiedziałem o mieście. Wówczas jedynie Polskie Towarzystwo Turystyki Krajoznawczej organizowało takie szkolenia, ale akurat odbywały się one tylko w Toruniu i okolicach, więc z poczuciem niespełnienia odpuściłem te starania. Po studiach wyjechałem do pracy w branży IT do Krakowa. Przyznaję, że im dużej byłem poza Bydgoszczą, tym bardziej zacząłem ją doceniać. Z jednej strony uświadomiłem sobie, że to miasto kameralne i fajne do życia, a z drugiej zaskakiwała mnie złożona i ciekawa historia mojej małej ojczyzny. Na uchodźstwie w Krakowie, zacząłem sobie zadawać pytania o miasto nad Brdą. Potem jeszcze przeprowadziłem się do Warszawy. Udało mi się w miarę zrozumieć stolicę, jej historię. Ale przez to jeszcze bardziej czułem chęć odkrywania Bydgoszczy.
I ta chęć poprowadziła cię do powrotu.
– Wróciłem nad Brdę w czasie pandemii koronawirusa z narzeczoną, która kompletnie nie znała Bydgoszczy. Musiałem coś jej opowiedzieć i wchodzić w rolę przewodnika. To było ciekawe doświadczenie, bo sam zacząłem na nowo odkrywać miasto. Dużo czytałem, żeby nie opowiadać jej głupot. I w sumie przez przypadek, dzięki narzeczonej, która była coś załatwić w Bydgoskim Centrum Informacji, trafiłem na kurs organizowany przez Bydgoską Lokalną Organizację Turystyczną. Inwestowałem dużo czasu, żeby „uczyć się” Bydgoszczy. W zeszłym roku jak zostałem oficjalnie przewodnikiem. Starałem się połączyć to z pracą na etacie. Okazało się, że jestem zbyt w to zaangażowany. Musiałem coś wybrać. Postawiłem na przewodnictwo.
Nie jest to łatwa robota, ale pewnie niezwykle ciekawa?
– Spełniam się w tym. Jest ciekawa i zróżnicowania. Część czasu spędzam w bibliotece czy archiwum. Potem samemu opracowuję tematy. Następne wychodzę z nimi do ludźmi. I to jest najlepsze w tej pracy, że spotykam różne osoby. Mogę z nimi spokojnie porozmawiać o różnych rzeczach. Są oni niezwykłym źródłem informacji. To co jest w dostępnych publikacjach, to jedno, ale ci ludzie znają niesamowite historie, których nie znajdziemy w żadnej gazecie, książce czy stronie internetowej.
Robota ciekawa, ale według nazwy twojego kanału, Bydgoszcz to miasto „nieciekawe”?
– Kiedyś przeczytałem, że Bydgoszcz to największe polskie miasto z niczym się niekojarzące. To się zmienia, ale spójrzmy obiektywnie – w większości aspektów Bydgoszcz jest po prostu średnim miastem w skali Polski. I to nie jest żaden zarzut. Nie chcę na siłę wbijać ludziom do głów, że nasze miasto jest jakieś wyjątkowe i udowadniać wyższości ani szczególnej ważności. Pokazuję Bydgoszcz taką, jaką ją widzę, a to ciekawość odbiorcy sprawia, że miejsce, które na pierwszy rzut oka wydaje się nieciekawe, zaczyna fascynować. A Bydgoszcz potrafi to robić. Nie ma u nas wielkich symboli rozpoznawalnych w całym kraju, nie działy się tu przełomy historyczne, które na zawsze zmieniły losy Polski. Ktoś powie, że był przecież Bydgoski Marzec 1981, który wstrząsnął kiedyś całym krajem. Ale ile osób w Polsce dziś pamięta, co się wtedy wydarzyło?
Na czym więc współcześni Bydgoszczanie mogą budować tożsamość?
– W PRL tożsamość Bydgoszczy była budowana na wielkim przemyśle. Starsi mieszkańcy z żalem wspominają na spacerach, że Zachemu, Eltry, Rometu, Kobry, czy papierni już nie ma. Gdy wszystkie te zakłady upadały, to tak jakby miasto przestało już istnieć. Ich tożsamością było to, co produkowano w Bydgoszczy. Te żywe wspomnienia wciąż w nich tkwią. Te marki miały na Bydgoszczan tak duży wpływ, że pamięta się je bardziej, niż to, że wtedy w centrum miasta nie dało się żyć przez różne hałasy, a woda w Brdzie była strasznie zanieczyszczona. Po zmianie ustroju, kiedy ten przemysł przestał pełnić tak ważną rolę, w naszym mieście zaczęto zastanawiać się, co nam właściwie zostało. Od wielu lat konsekwentnie budowana jest tożsamość miasta muzyki. Choć moim zdaniem bydgoską tożsamość najlepiej tłumaczy namalowany przy klubie „Mózg” cytat: „Bydgoszcz jest jak duże mieszkanie.”
Co jest w tym mieszkaniu?
– Jest w nim wiele wyjątkowych rzeczy na wyciągnięcie ręki, ale żadna z nich nie dominuje. Są różne, jak lokatorzy tego mieszkania. Bydgoszcz jest odporna na turystyczne kalki. Ludzie nie przyjeżdżają tutaj zobaczyć jednej, konkretnej atrakcji. To miejsce, w którym czegoś dla siebie mogą szukać osoby o bardzo różnych zainteresowaniach. Dlatego trudniej tu budować jedną, spójną tożsamość miasta. Ale kiedy człowiek się w Bydgoszcz zagłębi i spróbuje połączyć te wszystkie wątki, okazuje się, że to właśnie ta wielowątkowość jest jej największą zaletą. To sprawia jednak, że historię miasta trudniej opowiadać w prosty sposób. Z doświadczenia wiem, że dla wielu Bydgoszczan ta poniemieckość miasta jest problematyczna.
Zwykle najmocniej pamięta się, że ktoś zrobił nam coś złego.
– Zazwyczaj w szkole podczas lekcji historii dowiadujemy się m.in. o strajkach dzieci wrzesińskich w zaborze pruskim, później w historii lokalnej słyszymy, że Niemcy zniszczyli nam zachodnią pierzeję Starego Rynku, poznajemy przebieg Krwawej Niedzieli i późniejszych represji. Wyuczono nas, że Niemiec jest zły. Po tym wszystkim idziemy do centrum Bydgoszczy i widzimy, że Polak tutaj prawie nic nie wybudował. Kiedy wgłębimy się w historię miasta, okazuje się, że budowa Kanału Bydgoskiego czy ulokowanie dyrekcji Pruskiej Kolei Wschodniej w Bydgoszczy pchnęły gospodarczo miasto o lata świetlne. Dochodzimy do wniosku, że większość znaczących rzeczy wykonał dla miasta zaborca i musimy coś z tym fantem zrobić. Trzeba to przetrawić, że ta cała, bardzo zróżnicowana historia miasta, może ze sobą współgrać.
Przydałoby się więcej lekcji historii lokalnej w szkole?
– Kiedy zacząłem oprowadzać, zobaczyłem niestety, że mieszkańcy mają sporo białych plam w wiedzy o własnym mieście. Na pewno jest lepiej niż w czasach, kiedy po raz pierwszy myślałem o oprowadzaniu po mieście, bo teraz mamy już wielu doskonałych przewodników i popularyzatorów, którzy potrafią oprowadzać w ciekawy sposób, poruszając różne wątki. I na te oprowadzania jest zapotrzebowanie. Te braki wiedzy o Bydgoszczy nie są zastrzeżeniem wobec naszych kochanych mieszkańców, tylko do tego, jak wygląda edukacja regionalna w polskich szkołach, której praktycznie nie ma. Zdaję sobie sprawę, że wiele też zależy od podejścia nauczycieli historii, którzy mają za zadanie wyjaśnić, dlaczego żyjemy w takich okolicznościach. Moim zdaniem za dużo czasu poświęcane jest m.in. starożytnym ludom i innym zagadnieniom, które dzisiaj zbyt wiele z nami wspólnego nie mają. Jak już bierzemy się za historię Polski, poznajemy ją zwykle z perspektywy warszawskiej czy tzw. „kongresówki”. Przez to ta nasza poniemieckość staje się problemem, bo ludzie na poważnie stykają się z nią dopiero kiedy zaczynają się wgłębiać w dzieje miasta.
Jacy Bydgoszczanie przychodzą na twoje spacery historyczne?
– W mediach społecznościowych obserwują mnie zwykle osoby w takim przedziale od 25 do 50 roku życia. Podobnie jest na spacerach. „Młodzi dorośli” stanowią około 20 proc. uczestników, choć uważam, że to dobry wynik, patrząc na inne oprowadzania. Zauważam, że jak już ktoś na poważnie zaczyna się interesować swoim miastem, to objawia się to najczęściej po trzydziestce. Sporo jest seniorów. Oni chyba są najbardziej zainteresowani miastem, ale też najwięcej wiedzą o Bydgoszczy. Coraz więcej mam styczność z osobami, które po raz pierwszy na wycieczkę po mieście przychodzą do mnie. Najczęściej są zaskoczeni, że na wyciągnięcie ręki mają takie ciekawe historie, dzięki którym poznają miasto.
Co ich najbardziej interesuje?
– Nie oczekują statystycznych informacji o najważniejszych budynkach w mieście. Chcą zobaczyć sens tego miasta. Jak jedna rzecz łączy się z drugą. Większość Bydgoszczan kojarzy, że miasto założył Kazimierz Wielki. Ale jak zapytam, czemu je tutaj założył i w jakim celu, to już nie bardzo wiedzą, co odpowiedzieć. Moim zadaniem jest połączyć tę mieszaninę informacji o Bydgoszczy, która powstawała przez wszystkie lata życia w tym mieście. Nie robię tego w stylu próby przekonania, że ich miasto jest wspaniałe – to ocenią już sami. Na przykład, przy okazji spacerów na temat lat 90-tych, mówię o szansach jakie powstawały po upadku „komuny”, ale i zagrożeniach, takich jak wzrost przestępczości i upadek przemysłu. Lubią słuchać relacji na temat ważnych momentów w życiu naszego miasta. Po to, by „wykopać” swoje wspomnienia z tych czasów i spojrzeć na nie szerzej.
Czego życzysz Bydgoszczanom na 680. urodziny ich miasta?
– By dbali i troszczyli się o swoją małą ojczyznę. Nie mam na myśli tylko Starego Rynku i Wyspy Młyńskiej. Tyczy się to ich osiedli i najbliższej okolicy, bo im dalej od centrum, tym bardziej tej troski trzeba. Życzę im znalezienia chwili na zrozumienie miejsca, w którym mieszkają. Każde osiedle ma swoją wielowiekową historię. Bydgoszcz potrzebuje tego, żeby jej mieszkańcy wiedzieli, skąd właściwie to miasto się wzięło.
*Mikołaj Buzała – w marcu świętował rocznicę bycia certyfikowanym przewodnikiem ByLOT’u. Oprowadza turystów i Bydgoszczan, którzy chcą lepiej poznać swoje miasto – od uliczek Starego Miasta po najdalsze osiedla. Niezależnie od miejsca, stara się unikać rutynowych tras. Najwięcej satysfakcji daje mu wychodzenie poza utarte szlaki i odkrywanie przestrzeni, które na co dzień pozostają niezauważone, a doskonale ukazują ducha i historię Bydgoszczy.


