Jakub Zwoliński i Maciej Moskwa podczas wyścigu kajakowego Yukon 1000 Fot. Jakub Zwoliński i Maciej Moskwa
Maciej Moskwa i Jakub Zwoliński jako pierwszy polski zespół kajakowy ukończyli ekstremalny wyścig kajakowy Yukon 1000. Tysiąc mil, czyli 1,6 tys. kilometrów z Kanady do Alaski. Zakwalifikowali się już na przyszłoroczny Yukon 1000.
– To Kuba Zwoliński w naszym zespole wynajduje takie perełki jak Yukon. „Może spróbujemy” rzucił – opowiada Maciej Moskwa, instruktor kajakarski i ratownik górski. – Lubimy takie sportowe wyzwania. Dodatkowym atutem było to, że byliśmy pierwszym zespołem z Polski, co z poznawczego punktu widzenia czyniło wyścig jeszcze ciekawszym. Kiedyś czytaliśmy tylko o Yukonie, ale wtedy człowiek myślał, że to wyścig wyłącznie dla prawdziwych cyborgów.

Jakub Zwoliński i Maciej Moskwa podczas wyścigu kajakowego Yukon 1000 Fot. Jakub Zwoliński i Maciej Moskwa
Hasło przepłynięcia kajakiem w jak najkrótszym czasie tysiąca sześciuset kilometrów, by zmieścić się w regulaminowym terminie 9,5 doby brzmiało strasznie, wręcz niewyobrażalnie?
– Niestety, w realu było to jeszcze straszniejsze – przyznaje Maciej Moskwa. – Dziś opowiadam o tym z uśmiechem i z satysfakcją osoby, która tego dokonała, ale to był i jest prawdziwy kosmos. Pomimo satysfakcji ciągle mam w tyle głowy niedowierzanie, że to się nam naprawdę udało.
Droga na Yukon
– Obydwaj startujemy w zawodach wytrzymałościowych typu adventure racing. Kuba więcej, ja już mniej. To kilkusetkilometrowe i wielodobowe zawody na orientację w biegach, pływaniu kajakiem, jeździe na rowerze, na rolkach, wspinaczce, chodzeniu po jaskiniach i pokonywaniu kanionów. Z mapą i kompasem. Jesteśmy biegaczami ultra. Zaczynałem w szkole średniej trenować triatlon. Później startowałem w podobnych, poważnych imprezach. Z długim wysiłkiem znamy się od lat. Natomiast z przedsięwzięciem o takiej skali jak Yukon nie mieliśmy wcześniej do czynienia.
Dystans, zmęczenie, dzika natura
Wyścig rozpoczyna się w kanadyjskim Whitehorse. Meta w okolicach Dalton Highway Bridge w Alasce. Pomiędzy nimi 1,6 tysiąca kilometrów wiosłowania. Trasa wyścigu wiedzie rzeką Yukon („Wielka Rzeka” w narzeczu Indian) i rozlewiskami Flats. – Nie mieliśmy pojęcia, że nawigowanie po tej wodzie będzie tak trudne – wspomina Maciej Moskwa. – Rzeka jest przepotężna. Znalezienie najszybszego nurtu czasami spędzało nam sen z powiek, ale pomagało również w tym, żeby nie zasnąć ze zmęczenia. W dwóch trzecich dystansu zaczynał się najtrudniejszy odcinek Yukonu, czyli Flats. Rzeka rozpływa się na dziesiątki, o ile nie setki wysp, bagien i kanałów między wyspami. Rozlewisko osiąga w najszerszym miejscu około18 kilometrów. Tam nie do końca wiadomo, którym kanałem płynie nurt. Gdzie będzie odpowiedni poziom wody, gdzie nie będzie zwalonych drzew i jak go pokonać najszybciej.
– 250 kilometrów prawdziwego wyzwania nawigacyjnego – opowiada Maciej Moskwa. – To nie rzeka, a szybko płynące jezioro – uśmiecha się. – Zdarzają się odcinki podobne do górskich, są bystrza, także cofki. Wystarczy się na chwilę zagapić i nie płyniesz w dół rzeki, a w górę, bo nie zauważyłeś, że jesteś w cofce wielkości kilku boisk piłkarskich.
Gdzie mnie boli
– Wszystkie dni wyglądały podobnie – opowiada Maciej Moskwa. – Na wodzie byliśmy codziennie przez osiemnaście godzin. To jeden z warunków wyścigu, że w ciągu doby nie wolno płynąć więcej niż 18 godzin. Od 5 rano do godz. 23.00 siedzieliśmy w kajaku i wiosłowaliśmy. Pozostałe sześć godzin to teoretycznie czas na wypoczynek, ale trzeba rozbić biwak, przygotować jedzenie, przefiltrować wodę na następny dzień. Realny poziom leżącego wypoczynku czy snu oceniam na 3,5 – 4 godziny na dobę.

Wyścig kajakowy Yukon 1000 Fot. Jakub Zwoliński i Maciej Moskwa
– Dystans do pokonania w ciągu 18 godzin zależał od warunków atmosferycznych, a z nimi było różnie. Raczej nie płynęliśmy w dobrą pogodę. Najkrótszy dzienny dystans wynosił ok. 160 km, a w dobry dzień zbliżaliśmy się do 230 km. Kondycja? Musieliśmy dać radę, nie było innego wyjścia – uśmiecha się. – Na trasie organizm się spina, ignoruje ból. Rozbolało mnie wszystko dopiero po osiągnięciu mety. Wtedy organizm powiedział: OK., to teraz ja wam powiem, gdzie mnie boli. Bolało wszędzie, wszystko i długo, a jak sobie o tym przypomnę, to jeszcze mnie boli.
– Udało nam się przepłynąć 1,6 tys. km bez większych przygód, chociaż podczas jednego z krótkich postojów udało mi się wpaść do wody. Na postoju zdrzemnąłem się na trzy minuty siedząc na kajaku, głowa opadła i wpadłem do wody. Zdarzyło się nam wpłynięcie w prawdziwe załamanie pogody. Jesteśmy nie najgorszymi kajakarzami, ale żeby je przeczekać przy brzegu musieliśmy walczyć z potężną burzą i wiatrem.
Zawodowo (oprócz pływania)
– Przez wiele lat służyłem ojczyźnie i teraz cieszę się zasłużoną emeryturą. Oprócz tego od prawie trzydziestu lat jako ratownik pomagam ludziom w górach, także uczę ratowania. Moje wykształcenie związane jest z kierunkami medycznymi, jestem w systemie Państwowego Ratownictwa Medycznego. A przede wszystkim jako głowa rodziny dbam o jej dobro i staram się wychowywać syna najlepiej jak potrafię.
– W młodości zaczynałem od pływania na canoe w wodnej drużynie harcerskiej – wspomina. – Pływaliśmy rzekami południowej Polski. W pewnym momencie przesiadłem się do kajaka, który jednak był i jest bliższy mojemu sercu.
Wodne związki z Bydgoszczą
Związki z Bydgoszczą prowadzą przez Stanicę Wodną PTTK we Wdzydzach Kiszewskich, a raczej osobę Zbigniewa Galińskiego, który od lat jej szefuje. – Miałem szczęście, że trafiłem na kurs instruktorów kajakarstwa właśnie do Zbyszka Galińskiego, który był i jest mocno powiązany z środowiskiem bydgoskich kajakarzy. Poznałem ludzi, przyjeżdżałem, pływam, a moje prawdziwe kajakarstwo zaczęło się od Zbigniewa Galińskiego.
Powrót na Yukon
Maciej Moskwa: – Zakwalifikowaliśmy się do przyszłorocznego wyścigu Yukon 1000. Podchodzimy do tego z pokorą i skromnością. Spróbujemy popłynąć trochę lepiej niż ostatnio (pokonanie trasy zajęło im 7 dni, 13 godzin i 35 minut, co dało 6. miejsce w kategorii kajaków i 11. w klasyfikacji generalnej). Czy to się uda – zobaczymy.
Po co to wszystko?
– Najprostszą odpowiedzią byłoby to, że jestem facetem w kryzysie wieku średniego – śmieje się Maciej Moskwa. – A mówiąc poważnie, jest to jakaś forma spełniania siebie. Szukania wyzwań i robienia ciekawych rzeczy. Jestem przeciwnikiem kanapowo – telewizorowo – domowego sposobu życia, które jest zbyt piękne i krótkie, żeby je w ten sposób przesiedzieć.
Śladem Aleksandra Doby?
– Aleksander Doba? Nie czujemy się zawodnikami tego kalibru – mówi Maciej Moskwa. – Olek Doba był naszym mentorem. Miałem przyjemność spotkać go osobiście. Kiedyś podczas Akademickich Mistrzostw Polski w kajakarstwie górskim na rzece Kamienna w Karkonoszach miałem honor startu z nim w jednej drużynie. To dla mnie niedościgniony wzór. Nawet nie śmiałbym pomyśleć, żeby się z nim równać.
Zapisz się na newsletter „Bydgoszcz Informuje”!


