Wyjechała z Bydgoszczy jako dziecko, dziś wraca jako artystka. „Zawsze będzie mnie tu ciągnęło”

Olivia Grant / Fot. B. Witkowski/UMB

Miała zaledwie kilka lat, kiedy wyjechała z Bydgoszczy do Londynu. Zostawiła tutaj szkołę, koleżanki i dziecięcy świat, a w nowym miejscu została – jak sama dziś mówi – „dziwakiem z Polski”, dziewczynką, która nie znała języka i długo czuła się odizolowana. Dziś Olivia Grant jest londyńską artystką i fotografką. Do rodzinnego miasta wróciła z wystawą, na której pokazuje swoje spojrzenie na miejsca szczególnie bliskie sercu – Nowy Jork i surowe pejzaże Islandii.

Znamy się z jednego bloku na bydgoskich Wyżynach. Pamiętam Olivię jako małą dziewczynkę i pamiętam moment, kiedy wyjeżdżała z mamą do Anglii. Wtedy nikt z nas nie wiedział, jak potoczy się jej historia. Po latach spotykamy się ponownie – już nie na osiedlu, ale przy okazji jej wystawy fotograficznej w Bydgoszczy.

15 sierpnia w Cafe Flore odbył się wernisaż jej prac. Dzień wcześniej, w tym samym miejscu, rozmawiamy o fotografii, emigracji, samotności, introwertyzmie i o tym, dlaczego Olivia chce pokazywać świat bez retuszu i maski.

„Zdjęcia prawdziwe”

– Byłam na Islandii we wrześniu. Na tym wyjeździe dostałam zapalenia płuc, kiedy wykonywałam swoje autoportrety. One były moją pracą magisterską. Tu na wystawie pokazuję tylko pejzaże.

– Mówisz o tej słynnej serii nagich autoportretów w naturze? Widziałam je na zagranicznych portalach, ale nie sądziłam, że to Twoja praca magisterska!

O.G.: – Tak. Byłam tam z byłym partnerem. On był kierowcą, a ja brałam statyw i wyskakiwałam z auta, gdy zauważałam fajny krajobraz. Zależało mi, żeby te zdjęcia były ekspresyjne, prawdziwe. Gdy je wykonuję, nigdy ich nie sprawdzam po zrobieniu. Nigdy ich nie poprawiam. Tutaj są same krajobrazy. Podoba mi się, że są takie chłodne. To też nie są zdjęcia poprawiane w programach. Nie obrabiam w ogóle zdjęć. Te z Nowego Jorku, ze względu na to, że było na nich bardzo wielu ludzi, zmodyfikowałam tak, że ich usunęłam. Skupiałam się na krajobrazach. Na Islandii nie spotkałam nikogo. Stwierdziłam, że krajobrazy tego kraju są tak piękne, że zasługują na to, żeby być osobną serią, poza autoportretami.

– Byłam pewna, że te zdjęcia są tak specjalnie zrobione, żeby były takie mroczne. Wydawało się, że taka aura nie może być prawdziwa. Z kolei Nowy Jork w Twoim ujęciu jest taki słoneczny, żywy, kolorowy – wręcz cukierkowy.

O.G.: – W Nowym Jorku byłam w czerwcu, było ciepło. Wszystkie zdjęcia są zrobione kliszą, zwykłym aparatem. Zależało mi na bajecznym efekcie. Dorastałam z myślą, że Nowy Jork i Stany są cudowne, romantyzowałam to miejsce. Zawsze inspirowali mnie nowojorscy fotografowie, ten styl i wokalistka Lana Del Rey. Inspiruje mnie też David Lynch.

– Sprawdziło się Twoje wyobrażenie?

O.G.: – Tak, jestem nadal zakochana w Nowym Jorku, chociaż jest tam tłoczno.

– No właśnie. To jedno z najbardziej zaludnionych miast na świecie, a Ty tych ludzi usunęłaś. Przez to te zdjęcia mimo żywych kolorów kojarzą się z apokalipsą, pandemią? Gdzie ci ludzie, to nie jest normalne?

O.G.: – Wiele zdjęć jest o mnie, są intymne. Zawsze zależy mi na tym, żeby ludzie zrozumieli, że nie robię ich, bo mam obsesję na swoim punkcie. One są dla mnie formą terapii i samoekspresji. Tutaj spełniłam marzenie z dzieciństwa, zależało mi, żeby uchwycić bajeczny format, pokazać spełnione marzenie. Chciałam pomóc widzom poczuć to, co ja. Usunęłam ludzi, żeby odbiorca mógł utkwić w Nowym Jorku. Przez brak ludzi mówię o swoich uczuciach. Pokazuję też izolację. Uważam, że jestem strasznym introwertykiem.

– Potrzebujesz pobyć sama ze sobą. Na Islandii też pokazałaś się w bardzo odosobnionym otoczeniu i odosobnionym kraju. Preferujesz taką surową prawdę nad słodkie portrety, co nie jest popularne w naszych mediach społecznościowych.

O.G.: – To mi się wydaje sztuczne, ten świat Instagrama. To wszystko się retuszuje, obrabia. A jeszcze wcześniej poprawia się urodę u lekarza. Mój Instagram nie jest ogólnie dostępny, zależało mi na pewnej anonimowości.

„Przyjechałam ja – dziwak z Polski”

– To Twoja pierwsza wystawa a na dodatek w mieście Twojego dzieciństwa. Przypomnij mi, ile lat temu wyjechałaś? Chyba około 20?

O.G.: – Tak, zdążyłam skończyć drugą klasę podstawówki.

– Wyjechałaś za mamą. Najpierw ona pojechała sama do Anglii za pracą, potem sprowadziła ciebie. Mieszkałyście w Londynie i chyba tam zostałaś?

O.G.: – Tak.

– Myślisz, że ten wyjazd wpłynął znacząco na drogę, jaką obrałaś, na taką artystyczną karierę?

O.G.: – Wydaje mi się, że tak. Jestem dziś jaka jestem przez to, w jak młodym wieku wyjechałam. Na początku było strasznie ciężko. Nigdy nie chciałam tam mieszkać. Zawsze się chowałam przed wyjazdem… uciekłam do koleżanki, mama musiała mnie szukać.

– Byłaś wciąż małą dziewczynką, jednak chodzącą już do polskiej szkoły, mającą swój mały świat, koleżanki, podwórko… Jak wyglądał Twój początek w Londynie?

O.G.: – To był szok trochę. Nie mówiłam dobrze po angielsku. Nie byłam w głównej klasie, miałam w osobnym pokoju nauczycielkę, uczyła mnie języka. Przez to byłam też zacofana. Wszystkie dzieci już się znały i były grupki przyjaciół. I przyjechałam ja – dziwak z Polski, zero języka. Byłam odizolowana. To pojawia się w mojej fotografii, właśnie ta izolacja. Kiedyś było mi z tym naprawdę ciężko. Uważałam, że ze mną jest jakiś problem. Im bardziej dorastałam i poznawałam swój artystyczny styl, tym bardziej zrozumiałam, że to nie jest nic złego. Staram się wykorzystywać ten swój introwertyzm na swoją korzyść.

„Zawsze chodziłam z aparatem”

– Kiedy uświadomiłaś sobie, że fotografia to jest coś więcej niż zainteresowanie?

O.G.: – Od dziecka chodziłam z aparatem. Kiedy tylko z mamą przylatywałam do Polski w odwiedziny, miałam swój mały aparacik i wszystko fotografowałam. Zawsze terroryzowałam koleżanki, mówiłam: „Chodźcie, zróbmy jakąś sesję”. Chciałam robić coś artystycznego. Nie wiedziałam jeszcze, czy chcę być fotografem, malarką czy projektantką ubrań. Kiedy zauważyłam, że mogę używać fotografii w bardziej intymny sposób – dokumentacji swojego życia – to pomogło mi znaleźć swoją estetykę. Najważniejszym zadaniem było nie dopuścić do siebie negatywnych komentarzy ludzi. Wiadomo – moje zdjęcia, akty, nie są przez wszystkich dobrze oceniane. Mogą pomyśleć, że to jakiś mój seksualny projekt. A te zdjęcia wcale nie są erotyczne. Nie patrzę na nagość jako formę prowokacji. Kiedy się ładnie ubierzesz, nabierasz pewności, stajesz się inną osobą

– Ubranie naszą zbroją…

O.G. :Właśnie. Jesteś jak rycerz i czujesz się pewnie. Kiedy jesteś w intymnej sytuacji bez ubrania, nie ma opcji żebyś udawał. Nie możesz nałożyć maski. Zależało mi, żeby na tych zdjęciach było to wszystko widać.

– Fotografia nie jest jedynie Twoim hobby, ale też zawodem i pracą. Ukończyłaś studia artystyczne, prawda?

O.G.: – Mam magistra z fotografii. Miałam już wystawę grupową, sporo publikacji i wywiady.

– Jesteś już więc w Londynie rozpoznawalną artystką?

O.G.: – W jakimś stopniu tak. Nadal oczywiście nad wszystkim pracuję i to jest bardzo ciężki zawód.

– Jesteś freelancerką?

O.G.: – Tak, robię zdjęcia na zlecenie magazynów. Nie tylko fotografuję. Piszę też wiersze po angielsku. W niektórych publikacjach pojawiły się w internecie. To nie jest tak, że tylko czekam na telefon. Ja też muszę wychodzić z inicjatywą, żeby znaleźć sobie to miejsce, gdzie bym chciała się pokazać. Nie fotografuję imprez rodzinnych, to mnie nigdy nie kręciło. Dobre zdjęcie wychodzi wtedy, kiedy to czujesz. A mi zależy, żeby moje fotografie były prawdziwe w świecie, gdzie wszystko jest romantyzowane.

„Poczujcie moje emocje”

– Wbrew Twojej nazwie Instagrama, to nie są zdjęcia słodkiej lolitki, tylko prawdziwej kobiety, Olivii. Czy ta fotografia pomogła Ci bardziej zrozumieć siebie, czy masz jeszcze więcej pytań?

O.G.: – Pół na pół. To forma mojej ekspresji i terapii – nie ukrywam, że od dzieciństwa zmagam się z depresją. Zrobienie tych zdjęć pomogło mi bardziej niż pójście na terapię. Mogłam bez oceniania zrobić coś, gdzie okazuję 100 procent siebie. Nawet gdy spojrzymy na zdjęcia krajobrazów, to już sam ich klimat odzwierciedla trochę mnie, podkreśla mój stan emocjonalny.

– To właśnie chcesz pokazać odwiedzającym tę wystawę?

O.G.: – Najważniejsze jest dla mnie, żeby ludzie dostrzegli coś więcej niż ładne, pocztówkowe zdjęcia. Chcę, żeby poczuli jakieś emocje. One skrywają pod sobą serię emocji, które przez lata tłumiłam w sobie. Ich duży format podkreśla też moment rozlania tych emocji. Być może ludzie poczują, że nie muszą się kryć ze swoimi emocjami. Głębokie czucia nie są mile widziane w dzisiejszym społeczeństwie.

„To zawsze będzie mój dom”

– W związku z wystawą wróciłaś na kilka dni do miasta dzieciństwa. W bloku, w którym się wychowywałaś, wciąż mieszkają Twoi dziadkowie… Powiedz mi, czy po tylu latach to jest wciąż to osiedle, to miasto z tamtych lat? A może już się tutaj nie odnajdujesz?

O.G.: – Myślę, że i miasto się rozwinęło, i ja rozwinęłam się jako osoba. To zawsze będzie mój dom i zawsze mnie tu będzie ciągnęło… Czuję natomiast, że jednak Londyn jest moim domem. Nawet będąc tutaj teraz, mam takie myśli: „kiedy będę już w domu”.

Wystawę fotografii Olivii Grant można oglądać do 15 września w El Gallery w Cafe Flore (ul. Kręta 3, I Piętro). Wstęp jest wolny.

Zapisz się do naszego newslettera!

Udostępnij: Facebook Twitter