Paweł Thomas na planie filmu „Fyrtel 39” Fot. Dominik Krzeszewski
Pierwszy film zrobili dla żartu. Wynajęli dom, była impreza i nakręcili horror. Po wrzuceniu do internetu „Gusła” miały milion wyświetleń. Teraz Lewizna zabrała się za poważny temat. „Fyrtel 39” jest o dramacie Bydgoszczan we wrześniu 1939 roku.
Roman Laudański: – Skąd pomysł filmu fabularnego rozgrywającego się w pierwszych dniach września 1939 roku w Bydgoszczy?
Paweł Thomas: – Wcześniej zrobiłem już kilka filmów z kolegami.
Ale trochę innych.
– Bardzo innych. Najpierw nakręciliśmy „Gusła”, później „Lewiznę”, „Lewiznę. Odrodzenie”, „Strzygę z naszej klasy”, a teraz „Fyrtel 39”. Do ostatniego filmu zainspirowała mnie książka o pierwszych dniach wojny w Bydgoszczy (dywersja niemiecka i zbrodnie hitlerowskie w Bydgoszczy na tle wydarzeń w dniu 3.09.1939), książka “Most Królowej Jadwigi” oraz film „Sąsiedzi”. Oglądałem go wiele razy, żeby wyobrazić sobie przedwojenną Bydgoszcz. W „Sąsiadach” i u mnie bohater pochodzi ze Lwowa, a dziewczyna to Niemka, która wydaje go Niemcom. W moim filmie również występuje Niemka – wokalistka z „Bristolki” wskazująca Niemcom Stacha, z którym wcześniej była w relacji.
Napisałem scenariusz i szukałem możliwości jego realizacji. Historia i wszystkie filmowe postaci są wymyślone, natomiast przechodzą przez wydarzenia bardzo bliskie wydarzeniom z początku września 1939 roku w Bydgoszczy.
O czym opowiada „Fyrtel 39”?
– To historia złodzieja – szachisty, który przyjechał do Bydgoszczy „na robotę” i uwikłał się w konflikt z lokalnymi bandytami, a wszystko to w rosnącym ciśnieniu pierwszych dni II wojny światowej. Warstwa głębsza dotyczy wartości, zderzenia złodziejsko – bandyckiego świata z takimi wartościami jak przyjaźń a także tożsamość narodowa. Wydarzenia z obu tych światów wpływają na przemianę głównego bohatera. Wojnę potraktowałem jako tło wiszące nad głowami postaci. Kiedy robi się ekstremalnie, relacje nabierają innego znaczenia. Trzeba decydować, co jest ważne i po czyjej stronie się opowiadamy. Nasz złodziej do końca pozostał złodziejem. Sam o sobie powiedział, że jest karaluchem, który zrobił dobry uczynek dla Zosi, ale to i tak jej nie pomogło.

Główny bohater, lwowski złodziej – szachista zagrany przez Daniela Romana. Fot. Dominik Krzeszewski
Gdybym oglądał tylko wcześniejsze produkcje, to do głowy by mi nie przyszło, że zrobi pan poważny film historyczny. Przecież one dotyczyły rzeczy błahych, chodziło raczej o zabawę…
– Były oczywiście żartem, ale to, że ktoś żartuje, nie oznacza jest idiotą (śmiech).
We wcześniejszych produkcjach raczej zależało wam na dobrej zabawie i wciąganiu w nią odbiorców.
– Do tego potrzeba zdrowego dystansu, bo przecież nie traktowaliśmy poważnie wcześniejszych filmów. Najpierw był horror, a później historie gangsterskie. Wszystko celowo zrealizowaliśmy w konwencji kiczu oraz na miarę naszych marnych umiejętności. Są ludzie dla których uniwersum “Lewizny” jest klasykiem. Czasami niektórzy nie rozróżniają fikcji od rzeczywistości. Myślą, że występujący w filmie chłopacy tacy są naprawdę. Nie chcą przyjąć, że to wszystko jest udawane, zagrane. Pomimo dziesiątek pytań o kontynuację, dziś trudniej zorganizować towarzystwo występujące we wcześniejszych filmach. Każdy zajmuje się poważniejszymi sprawami, nie wszyscy chcą się już aż tak wygłupiać. Tamta konwencja wymagała pójścia po bandzie. Kręcąc wszystko byłem w komfortowej sytuacji po drugiej stronie ekranu. Mnie tam nie widać więc mi łatwo mówić, że chciałbym zrobić kontynuację, jednak trzeba uszanować komfort innych.
Pan inspirował grupę znajomych do działań filmowych?
– Prawdopodobnie byłem pomysłodawcą, choć sporo czasu minęło i nie do końca pamiętam, nie mam pewności, czy mogę sobie to uczciwie przypisywać. Pierwszym filmem opublikowanym w sieci były „Gusła”, nazywane przez nas patohorrorem. Wynajęliśmy dom, zrobiliśmy imprezę i przy okazji – „dla jaj” – film. Napisałem główny scenariusz, a później każdy dokładał coś od siebie. Po wrzuceniu do internetu – podkreślam – w formie żartu – zrobił się milion wyświetleń. Jedni pisali, że nie da się tego oglądać, ale była też grupa, która zrozumiała istotę żartu.
– Skąd u pana zainteresowanie filmem? Jakie są pana ulubione produkcje filmowe?
– Po prostu lubię tworzyć, a zwłaszcza współtworzyć projekty w dobrym gronie – to kwestia głównie towarzyska. Akurat padło na film i wkręciłem się prawdopodobnie przez to, że tworzenie filmu to zajawka na skraju kreatywności, sztuki, logistyki i rozwiązywania problemów logicznych. Wypadałoby w tej chwili rzucić kilka górnolotnych tytułów z klasyki, ale wychowałem się na takich produkcjach jak „Szklana pułapka”, „Rambo” czy filmach z Van Dammem. Lubię głębsze dzieła jak np. jak „Pianista”, „Joker” czy wszelkie sci-fi.

Fot. Dominik Krzeszewski
Zawodowo ma pan coś wspólnego z filmem?
– Nie, niestety, i to widać w filmie. Jestem menagerem w firmie spedycyjnej. Lubię robić różne rzeczy związane z kreatywnością. Wcześniej zajmowałem się muzyką, później pracą zawodową. Film powstał z ciekawości, czym uda mi się go zrobić.
Jaki rodzaj muzyki pan uprawiał?
– Rap, to moja estetyka, dlatego rap występuje w filmach.
Stąd w zakończeniu filmu „Fyrtel 39” piosenka Bisza?
Od samego początku wiedziałem że wykorzystam utwór B.O.K – „Żyję w tym mieście” na zakończenie filmu, ponieważ to mój ulubiony zespół, a poza tym to moi koledzy, których znam od wielu lat. Bardzo się ucieszyłem, że zgodzili się na wykorzystanie tego utworu.
– Bydgoszcz ma potencjał? Jest gotową scenografią filmową?
– Spore fragmenty miasta są gotowe do wykorzystania w filmie. „Fyrtel 39” pokazuje, że istnieją fragmenty miasta, które można wiarygodnie i bezbudżetowo pokazać jako przedwojenne miasto i to ma niesamowity klimat. Poza tym jeżeli ktoś wie gdzie zaglądać – znajdzie całą masę genialnych lokacji, zarówno na ulicach miasta jak i wnętrzach. Dodatkowo dzisiaj łatwo i tanio się wesprzeć efektami wizualnymi, które mogą bardzo wzbogacić każdą lokację.
W sumie żyjemy w bardzo filmowym, dekoracyjnym mieście. Często wybieram trasę spaceru zaczynając od bazyliki, przez Sielankę, park, ulicę Gdańską, przez Stary Rynek lub bulwary na Wyspę Młyńską i powrót przez park Witosa. Większość z tych miejsc to gotowe plenery.
Przedwojenna „Bristolka” pojawia się w filmie.
– Tę kawiarnię zagrała stajnia w Myślęcinku. Długość, szerokość, okna, wszystko się zgadzało.
Chodząc po mieście szukał pan miejsc, które można byłoby wykorzystać w filmie?
– Dokładnie tak. Nie tylko w centrum, także na Okolu, na innych osiedlach, gdzie w czasach II Rzeczpospolitej była Bydgoszcz. Po wojnie narośl komunistyczna zmieniła przedwojenny krajobraz.
Tysiące ludzi zamieszkało w powojennych osiedlach.
– Łącznie ze mną, a jednak estetyka znacząco się zmieniła. I nie powiedziałbym, że na plus. Czytałem, w których miejscach działy się wydarzenia historyczne. Wybrałem ulicę Libelta na adres jednego z bohaterów, ponieważ zachowała się relacja, że na rogu Libelta i Traugutta leżał ciężko ranny członek Straży Obywatelskiej. Ponadto Libelta to ulica z pięknymi i w miarę autentycznymi kamienicami bez plastikowych okien. Piękna także od strony ukrytych podwórek. Czasem wystarczyło odstawić kubły na śmieci. Scenę uderzenia kamieniem w głowę jednego z opryszków kręciliśmy na podwórku od strony ulicy Floriana.
Jak pan postrzega miasto?
– Od dziecka Bydgoszcz jest dla mnie stolicą świata. Jestem lokalnym patriotą. Nawet jak tu były szare i odrapane budynki, to dla mnie było to najlepsze miasto. Zawsze głośno i dumnie mówię skąd jestem.
Czegoś panu brakuje w mieście?
– Chyba jeszcze w latach 50, XX wieku były wyścigi motocyklowe na ulicach Bydgoszczy. Zamykano ulice i ścigano się, powrót do takiej imprezy byłby ciekawy a może i z potencjałem turystycznym. Przydałoby się pociągnąć dalej bulwary nad Brdą, a gdybym miał marzyć, to Kanał Bydgoski mógłby być po staremu, jak kiedyś. Wiem że to niemożliwe prawdopodobnie głównie przez wzgląd na ruch miejski, ale ta stara Bydgoszcz ze Starym Kanałem podoba mi się na zdjęciach. Brakuje teatru na Placu Teatralnym. Brakuje też dwóch kamienic, w tym tej, w której w 1939 mieścił się „Bristol”, a w drugiej chyba bank. To był zupełnie inny obraz miasta. Chciałbym to zobaczyć.
Przy okazji zdjęć filmowych starałem się opowiadać aktorom o Bydgoszczy, o kontekście historycznym planu, w którym akurat kręciliśmy film.
Podobno zdjęcia do filmu „Fyrtel 39” trwały tylko dziewięć dni?!
– Mieliśmy osiem dni zdjęciowych, był jeszcze wyjazd do Warszawy na nagranie wokali lektorskich aktora Daniela Romana. Dni zdjęciowych było niewiele, ale preprodukcja była długa, czyli przygotowania, napisanie scenariusza, logistyka. Kręciliśmy kolejne ujęcia z punktu do punktu w mieście. Wszystko trzeba było zaplanować, a później trwał długi montaż. Popełniałem błędy podczas kręcenia filmu, były pewne poprawki, jedną scenę nagraliśmy od nowa, ale ze względu na lokację ujęcia. Przenieśliśmy kręcenie do pałacu w Ostromecku.

Scena w kościele pw. św. Piotra i Pawła Fot. Dominik Krzeszewski
Jak powstawała scena strzelaniny w kościele na placu Wolności?
– Napisałem w tej sprawie list do bydgoskiego biskupa, wszystko wytłumaczyłem. Głównym argumentem, którym posługiwałem się w korespondencji, było zachowanie poszanowania dla świętego miejsca. Przesłałem fragment scenariusza aby upewnić się, że to, co mam zamiar zrealizować, będzie akceptowalne i udało się, otrzymałem zgodę, a później ksiądz otworzył nam kościół w umówionym terminie, mogliśmy kręcić – jestem bardzo wdzięczny i zaszczycony, że otrzymałem taką zgodę. W ogóle nie było problemu z załatwianiem lokacji, Hotel Pod Orłem zgodził się od razu. Ostromecko również. Oczywiście nie było mowy o zamykaniu ulic – na to już by trzeba było być liczącym się graczem. Po prostu ustawialiśmy się z kamerą tak, żeby nikomu nie przeszkadzać. W filmie jest ujęcie z ulicy do wnętrza Apteki Pod Łabędziem. Tam jest przystanek tramwajowy, na którym stało pełno ludzi obserwujących, co się dzieje – była to godzina szczytu więc pracowaliśmy oblepieni wzrokiem kilkudziesięciu osób. Reakcje ludzi na takie widowisko są różne. Kiedyś kręcąc „Lewiznę” czasem ładowaliśmy kogoś do samochodowego bagażnika… Tu nie było takich ekscesów a i tak nie umknęliśmy niczyjej uwadze.
Ta kapela z ciężarówki to…
– „Ferajna bydgoska”! Poprosiłem ich o udział, bo to przecież nasz lokalny zespół. Znam ich od dawna. Nie było problemu ze strojami, bo oni śpiewają przedwojenne szlagiery i stosownie do tego się ubierają.
Pisząc scenariusz wyobrażał pan sobie obsadę lub muzykę?
– Skorzystałem z gotowej muzyki na światowym poziomie. W takim budżecie nie znalazłbym dobrej muzyki. We wcześniejszych filmach nikt nie był zawodowym aktorem. Tym razem chciałem zrobić inaczej. Aktor Jakub Zadka (grał dowódcę Straży Obywatelskiej) kręcił wcześniej swój film „Algorytm życia” z udziałem Daniela Romana, głównego bohatera „Fyrtla 39”. Szukając aktorów, za pośrednictwem Kuby skontaktowałem się z Danielem, któremu wysłałem scenariusz, oddzwonił, że mu się podoba i maszyna ruszyła. Ostatecznie udało się tak zrobić, że postacie, które sobie wyobrażałem pisząc scenariusz wyglądały niemal dokładnie tak jak główni bohaterowie – Edi, Stachu, Kornel i Zosia.
Wspomniał pan o budżecie, chyba nie był zbyt wielki?
– Około 25 tysięcy złotych, może trochę więcej. Wystarczył na tyle, ile widać w filmie. Są pewne niedociągnięcia. Ktoś pomógł z finansami, dołożyłem swoje. Oczywiście są fundusze filmowe, ale po mojej wcześniejszej twórczości nie wiem, czy ktoś uwierzyłby mi, że potrafię robić coś poważniejszego. Aplikowałem też po środki z programu wspierającego filmy w Bydgoszczy, ale mój scenariusz się nie zakwalifikował.
Większy budżet to kwestia wynajęcia kamery, oświetlenia?
– Przede wszystkim większa ilość dni zdjęciowych, dzięki którym moglibyśmy pracować spokojnie i dopracowywać sceny do zadowalającego poziomu oraz zatrudnienia fachowców, chociażby takich jak profesjonalny operator. Chyba że mówimy o normalnym – profesjonalnym budżecie, w takim przypadku, prawie wszystko byśmy zrobili inaczej.
W końcowych napisał wymieniany jest pan jako: scenarzysta, reżyser, montażysta i autor zdjęć.
– Proszę dodać kostiumy, ale w tym pomogła mi żona. Odpowiadałem także za logistykę, scenografię. Targałem oświetlenie na planie no i byłem też kierowcą i kierownikiem planu.
Myśli pan o kolejnym filmie?
– Chyba już tak bardzo nie chciałbym się zmęczyć. To było ekstremalnie wyczerpujące zajęcie. Mieliśmy na przykład plan zdjęciowy do czwartej rano, a następnego dnia byłem umówiony na godzinę ósmą rano. Musiałem jeszcze rozwieźć wszystkich, zgrać materiały i spakować samochód na następny dzień. Dlatego drugi raz nie chciałbym tak obciążać rodziny. Napisałem nowy scenariusz. Gdyby udało się to w jakiś sposób sfinansować, to chętnie bym się tego podjął, ale nie w takim zakresie jak przy ostatnim filmie.
Ile osób brało udział w filmie?
– W napisach końcowych naliczyłem ponad 140. Zrobienie filmu w tej konwencji i w tak dużej skali uważam za sukces. A że film się podoba, to sukces podwójny. Przy okazji chciałbym podziękować każdemu kto dołożył swoją cegiełkę do tego produktu.
Dla kogo jest ten film?
– Spodziewałbym się, że pod względem estetyki i sposobu opowiadania dla młodych ludzi zainteresowanych historią, a zwłaszcza historią Bydgoszczy. W tym celu go nakręciłem, jednak na premierę w kinie „Orzeł” przyszli ludzie w różnym wieku.
Mówi się, że Bydgoszcz nie jest miastem dla młodych ludzi, że jak ktoś wyjedzie już na studia do Gdańska, Poznania, Wrocławia, Krakowa czy Warszawy, to nie wraca do Bydgoszczy.
– Przepraszam, Bydgoszcz nie jest miastem pozbawionym możliwości, ale wiadomo, że im większa metropolia, tym więcej da się zrobić. Bydgoszcz jest bardzo dobrym miejscem do życia. Choć wiem, że znajdą się osoby z odmiennym zdaniem. Uważam, że miasto jest świetne – nie za duże, nie za małe. Mamy wszystko co potrzeba. Przyznaję, że nie wiem, czy jest problem ze znalezieniem pracy, ja od lat nie miałem z tym problemu.

Fot. Dominik Krzeszewski
Co pan zrobił po skończeniu filmu „Fyrtel 39”?
– Nie było jednego wyraźnego momentu w którym poczułem, że to jest koniec. Praca była rozłożona tak, że przy końcu jeszcze było dużo małych zadań, żeby go dopiąć, więc moment zamknięcia projektu mi się rozmył. Na pewno punktem, w którym poczułem, że to koniec był moment, gdy oglądałem “Fytel” w kinie. Jednak od kilku miesięcy głową już jestem w innym scenariuszu.
Czym jest dla pana kino, film?
– To forma rozrywkowa czasami doprowadzająca nas do wzruszenia, łez, czasem się boimy, przeżywamy różne emocje. Szukamy estetycznego bodźca, czegoś do podziwiania ze względu na to, że jest po prostu ładne. Lubimy opowiadane historie zagłębiające się w cudzym życiu. W kinie można zrobić wszystko, ono daje nieograniczone możliwości.
To jaki będzie następny film?
– Jeżeli powstanie, to pewnie będzie przaśny, głupkowaty i po bandzie. To jest mój klimat.


