Aleksander Dętkoś, rzeźbiarz Bydgoszczy: – Pasłem krowy przy drodze i rzeźbiłem

Aleksander Dętkoś z festiwalową żabą Fot. B. Witkowski/UMB

– Profesor od rysunku powiedział: Ty masz talent. Koniecznie przenieś się do szkoły plastycznej. Pojechałem do Zakopanego – wspomina Aleksander Dętkoś, wielokrotnie nagradzany rzeźbiarz z Bydgoszczy.

Roman Laudański: – Jak to się stało, że mały Olek z Gorlic został rzeźbiarzem?

Aleksander Dętkoś – Pasłem krowy przy drodze, którą przechodzili chłopi, robotnicy oraz miejscowi intelektualiści: lekarz i nauczyciele. Chłopi, robotnicy nie zatrzymywali się obok mnie, ale miejscowa elita – tak. A ja zawsze coś rzeźbiłem w drewnie. Pasłem krowy i rzeźbiłem. Pewnego razu lekarz powiedział, że kupi moją rzeźbę. Pokiwałem głową. To była pierwsza rzeźba, którą sprzedałem. Kiedy zatkało mi się ucho, to spotkałem się z tym lekarzem w gabinecie. Wtedy zapytał, czy mam na sprzedaż drugą rzeźbę? Wtedy wiedziałem już, że muszę wyrzeźbić także trzecią i następne.

– Pamięta pan jeszcze tamtą pierwszą rzeźbę?

– To były proste elementy wykonane w drewnie: ludzkie postaci, figurki małych zwierząt.

– Kto panu dał nóż do ręki?

– Byłem doskonale obyty z wszelkimi rodzajami noży, ponieważ jestem synem rzeźnika. Mieliśmy duże zakłady mięsne, ale w latach 50. wszystko nam odebrali. Zostały tylko nożyki. Mogłem sobie wybierać, które posłużą mi się do rzeźbienia.

– Wtedy postanowił pan zostać rzeźbiarzem?

– W wieku ośmiu lat nawet o tym nie myślałem! Uważałem, żeby krowy nie weszły w szkodę. A czasem tak rzeźbienie mnie wciągało, że krowy szły pod las, a ja tego nawet nie zauważałem. Sąsiedzi mnie chwalili, mówili, że coś ładnie udało mi się zrobić. Później trafiłem do domu kultury, w którym miałem się poduczyć rzeźby, rysunku i malarstwa. Tam jednak okazało się, że ja się nie nadaję, ponieważ wyprzedzałem całą grupę. Pamiętam, że na zajęciach z portretu po prostu wykonałem portret kolegi z naprzeciwka. A w programie pierwszych zajęć było zapoznanie się z narzędziami… Ja przyniosłem z domu kawałek drewna i zrobiłem co trzeba. Dlatego po dwóch, trzech miesiącach instruktor uznał, że nie nadaję się do tej grupy. Nie mogli mi sprawić większej przykrości.

Rzeźby Aleksandra Dętkosia
Rzeźby Aleksandra Dętkosia / Fot. B. Witkowski / UMB

– Mógł pan rozwinąć skrzydła dopiero w zakopiańskim liceum plastycznym?

– Zacząłem uczyć się w zwykłym liceum ogólnokształcącym, ale po roku profesor od rysunku powiedział: Ty masz talent. Koniecznie przenieś się do szkoły plastycznej. Pojechałem do Zakopanego.

– Dostał się pan bez problemu?

– Na dwa miejsca było siedmioro chętnych. Mieliśmy wykonać portret kolegi z gliny. Temat miałem opanowany, w latach pięćdziesiątych robiłem takie portrety np. Lenina i innych takich. Pomyślałem, że nie będzie problemu. Wiedziałem, że muszę wyprzedzić konkurentów, żeby dostać się do szkoły. To jak w sporcie. Po trzech dniach pracy usłyszałem: Jesteś wolny. Portret był już prawie gotowy, chciałem go skończyć. Wyszedłem zmartwiony przed szkołę, usiadłem na schodach i zacząłem się zastanawiać, dlaczego profesor Władysław Hasior tak mi powiedział? Zacząłem płakać, a profesor Hasior, który wyszedł za mną, zapytał: dlaczego płaczesz? Mówię, że chciałem jeszcze coś dorobić, a on zaczął mnie uspokajać, że już zdałem egzamin i jestem przyjęty.

– Sam Władysław Hasior? Mieliście w „plastyku” mistrzów pod ręką!

– Władysław Hasior, Antoni Kenar, Tadeusz Brzozowski i jeszcze kilku innych profesorów technicznych. Jestem bardzo wdzięczny tej szkole. To były lata, w których skorzystaliśmy z nauki i poszliśmy w świat.

– To był dla was czas sporów o sztukę, czy też musieliście tworzyć w duchu socrealizmu?

– W szkole nigdy nie usłyszałem od profesorów: Rób to lub tamto. Tylko: Rób to co czujesz. To, co widzisz w sobie. Odkrywaliśmy sztukę. Kiedy jeden z nas zrobił coś dobrze, od razu miał kilku naśladowców. Przetwarzanie było rodzajem małej twórczości. Natomiast profesorowie dopasowywali nam zadania. Oprócz rzeźby skończyłem również szkołę pedagogiczną. Przez cztery lata pracowałem na Wybrzeżu w specjalnych, półwięziennych zakładach wychowawczych. Nabrałem tam doświadczenia i zadowolenia.

– To było już po Zakopanem. A w „plastyku” miał pan jeszcze czas np. na jakieś hobby?

– Jeździłem na łyżwach, byłem trzykrotnym mistrzem Polski w jeździe szybkiej na lodzie. Do dziś zachowałem panczeny, na których jeździłem. Olimpiada była za trzy lata. Zdobyłem wtedy już trzy kółka olimpijskie (kółko zdobywało się za tytuł mistrza Polski). Chciałem szykować się na igrzyska, ale kiedy dostałem się na wydział rzeźby w Gdańsku, to sport odpadł, ponieważ w Gdańsku nie było ani toru, ani lodu.

– Mógł pan zostać sportowcem, panczenistą.

– Nie wiem, jak wypadłbym, bo przecież wiele zależy od szczęścia, od tego, żeby się… nie poślizgnąć.

– Żałuje pan czasami?

– Nie, to był układ nie tylko losowy, ale wielce satysfakcjonujący jako wybór. Jestem zadowolony.

– Na studiach w Gdańsku spotyka pan kolejnych mistrzów.

– Na pierwszym roku mieliśmy zajęcia z Franciszkiem Duszenko i innymi. Później dostałem się do pracowni rzeźby Stanisława Horno-Popławskiego.

– Proszę wybaczyć dygresję, w bydgoskich publikacjach pojawia się temat zaginionych, a raczej skradzionych rzeźb Stanisława Horno-Popławskiego ze starego Botanika.

– Horno-Popławski miał w Botaniku swoją pracownię, którą później przekazał mnie. To był w zasadzie garaż. Skromnie, bo skromnie. Pracowaliśmy tam przez trzy – może cztery lata. Kiedyś wróciliśmy tam po wakacjach i coś się tam wcześniej wydarzyło. Trudno powiedzieć, co się tam stało. Sam Horno-Popławski niesamowicie ubolewał, poszukiwano śladów. Nie wiemy, co się stało, prawdopodobnie rzeźby zginęły nocą.

A jeśli chodzi o garaż-pracownię, to wykonałem tam, według projektu profesora Horno-Popławskiego, rzeźbę, która stoi przy ulicy Bernardyńskiej.

– Pomnik Nieznanego Powstańca Wielkopolskiego.

– Ona łączyła mnie w Bydgoszczy z profesorem Horno-Popławskim.

– Po studiach pracował pan na Wybrzeżu, a kiedy pojawia się Bydgoszcz?

– W Sopocie razem ze studiami mieszkałem dziewięć lat. Poznałem żonę Jadwigę, studiowała malarstwo. Wędrowaliśmy między Zakopanem a Sopotem.

– Bydgoszcz była po drodze?

– Bydgoszcz jest bardzo sympatycznym miastem. Mieszkamy w spokojnym miejscu, można tu pracować. Trafiliśmy tu w pierwszej połowie lat 70. Widać ogromną różnicę między tamtym miastem sprzed lat a obecnym. Bydgoszcz to dynamika i rozwój. Miasto ma swój urok, mieszkają tu sympatyczni ludzie i to jest najważniejsze. 

– W mieście mamy ponad pięćdziesiąt pomników. Jadąc do pana przechodziliśmy pod Pomnikiem Króla Kazimierza Wielkiego.

– Pomnik króla oddziałuje bardzo dynamicznie. Czasami go oglądam. Udana forma historycznie uwarunkowana. Stoi w miejscu o wartości historycznej. Kolor otoczenia nadaje całości spokój. To jest dobre miejsce. Warto się tam zatrzymać i obejrzeć pomnik.

– Jest w nim królewska dostojność.

– Jak najbardziej. Był czas, kiedy jako rzeczoznawca Ministerstwa Kultury i Sztuki zasiadałem w komisji, która opiniowała ten pomnik.

– Ma pan swoje ulubione pomniki w mieście?

– Bydgoszcz nie ma szczęścia do form rzeźbiarskich. Rzeźbiarzy mieszka tu mało, nie mamy możliwości walczenie o siebie, ale jeśli ktoś sobie poradzi, to jakoś sobie radzi. Absolutnie zrezygnowałem z dużych form, bo wiedziałem, że oprócz pomnika nic więcej tu nie zrobię. Kilkakrotnie próbowałem, ale nie będę o tym mówił. Przeszedłem na formy kameralne, dużo mniejsze. To np. nagrody – statuetki.

– To jak już jesteśmy przy nagrodach – statuetkach. Najsławniejsza jest żaba w Festiwalu Camerimage. Podobno zmieniała się przez lata.

– Z żabą jest cała historia, która trwa prawie dwadzieścia lat. Festiwal Camerimage odbywał się w Toruniu. Później żabka popłynęła Wisłą do Bydgoszczy. Tu od dziewiętnastu lat dba o nią bocian, który podtrzymuje tradycje i dokonuje poprawek.

Rzeźby Aleksandra Dętkosia
Rzeźby Aleksandra Dętkosia / Fot. B. Witkowski / UMB

Pierwsza żaba była propozycją Marka Żydowicza, prezesa Camerimage. Wyraźnie określił, że żaba ma być mocna, zdecydowana i przynosić wrażenie mocy.

– Prawie jak nasz król Kazimierz Wielki!

– Bardzo mocna! Pomyślałem: Może dam radę, jakoś udźwignę temat? Zrobiłem mocną żabę. To była pierwsza. Druga była też za mocna. Trzecia troszeczkę lepsza, ale nie aż taka mocna, a czwarta była małą, spokojną realistyczną żabką i jest symbolem żaby. Utrzymała się do tej pory. To droga od mocne i dużej żaby do obecnej. Ciekawe emocje towarzyszyły temu procesowi po drodze.

– Wróćmy do bydgoskich pomników. Co powie pan o odtworzonej fontannie Potop?

– Ciekawa i i interesująca forma. Oby takich więcej, w mieście, będziemy mieli trochę więcej tlenu.

– Tuż obok stoi ławeczka profesora doktora Zygmunta Mackiewicza.

– Takie miejsca jak Potop dają dużo wspomnień, także historycznych. Są szansą kontemplacji, zastanowienia się czy zrobienia pamiątkowego zdjęcia w danej części miasta.

Rzeźby Aleksandra Dętkosia
Rzeźby Aleksandra Dętkosia / Fot. B. Witkowski / UMB

– Jaką funkcję powinny pełnić pomniki w mieście?

– Bydgoszcz nie ma za dużo ciekawych i interesujących form. Od zawsze występowały tu jakieś ograniczenia. W takich sytuacjach się tym nie martwiłem, przechodziłem do swojej małej pracowni i zaczynałem robić nie dużą formę, o której marzę, tylko taką, którą przedstawiam dla siebie i o sobie. Oczywiście dodaję do tego coś z zewnątrz.

– Najczęściej mamy chyba do czynienia z pomnikami historycznymi, martyrologicznymi, upamiętniającymi klęski lub zwycięstwa. Niewiele mamy pomników, na widok których po prostu się uśmiechamy. Nie wiem, czy rolą sztuki jest niesienie radości, czy też inspirowanie nas do przemyśleń.

– Są pewne akcenty, ale dobrze by było, żeby zawsze akcent wiązał się z przestrzenią historyczną dotyczącą danego miejsca – ulicy, kamienicy czy placu. Mamy dużo wydarzeń historycznych, nie wszystkie nadają się do ich podkreślania, ale są takie miejsca, które mogłyby wzbogacić wyobraźnię i wzbudzić uśmiech. Nasze ulice są ciekawe, pełne radości i kwiatów. Coś takiego przychodzi mi do głowy. Są miasta, które swoją przeszłość, historię zamieniają na akcent filozoficzny. Zbliżamy się również do natury. Odbiegamy od spraw, które mogą nas niepokoić. Tu splata się psychologia sztuki z psychologią terenu. Gdybyśmy je odpowiednio połączyli, a nie odkładali na bok, to prawdopodobnie bylibyśmy bardziej radośni, uśmiechnięci i mielibyśmy więcej turystów.

– W niemieckich miasteczkach zachwycają mnie „pomniki ku radości”.

– Trzeba bardzo ostrożnie do tego podchodzić, ale są momenty, że należy się zatrzymać, zastanowić czy też uśmiechnąć.  Sztuka ma rolę miedzy jednym punktem a drugim. Ma przestrzeń do uzupełnienia. I to jest radość.

Rzeźby Aleksandra Dętkosia
Rzeźby Aleksandra Dętkosia / Fot. B. Witkowski / UMB

– Tworzy pan w metalu, brązie, kamieniu. One są pochodną drewna, w którym pan rzeźbił w młodości?

– Początek nie ma wiele wspólnego z technologią, ale na pewno jest radością będącą kontynuacją tamtego pierwszego kroczku. On jest bardzo ważny. Obserwuję to, prowadząc zajęcia w domach kultury czy podobnych instytucjach. Jeśli dobrze prowadzisz młodzież, widzisz, że na dziesięciu uczestników trzech rokuje, to są przyszłe wspaniałe talenty, ale jeśli podporządkujesz ich do reszty, wszyscy są równi. Jako pedagog zdaję sobie sprawę z tego, że trzeba wybrać, podciągnąć, dać szansę na drugi krok. Łatwo zniszczyć talent na początku. To delikatne, psychologiczne strony artysty – tego, który prowadzi i tego, który tworzy. Ten, co tworzy, to natura i w niej trzeba znaleźć moment, dzwoneczek, żeby nie zaorać talentu w pierwszej fazie.

– Jak pan, artysta, patrzy na dzisiejszy świat?

– Żyje mi się doskonale, wspaniale, tylko nie trzeba się poddawać innym czynnikom wypierającym własną świadomość, która polegałaby na przekazie od matki. To najpotrzebniejsze i wiążące elementy z tą współczesnością, która jest brutalna, często uosabia się ekspresją, a artysta jest po to, żeby w jakikolwiek sposób zamieniał to na element odbierania nie agresji, ale sposobu na agresję.

– Miał pan pomysł na pomnik w Bydgoszczy? Został niezrealizowany projekt?

– Tęsknoty, były minęły. Odpłynęły z latami, ale to, co chciałem zrealizować, mam u siebie w galerii. A jeśli chodzi o przestrzeń zewnętrzną, to mam zawsze żabę stojącą przed domem.

Zapisz się na newsletter „Bydgoszcz Informuje”!

Udostępnij: Facebook Twitter