– Czasem żartuję, że jestem dzieckiem Rometu, bo zacząłem pracować w Zakładach Rowerowych Romet w wieku czternastu lat – uśmiecha się Tadeusz Antkowiak, dziś emeryt.
Podczas obchodów 45. rocznicy wydarzeń Bydgoskiego Marca Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski został uhonorowany Tadeusz Antkowiak, działacz opozycji antykomunistycznej.

Przed uroczystością z żoną Barbarą (po prawej) i było wojewodziną kujawsko – pomorską Ewą Mes. Fot. R. Laudański/UMB
Jachcice
W dzieciństwie i młodości Tadziu mieszkał na Jachcicach.
– Urodziłem się przy Kujawskiej, ale dość szybko przeprowadziliśmy się na Jachcice – opowiada. – Nad Brdą było kąpielisko, na które przychodziły całe Jachcice. W wodzie aż gęsto. I z tego, co wiem, nikt się tam nie utopił! Ludzie uważali na siebie, młodzież na młodsze dzieci. Przy wysokim poziomie Brdy na zakręcie rzeki był w miarę szybki nurt. W wakacje spędzaliśmy tam całe dnie.
– Uczyłem się w podstawówce nr 32, to była szkoła Towarzystwa Przyjaciół Dzieci – wspomina Tadeusz. – W tamtych czasach w poniedziałki były apele, sztandar, czerwone chusty i śpiewy.
Mama kolegi namawiała Tadeusza, żeby z jej synem zaczął uczyć się w ogólniaku w „Jedynce”. – Wychowawczyni, historyczka orzekła krótko: „nie, bo chłopak musi mieć zawód”.
Tadeusz: – Rodzice widzieli mnie w technikum chemicznym na Kapuściskach. Nie chciałem i na złość im nie zdałem. Wtedy okazało się, że nie było już wolnych miejsc w innych szkołach średnich, ale powstawała przyzakładówka przy Romecie. Przyjęli mnie. Trzy dni w szkole, trzy dni praktyki w zakładzie.
Romet
– Mierzyłem niecałe półtora metra, byłem najniższy w klasie. Mama poskracała moją odzież ochronną – wspomina Tadeusz. – Pracownicy uśmiechali się na widok „dziecka” w zakładzie.
Był rok 1961. Na „rozruchu” były już zakłady przy ulicy Fordońskiej. Wcześniej wydziały były rozproszone po mieście.
Jak wyglądał wtedy Romet? – Porównując zaawansowanie techniczne z tamtych czasów z momentem upadku zakładu, to była wielka różnica. Stare maszyny i urządzenia, nie było automatyzacji. Produkowaliśmy rowery Pafaro. Utkwiły mi w pamięci. Męski rower transportowy z solidnym bagażnikiem bez przerzutek. Na koniec miesiąca trzeba było nadganiać plan produkcyjny i do tego przy taśmie wykorzystywano wszystkich – fizycznych, umysłowych i uczniów. Skręcaliśmy rowery, żeby wyrobić plan. Sytuacja powtarzała się praktycznie co miesiąc, bo plan był nie do wyrobienia.
– W czasach PRL-u rowerów brakowało. Dostawy schodziły na pniu. Sklep firmowy Rometu znajdował się na rogu przy Hali Targowej. Rowery sprzedawane były również w domach towarowych. W początkowych latach Poznań robił rowerki dwunastocalowe, a w Bydgoszczy od czternastu cali po 16-, 24-, 26- i 28- calowe. Tak naprawdę rzadko robiliśmy cały asortyment. Dopiero później zaczął się eksport. Jakość rowerów była dobra, a nawet bardzo dobra jak na owe czasy. Nie mieliśmy się czego wstydzić.

Materiały reklamowe Rometu. Fot. R. Laudański/UMB
Wyścig Pokoju
Po skończeniu szkoły przerzucono mnie do centralnej narzędziowni przy Nakielskiej. Wytrzymałem tam krótko, to wymyślili dla mnie pracę we wzorcowni. Dobra szkoła życia, dbaliśmy o dopasowanie części. Później była praca i technikum wieczorowe przy ul Świętej Trójcy (wtedy Świerczewskiego).
– W czasach technikum rano wychodziłem do pracy, na godzinę wracałem do domu, po południu do szkoły, a wieczorem jeszcze mieliśmy czas na atrakcje – także w „Orbisie”, przecież zarabialiśmy już pieniądze – wspomina Tadeusz.
Zakład poszukiwał człowieka do biura w dziale technologicznego nowych uruchomień. Urzędował tam zastępca dyrektora technologicznego Rometu. Był wymagający. Wysyłali mnie, młodego, żeby dał mi w kość. Wszystko musiało się dobrze zrobione.
Dział technologa mieścił się przy ulicy Dworcowej. – Zajmowaliśmy się nowymi uruchomieniami m.in. ramami rowerowymi, widelcami, itp. Zmieniała się także technologia malowania. Na początku były to rozwiązania XIX-wieczne.
Skokiem technologicznym był również osprzęt Shimano do przerzutek. – Na początku Shimano nie mogło się przebić, ponieważ dominował osprzęt włoski Compagnolo.
Rowery dla kolarzy, także dla Ryszarda Szurkowskiego, powstawały przy ulicy Fordońskiej 2, gdzie dziś stoją nowe wieżowce. To była coraz lepsza produkcja jednostkowa
Partia
– W jakiś sposób historia zakładu jest we mnie, choć oczywiście zakład istniał znacznie wcześniej, ma przedwojenne tradycje – opowiada Tadeusz. – Nie było mnie w życiu politycznym zakładu. Miałem szczęście, że przewodniczącym Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej (ZSMP) był ślusarz, który mnie chronił. Nie musiałem należeć. Czasem pytał: chcesz kiełbasy? (A w sklepach były wtedy puste haki). Chodź na zebranie, to się najesz. Dziś może się to wydawać śmieszne, ale w tamtych czasach taka kiełbasa nikomu nie zaszkodziła.
– Do partii nigdy nie należałem. W młodym wieku miałem zostać zastępcą kierownika galwanizerni, tam pracowało około 400 osób! Sekretarz wziął mnie na rozmowę, kawę mu wypiłem i powiedziałem: – Wie pan, nie wszyscy mogą należeć do partii. Ktoś musi pracować.
I miałem spokój. Skończyło się namawianie.
– I za to nie pojechałeś do Kanady i w inne miejsca – komentuje Barbara, żona Tadeusza.

Tadeusz Antkowiak w towarzystwie prezydenta Rafała Bruskiego i byłej wojewodziny kujawsko – pomorskiej Ewy Mes. Fot. Robert Sawicki/UMB
Kooperacja
Tadeusz: – W tamtych czasach przy dużych zakładach powstawały ośrodki ds. rozwoju. Romet nie był w stanie realizować wszystkich zamówień, dlatego spółdzielnie nie tylko wokół Bydgoszczy były zatrudnione do produkcji części rowerowych. – W pewnym okresie miałem również przepustki do zakładów karnych (Mielęcin, Czarne, Wronki), w których również odbywała się produkcja części. Pracowałem w dziale kooperacji,
– Pierwszy raz wybrałem się do Wronek w bardzo słoneczny dzień. A kiedy zamknęła się za mną furta więzienna, to nagle znalazłem się w miejscu bez słońca. Każdy może po chwili przywyknąć, ale pierwsze wrażenie pamiętam do dzisiaj.
Nowe czasy
Co zaszkodziło Rometowi? – Kiedy przyszedł Balcerowicz, to Romet był w grupie zakładów nadal biorących kredyty, a nasz zakład miał w magazynie tyle rowerów, że musiał trzymać je na rzecznych barkach. Czyli tu miałeś pełne magazyny, a nadal brałeś kredyty. Ludzie byli biedni, przestali kupować rowery.
W kraju było kilka zakładów, których dyrektorzy wykazali się mądrością, za Balcerowicza wstrzymali produkcję i oddali wszystkie kredyty bankom. I one istnieją do dziś. Rometowi z zadłużenia nie udało się już nigdy wyjść. Później sprzedaż rosła, ale rosło również zadłużenie.
„Solidarność”
– W 1980 roku, w dniu pierwszego spotkania załogi, byłem poza zakładem. Zostałem wybrany na przewodniczącego koła „Solidarności” w dyrekcji technicznej. Kolejne koła powstawały na innych wydziałach. W końcu trafiłem do komisji zakładowej.
– Przypomnę, że w 1980 roku w Romecie na terenie Bydgoszczy pracowało 6 tysięcy osób! Widzieliśmy niegospodarność, brak myślenia, nieprawidłowości z PRL-u, które były przyczyną do powstania „Solidarności”.
Wtedy wierzyłem, że to jedyna szansa, żeby coś się w Polsce zmieni.

Fot. Robert Sawicki/UMB
Stan wojenny
– W dniu wprowadzenia stanu wojennego obudziłem się rano. W radiu Chopin. W telewizji zapowiedź orędzia generała Jaruzelskiego. My z Basią w samochód, u jednego z działaczy Komitetu Zakładowego zastaliśmy wywalone drzwi przez ZOMO (Zmotoryzowane Oddziały Milicji Obywatelskiej). Pojechaliśmy do rodziców. Sto metrów przed domem minęła nas „suka”. Mama przestraszona „Przecież oni ciebie szukali, minęliście się z nimi!” Jakie trzeba mieć szczęście. Dziś człowiek nie uwierzyłby, że tak może się udać. Gdyby mnie wsadzili, to swoje bym odsiedział, bo nie podpisałbym „lojalki”.
Już w niedzielę próbowaliśmy wejść do zakładu, ale stali z długą bronią i ostrą amunicją. Próbowaliśmy wejść w poniedziałek rano, bo była zapowiedź, że stanie stocznia. Chcieliśmy wejść przez wieżowiec, przeskoczyć przez płot i zatrzymać zakład.
– Docierały do nas sygnały, że ludzie się boją, nie będą strajkować. Z dzisiejszej perspektywy wydaje mi się, że może i dobrze, że nie wyszli. W Bydgoszczy było dużo wojska, mogło dojść do tragedii. Z drugiej strony byłem wtedy tak zły na ludzi, że trudno to opowiedzieć. Wcześniej było dużo odważnych, a w godzinie próby, niestety.
Trzeciego dnia zawieźli nas do komendy na Poniatowskiego. Kolega wychodzący z przesłuchania szepnął mi w drzwiach: skreśl „ludowej”. Po przesłuchaniu powiedziałem że podpiszę protokół, tylko skreślę „ludowej”. (W „lojalce” było zobowiązanie: „Nie będę prowadził działalności na szkodę Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej”). Jak to usłyszał, to chciał mi przywalić. Przez miesiąc miałem zakaz wstępu do zakładu. Później próbowaliśmy się odbudować, jeździłem po ludziach, rozmawialiśmy. Nawiązaliśmy kontakt z Toruniem. Zaczęły pojawiać się pierwsze publikacje z powielaczy. Próbowaliśmy działać przez powstające Samorządy Robotnicze. SB zarzuciła nam, że chcieliśmy zlikwidować wszystkie organizacje działające na terenie zakłady pracy, m.in. PZPR. A to był 1982 rok, trwał stan wojenny.
Kępa Panieńska
Tadeusz: – Dnia 10 października 1982 roku sejm PRL-u zdelegalizował „Solidarność”. Tymczasowa Komisja „S” zapowiedziała na 10 listopada czterogodzinny ogólnopolski strajk generalny. Władza bała się „Solidarności” i wymyśliła, żeby podejrzane osoby, które mogłyby wywołać protesty i strajki, zabrać do wojska.
Wezwanie do wojska dostał w swoje imieniny. Siedzieli przy stole, świętowali, a tu dzwonek do drzwi. Patrol z wezwaniem. Było wiadomo, że to sprawa polityczna.
Władza utworzyła 13 wojskowych obozów internowania w kraju, w tym jeden w Kępie Panieńskiej pod Chełmnem.
– Byliśmy w Kępie Panieńskiej pod Chełmnem 90 dni. Wytrzymało 294 osoby. Ponad 50 decyzją komisji lekarskiej szpitala Grudziądzu zostało zwolnionych do cywila z uzasadnieniem, że dalszy pobyt w jednostce grozi utratą życia lub zdrowia. Był jeden wypadek śmiertelny.
Jak było? Otwarte namioty, których nie wolno było zasznurować. Ogrzewane „kozą”. Z każdej strony hulał wiatr i mróz. Bezsensowna praca. Kopanie i zakopywanie dołów. Bali się dać nam broń.
Barbara: – Na widzenia przywozili ich do jednostki w Chełmnie. Byliśmy podsłuchiwani podczas spotkań.
Tadeusz: – Przez pierwsze dwa dni trzymali nas w chełmińskich koszarach. To były chyba jedyne koszary, w których w izbach żołnierskich był podsłuch. W kraju było 13 takich ośrodków.
Po latach założyli Stowarzyszenie Osób Internowanych „Chełminiacy 1982”, któremu przez lata przewodził.

Odznaczeni. Tadeusz Antkowiak pierwszy z prawej. Fot. Robert Sawicki/UMB
Przełom 1989 roku
– Roku 1989 nie witałem z nadzieją. Miałem świadomość, że niewiele się zmieni. Większość ludzi nowej władzy pochodziła z KIK-ów (Klubów Inteligencji Katolickiej), nie mieli przygotowania. Była ogromna nadzieja, że to wreszcie będzie to, o co walczyliśmy. Myślałem sobie, że coś udało nam się zrobić, a teraz oddajemy władzę w ręce ludzi w miarę wykształconych, a oni będą potrafili to robić. Zrobiliśmy dużo. Polska się zmieniła, zgoda. Tyle, że mieliśmy szansę na więcej i dziś pewnie bylibyśmy na poziomie Francji. To moje zdanie. Wiem, że wiele osób może się z tą opinią nie zgadzać.
Powrót do Rometu
– Z Rometu zwolnili mnie w kwietniu 1984 roku. Najpierw chwilę popracowałem jako pomocnik magazynowy w barze. Później trzy lata na taksówce. Zawsze uprzedzałem nowego pracodawcę, że mogą o mnie pytać „smutni panowie” – mówi.
Po 1989 roku zadzwonili do mnie z Rometu, że mam wrócić do zakładu. – Dajcie mi to na piśmie. Przysłali. W Bydgoszczy chyba jestem jedynym, który ma pismo przywracające do pracy. Wróciłem jako technolog, a po kilku tygodniach zaproponowali mi pracę na stanowisku kierownika działu kooperacji. To był ważny dział. Do produkcji motorowerów 60 procent części kupowanych było poza zakładem. A zakład miał wielkie długi. A skoro wcześniej zajmowałem się kooperacją i znałem ludzi, to zdecydowałem się na to stanowisko.
Kiedy dyrekcja podała się do dymisji, Tadeusz otrzymał propozycję objęcia stanowiska zastępcy dyrektora ds. produkcji i zakupów bydgoskiego zakładu. – Zostałem członkiem zarządu spółki akcyjnej, która była na liście 50. największych w Polsce. W momencie tworzenia z Rometu spółek akcyjnych chciałem otrzymać bydgoską fabrykę na użyczenie na 20 lat. Nie udało się, to złożyłem wymówienie z funkcji zastępcy dyrektora. Potem zakłady z Kowalewa, Jastrowia i Wałcza przekształcałem w spółki, by kontynuowały produkcję. I tak zostałem likwidatorem.
I przyszedł syndyk.
W Romecie przepracował ponad 40 lat. Z rządem Millera zmieniły się przepisy. Chcesz pracować – zawieszaj emeryturę, a później już nie ma powrotu, tylko nowe warunki. Został emerytem.
Zdrowie, szczęście i miłość
W 2002 roku wybrał się na pierwszy spływ kajakowy na Parsęcie. Zachęcili ich znajomi i później przez ponad dwadzieścia lat kilka razy w roku pływali z „Bractwem Wodnym”.
Co jest najważniejsze w życiu?
Barbara: – Zdrowie.
Tadeusz: – Szczęście i zdrowie.
Barbara: – I miłość.

Tadeusz Antkowiak Fot. R. Laudański/UMB
Choroba
Tadeusz od kilku lat choruje na raka. – Nie wstydzę się rozmawiać o chorobie. Rak skleił mi płat płuca, tchawicę z opłucną. Moja pierwsza myśl: – Niech wycinają! Dam sobie radę. Wyjdę z tego i za chwilę wszystko będzie normalnie.
Po operacji chirurg powiedział, że część nowotworu musiał zostawić, bo na razie medycyna nie ma sposobu, żeby to rozdzielić i dać gwarancję, że nie będzie wznowy.
– Czy mam cierpliwość do choroby? Czasem człowiek chciałby się zerwać, ale po dwóch krokach przychodzi otrzeźwienie, że za chwilę się przewrócę.
Zwalniam, ale nadal walczę.
Zapisz się na newsletter „Bydgoszcz Informuje”!


