Uczniowie kl. I b SP 6 w Bydgoszczy przed wejściem z boiska szkolnego / Archiwum prywatne
– Nie było takiej swobody i wielobarwności w doborze strojów szkolnych, czy fryzur, jak ma to miejsce obecnie. Do strojów szkolnych zawsze przyszyta była tarcza (na lewym rękawie, powyżej łokcia). Mała tarcza obowiązywała na nakryciu głowy i była przyszywana z przodu granatowych beretów – Elżbieta Szefler wspomina swoje uczniowskie lata w Szkole Podstawowej nr 6 przy ul. Poniatowskiego.
Zbliża się kolejny rok szkolny. To kolejny rok oczekiwań, niepokojów, nadziei i marzeń. Takim jest dla większości uczniów, ale najbardziej dla … pierwszoroczniaków – niezależnie od szczebla edukacji. Najbardziej żywiołowo podchodzą jednak do niego najmłodsi. Dla nich bowiem to czas, kiedy z przedszkolaków stają się prawdziwymi uczniami. Zdaje im się przekraczać pewien rubikon – rubikon powagi, dojrzałości, wiedzy i pewności. Pewności siebie, samodzielności, szerszego otwarcia na świat i ludzi.
Zbliżający się początek roku szkolnego przywołuje również wspomnienia. To wspomnienia ludzi dojrzałych, często też kończących już pracę zawodową, a także wczesnych i późnych emerytów – ludzi u schyłku życia. Do tych ostatnich należę ja – autorka niniejszego opracowania. Zebrało mi się na sentymenty, powrót do lat dziecięcych i podsumowań. Do takich należą między innymi wspomnienia mojej pierwszej szkoły i pierwszej klasy, do której zmierzałam 1 września 1959 roku, a więc 67 lat temu.
Wspominając, wzruszam samą siebie, przywołuję pamięć o osobach (nauczycielach, koleżankach i kolegach), z którymi zetknęłam się i przyszło mi żyć razem, a także o zdarzeniach obecnych w mojej pamięci i moim sercu: tych wspaniałych, dziecięcych lat „odkopywanych” z zaułków pamięci. Staram się wzruszyć i przywołać pamięć tych wszystkich, którzy w tym czasie, w mojej szkole byli obok mnie i być może, czytając moje wspominki, otrą łezkę w oku, a być może tylko usilnie wytężą pamięć. Mogą być i tacy, którzy przejdą obok tych wynurzeń obojętnie – z sarkazmem mrucząc: „było, minęło”. Mogą być i tacy czytelnicy, którzy ani mnie, ani mojej szkoły nie znali, ale powrócą sentymentalnie do „swoich czasów, miejsc, zdarzeń i okoliczności”, które w Ich szkołach wystąpiły. Do nich wszystkich kierowany jest ten materiał, to opracowanie, ta moja refleksja.
Stara szkoła na Bielawkach
Moja pierwsza szkoła to bydgoska bardzo stara szkoła. W latach trzydziestych XX w. była to Szkoła Powszechna na Bielawkach, a później SP 6. Mieściła się przy ul. Poniatowskiego 12. Budynek dotąd istnieje (rozbudowany wszakże i zmodernizowany), i w dalszym ciągu zlokalizowany jest na skrzyżowaniu ul. Chodkiewicza i Poniatowskiego. Nie funkcjonuje jednak od szeregu lat jako placówka edukacyjna dla dzieci. Obiekty te zostały przekazane Uniwersytetowi Kazimierza Wielkiego (UKW).
Naukę rozpoczęłam zgodnie z planem, w szkole, do której zostałam zapisana. Rozpoczęłam ją 1 września 1959 roku. Kierownikiem szkoły był wówczas pan Edmund Czyż. Nie była to moja szkoła rejonowa, bo mieszkałam wówczas z rodzicami i malutką siostrą przy ul. Sułkowskiego 30 (Osiedle Leśne). Czekaliśmy na oddanie naszego nowego mieszkania w powstającym bloku przy ul. Niemcewicza. Oddanie bloku ciągle przedłużało się, więc rodzice zadecydowali o zapisaniu mnie do szkoły, która dopiero miała stać się moją szkołą rejonową. Nie chcieli, abym jako uczennica kl. I zmieniała szkołę w trakcie roku szkolnego. Tak więc we wrześniu 1959 roku rozpoczęłam naukę w SP nr 6 przy ul. Poniatowskiego, a formalnie szkoła ta stała się moją rejonową dopiero w kwietniu 1960 roku, kiedy sfinalizowaliśmy przeprowadzkę do nowego mieszkania. Tak więc ja – jako siedmiolatka – od IX 1959 do IV 1960 roku, dzień w dzień przemierzałam pieszo całą długą trasę od domu do szkoły (tj. od końca Sułkowskiego, poprzez Chodkiewicza, aż do Poniatowskiego), aby znaleźć się w mojej szkole. Taką samą trasę pokonywałam, wracając ze szkoły do domu – piechotą. Dla dziecka 7-letniego to długa trasa i daleka marszruta, w dodatku przecinana torami kolejowymi (biegnącymi przed moim domem – po dzisiejszej ul. Kamiennej) i z ciągle opuszczonymi szlabanami (z uwagi na przejeżdżające pociągi osobowe i towarowe).
Mama opiekowała się moją malutką siostrą i nie pracowała zawodowo. Z tych wszystkich względów nie mogła mnie odprowadzać do szkoły ani przyprowadzać z niej do domu. Nie miała też wpływu na decyzje władz szkolnych o tym, że dzieci matek niepracujących umieszczane zostaną w oddziałach (klasach) pracujących na trzecią (!!!) zmianę. Trafiłam więc do takiej właśnie klasy (I b). Rzutowało to na późne rozpoczynanie lekcji i powroty do domu w godzinach 16.00-18.00. Jesienią i zimą (a nawet wczesną wiosną) w takim przedziale godzinowym na ulicach było już ciemno, a słabe oświetlenie (także na ulicach, którymi wiodła moja szkolna trasa) wywoływały nieustanny lęk u tak małego dziecka, jakim wtedy byłam.
Zostałam uczennicą klasy I b
Zostałam uczennicą klasy I b. Uczniowie kl. I a i Kl. I c to dzieci matek pracujących i dlatego uczyły się na pierwszej zmianie (od rana). Uczniowie pozostałych klas pierwszych uczęszczali do szkoły na późniejsze godziny lekcyjne.
SP 6 znajdowała się w 1959 r. w swych starych, przedwojennych murach. Była więc mała i ciasna, co przy licznych uczniach (wyż demograficzny) powodowało przeludnione klasy (po 40 i więcej uczniów w jednym oddziale, w jednej sali), konieczność powoływania licznych oddziałów równoległych (w moim roczniku: kl. I a, b, c, d, e). Dzieci matek niepracujących trafiały do klas uczących się na trzeciej zmianie lub II/III zmianie. Te fakty, wydobyte z mojej pamięci, potwierdza informacja internetowa od Al. Rejon tej szkoły obejmował „gęsto zaludnione, śródmiejskie tereny otaczające placówkę, w tym historyczną zabudowę sąsiadującą z ulicami Chodkiewicza, Gdańską i pętlą tramwajową na Bielawach.” Zgodnie z moją pamięcią, żadne dziecko z mojej klasy nie mieszkało przy Al. 1 Maja (dziś ul. Gdańska), ale sporo – w nowych blokach powstałych przy ul. Powstańców Wielkopolskich, w pobliżu ul. Poniatowskiego.
Wychowawczyniami równoległych klas pierwszych były we wrześniu 1959 r. (i dalej) następujące osoby: kl. I a – p. Kurzewska; kl. I b – p. Franciszka Jesa; kl. I c – p. Rejewska; kl. I d – być może p. Irena Dondalska (późniejsza Kruczkowska); kl. I e – p. Teresa Grzeczkowska (córka, bo nauczycielką w tej szkole była również Jej Mama).
Pamiętam nazwiska niektórych innych nauczycieli uczących w klasach I-IV (bo tyle poziomów klas obejmowało wówczas nauczanie początkowe). W kl. IV oprócz głównego nauczyciela i wychowawcy jednocześnie (przeważnie prowadzącego klasę począwszy od pierwszej do czwartej) pojawiali się również nauczyciele specjaliści niektórych przedmiotów, uczący głównie w klasach starszych. Zdarzało się, że już w kl. III uczniowie otrzymywali zajęcia z niektórymi specjalistami, nazywanymi „przedmiotowcami”. W taki sposób zetknęłam się z cudowną p. Banaszak (przyroda), p. Pawełczak (matematyka), p. Jadwigą Zarembą lub Zarębą (język polski), p. Kopczyńską (rysunki), a także mężczyzną – Panem Hipszem czy Chipszem (wychowanie fizyczne, zwane wówczas gimnastyką), Puckowską (śpiew), Wahal lub Wachal (później nazywała się Parzysz; mnie uczyła prac ręcznych w kl. IV), Cieszyńską (później nosiła nazwisko Ozdoba; mnie uczyła geografii w kl. IV i dalszych). Podaję tu nazwy przedmiotów zgodnie z tym, jak nazywały się wtedy i jak zapisywano je również na świadectwach szkolnych.
Wśród nauczycieli-wychowawców uczących klasy młodsze, zapamiętałam następujące nazwiska Pań: Anna Podoska; Staszak; Mic (lub Mitz); Mielcarek. Uczące nauczycielki klas starszych, zapamiętane przeze mnie, lecz nie mające zajęć w mojej klasie, to np p. Kempska lub Kępska (matematyka), p. Dondalska (później Kruczkowska – śpiew), p. Chmielewska (matematyka).
Kiedy zakończyłam etap edukacji wczesnoszkolnej i rozpoczęłam naukę w kl. V b, wychowawstwo objęła rusycystka – p. Krystyna Zastawna. Ta nauczycielka uczyła mnie nowego przedmiotu – języka rosyjskiego, który żywo mnie zainteresował. W tymże czasie, w pobliżu mojej szkoły powstała nowa szkoła podstawowa, tj. SP nr 50 przy ul. Cichej. Część moich koleżanek i kolegów po upływie roku (a więc w kl. VI) zmieniła rejon szkolny i przeszła do nowej szkoły. Wraz z nimi przeniesiona została część kadry pedagogicznej SP nr 6. Nie tylko utraciłam kontakt w związku z powyższym z kolegami, z którymi zżyłam się już przez poprzednie lata wspólnej nauki, ale też zyskałam nowych, bo nasze klasy zostały w SP nr 6 połączone. Nie pamiętam dokładniej w jaki sposób, bo te zmiany szybko skończyły się dla mnie. W kolejnym roku szkolnym (gdy zaczęłam uczęszczać do kl. VII) i dla mnie oraz kolejnej części moich kolegów uległ zmianie rejon szkolny, gdyż przy pobliskim Studium Nauczycielskim powstała kolejna nowa szkoła podstawowa – Szkoła Ćwiczeń SN o numerze 55, usytuowana przy ul. Chodkiewicza 30. Szkołę podstawową ukończyłam zatem w niej, uczęszczając najpierw do kl. VII, a potem do kl. VIII. Był to czas, kiedy uczniowie urodzeni w pierwszej połowie roku, a zamierzający kontynuować naukę w szkołach ponadpodstawowych typu zawodowego, mogli ukończyć edukację podstawową po kl. VII (a pozostali po kl. VIII). Wprawdzie urodziłam się w pierwszej połowie roku kalendarzowego i mogłabym skorzystać ze wskazanego tu przepisu, ale … moje marzenie – czyli Liceum Pedagogiczne – zamknięto, a droga do wymarzonego zawodu nauczycielskiego prowadziła poprzez LO i studia pedagogiczne, więc musiałam ukończyć klasę VIII w szkole podstawowej.
Zatem naukę w SP Ćwiczeń SN odbywałam w latach 1965-1967, ale to już inna historia.
Uczniowskie stroje, uczniowskie rygory
Nie było takiej swobody i wielobarwności w doborze strojów szkolnych, czy fryzur, jak ma to miejsce obecnie. Fryzury – czy krótkie, czy długie, musiały być spięte (np. spinkami) bądź przewiązane wstążkami lub gumkami. Obowiązywał strój szkolny. Codzienny składał się z granatowego lub czarnego fartuszka (z materiału podszewkowego, błyszczącego lub z materiału bez połysku; zapinanego na guziki, zawsze z białym, doszywanym kołnierzykiem). Strój galowy to mundurek (raczej granatowy, choć czasem i czarny) z marynarskim kołnierzem i marynarskim krawatem. Strojem galowym była też biała bluzka (biała koszula u chłopców) i ciemna spódniczka przed kolana lub długie ciemne spodnie (u chłopców). Do strojów szkolnych zawsze przyszyta była tarcza (na lewym rękawie, powyżej łokcia). Mała tarcza obowiązywała na nakryciu głowy i była przyszywana z przodu (na czole) granatowych beretów. Były też czerwone tarcze-odznaki „Wzorowy uczeń”, które otrzymywali wyróżniający się uczniowie i przyszywali „na piersi fartuszka szkolnego”. Nie mam już żadnej pamiątkowej tarczy mojej szkoły, ale w Muzeum Oświaty (mieści się w strukturach Wojewódzkiej Biblioteki Pedagogicznej w Bydgoszczy) każdy chętny takie stare tarcze szkolne obejrzy.


Elżbieta Szefler, uczennica SP 6 i szkolna tarcza / Archiwum prywatne
Czy mnie jeszcze pamiętasz? Czy ja pamiętam ciebie?
Zapewne najciekawsza część wspomnień przeze mnie przywołanych i opracowanych wiąże się ze swoistą zgadywanką-obserwowanką, zaproponowaną zwłaszcza tym czytelnikom gazety „Bydgoszcz Informuje”, którzy w tak dawnych latach mieli coś wspólnego ze szkołą podstawową na bydgoskich Bielawach. To Ich zachęcam niniejszym do uważnego przyjrzenia się fotografiom wybranym przeze mnie do prezentacji. Może odnajdziecie na nich samych siebie? A może starszego/młodszego brata lub siostrę? Może ktoś znajdzie na nich swą mamę, tatę, wujka, ciotkę? A może babcię albo dziadka? Może odkryje, jak dawniej nazywały się kobiety z Waszych rodzin? Jeśli z redakcją gazety podzielicie się swymi uwagami na ten temat (proponuję powołać w niej rubrykę: „Głosy czytelników”), to i ja dowiem się, na ile moja pamięć po tych kilkudziesięciu latach jest jeszcze niezła, a w czym chcecie Państwo mnie poprawić, uzupełnić, skrytykować …
Zatem do dzieła!!! Przystępujmy … do fotografii, obserwacji i weryfikacji moich ustaleń. Bo i ja zadałam sobie nie lada trud i podjęłam wyzwanie ustalenia, kogo z moich kolegów jeszcze pamiętam.

Uczniowie kl. I b SP 6 w Bydgoszczy przed wejściem z boiska szkolnego
Od lewej – I rząd od dołu: Jadwiga Dłużewska, Ewa Grzesik, Barbara Bogusławska, Grażyna Mrozińska, Łucja Wiśniewska, Teresa Kortas, Elżbieta Urbanowska, Ja, Maria Mrugowska, Tadeusz Nowicki, Hanna Kubiak, Renata Rutkowska.
Od lewej – rząd środkowy: Bernadeta Łyk, Halina Dejewska, Małgorzata Hrynkiewicz, Adam Budziak, Ryszard Wachowski, Grzegorz Kalisz, Krystyna Migdalska, Paweł Chmara, Tadeusz Dłużewski.
Od lewej – rząd najwyższy: Maria Jaruszewska, Danuta (Krystyna?) Szymańska, Bogusław Popienin, Zbigniew Rybak, Marek Reich, Andrzej Tomczuk, wych. Franciszka Jesa, Wojciech Pioterek, Zdzisław Sarnowski, Tadeusz Remisz, Leszek Pieczeniewski.


Zespół klasowy kl. III b (lub IV b) na schodach przed boiskiem szkolnym
Celowo zestawiłam tu dwie fotografie, wykonane w tym samym miejscu, ale nas – uczniów jednej klasy – jako nieco młodszych i starszych. Rośliśmy, zmienialiśmy się. Niektórych z nas ubyło, pojawili się inni – nowi. Nie wszyscy są na tych fotografiach, aczkolwiek przynależeli do zespołu klasowego. Może byli wtedy chorzy? Może był inny powód ich nieobecności w szkole, kiedy przyszedł fotograf? Ustalając tych wszystkich, których widzę na pierwszej spośród dwóch zamieszczonych tu fotografii i kogo pamiętam, staram się podać jego imię i nazwisko. Konfrontując z kolejną fotografią, staram się ustalić tych, których wcześniej nie było. staliłam, że na tej fotografii brakuje osób, które z całą pewnością były uczniami naszej klasy „B”. Odnalazłam je na kolejnych dwóch fotografiach z naszej kl. III b lub IV b. Dlatego nie przywoływałam tu już dzieci obecnych na fotografii z kl. I b, wymienionych przeze mnie rzędami. Nasza wychowawczyni pozostała ta sama przez wszystkie cztery pierwsze lata nauki.
Czy potraficie te osoby wskazać? To: Ewa Knajdek, Janina Grzegorzewska, Jerzy Janowski, Maria Dybowska, Henryk Szeląg, Danuta Konieczna, Jolanta Grobelska, Gabriela Kuchyt, Adam Wojda, Andrzej Kwitowski, Zbigniew Hein, Ryszard Hołubiczko, Bożena Różańska, Wiesław Krause, Łucja Borecka, Andrzej Grzędzicki, Benek Łaski. Jest jeszcze dwóch chłopców, których twarze pamiętam, ale nie mogę przypomnieć sobie imion, ani nazwisk. Jeden chyba nazywał się Maćkowski.
Brakuje także Ewy Chimiak, z którą widziałam się ostatni raz z rok temu. A może jeszcze kogoś brakuje? Przypomnijcie to i mnie, i sobie.
PS. Mam jeszcze sporo innych naszych fotografii (w ławkach, podczas zabaw, występów, uroczystości). Może nadejdzie czas i na nie?
Póki co pozdrawiam koleżanki i kolegów ze szkolnej ławy naszych pierwszych szkolnych lat. Kłaniam się nauczycielom, a ze szczególną serdecznością zwracam się do naszej wychowawczyni p. Franciszki Jesy – mojej inspiracji do zawodu nauczycielskiego, mojego mentora również w czasach studenckich i zwierzchnika w pierwszych latach pracy zawodowej (wizytator Wydziału Oświaty i Kuratorium Oświaty w Bydgoszczy).


