Monika Skora-Tuptanowska w trasie / Fot. nadesłane
– Najpiękniejsze inwestycje są w siebie, w podróże, poznawanie świata – mówi Monika Skora-Tuptanowska, autorka książek „Słowenia motocyklem. Osobiste historie z drogi” oraz „Włochy Północne motocyklem. Śladem Dolomitów”, mediatorka, tłumaczka, edukatorka.
Roman Laudański: Pierwsza książka „Słowenia motocyklem. Osobiste historie z drogi” dotyczyła nie tylko podróży motocyklem, ale także sięgnęła pani w głąb siebie, swoich – nie zawsze najlepszych doświadczeń.
Monika Skora-Tuptanowska – Ta książka przypadła wielu osobom do gustu, ale urzekła przede wszystkim kobiety. Pisały do mnie, rozmawiałyśmy, że w pewnym wieku trzeba zadać sobie pytanie – dokąd zmierzamy? Książkę napisałam po moich czterdziestych urodzinach, to był moment na refleksję, co chciałabym jeszcze osiągnąć.
– To pytanie do każdego z nas?
– Każdy z nas przeżywa życie na różnych poziomach i rozwija się w swoim tempie. Osoby potrzebujące zmiany odczytały sygnały i dały mi znać, że książka otworzyła im na to oczy. Polecam ją tym, którzy pragną zmian w swoim życiu.
– To nie jest poradnik turystyczno – motocyklowy.
– Motocykliści znajdą w książce cenne wskazówki dotyczące podróżowania po Słowenii, ale to publikacja podróżniczo – rozwojowa i trochę coachingowa. Daje do myślenia i motywuje do podejmowania konkretnych decyzji. Dla mnie piękną misją jest inspirowanie innych do realizowania swoich marzeń i pasji. O tym też jest druga książka „Włochy Północne motocyklem. Śladem Dolomitów”. Bardzo długo pewne rzeczy odkładałam na później, aż stwierdziłam, że teraz jest mój czas. Życie jest piękne, a motocykl pozwala mi jeszcze bardziej je celebrować, cieszyć się jego pięknem.
– Można mówić o wyższości podróżowania motocyklem nad jazdą samochodem?
– Wszystko znajduje się w sferze doznań i doświadczeń. W motocyklu nic nie chroni nas np. przed deszczem. Jadąc czujemy wszystkimi zmysłami. W słońcu, zatrzymując się na światłach uchylamy szybki kasku, a wtedy słyszymy np. śpiew ptaków.
– Śpiew ptaków?!
– Motocykl uczy uważności i rozkoszowania się tym, co dookoła. Bardziej chłoniemy mijane krajobrazy, na zakrętach wręcz ocieramy się o ściany skalne, wdychamy zapachy. Jako pasażerka mogę w stu procentach skupić się na tym, co mnie otacza.
– Może się mylę, ale największe doznania, kontakt z naturą funduje jednak jazda na rowerze.
– Trasy, które pokonujemy przeznaczone są dla wszystkich pojazdów. Rowery są na porządku dziennym, nawet na wysokich przełęczach. Motocykl ma jednak tę przewagę, że nabieramy prędkości, co powoduje wystrzał adrenaliny. Wrażenia z jazdy na długo zapadają w pamięć. W książce „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika” przeczytałam, że kiedy autor – Stephen King ma blokadę pisarską, wsiada do samochodu i jedzie przez zmieniające się krajobrazy, co powoduje wzrost kreatywności. Absolutnie się z nim zgadzam. Pokonując tak wiele kilometrów motocyklem w ciągu dnia, zmieniając tak często scenerię przekonuję się, że taka jazda porządkuje mi różne sprawy w głowie. Czy samochodem wracamy na trasy, które nam się podobały? Motocyklem tak, gdyż nie przemieszczamy się nim od punktu A do B, potrafimy tę samą trasę przejechać z kilku stron eksplorując alternatywne szlaki tylko po to, żeby przekonać się, gdzie jest ciekawiej. Inaczej planujemy trasę samochodem, inaczej motocyklem, a jeszcze inaczej rowerem. Przed rowerzystami chylę czoła, kiedy widzę jak z mozołem wspinają się na górskie siodła drogami o ogromnym nachyleniu.
– Jak planowaliście trasę do północnych Włoch?
– Książka powstała po naszej drugiej wyprawie jednośladem do Północnych Włoch, które kocham całym sercem – to góry, jeziora, zieleń lasów i obfitość krajobrazów. No i gwarancja pogody nieodzowna podczas wakacji. Najczęściej wyjazdy planujemy z dużym wyprzedzeniem telefonicznie, ponieważ mąż pracuje w systemie delegacyjnym. Ustalamy kilka interesujących nas punktów i dobieramy kolejne, czytamy. Pierwszy raz pojechaliśmy spontanicznie, noclegi wybieraliśmy z dnia na dzień. Po dwóch latach wróciliśmy w to samo miejsce, do Katedry Dolomitów w Południowym Tyrolu, żeby pobyć tam dłużej i ustanowiliśmy tam bazę wypadową. Do tego sanktuarium maryjnego w Val D’Ega pielgrzymował często Jan Paweł II.
Podróżując wyznaczyliśmy sobie dzienny limit trasy ok. 650 kilometrów, tymczasem samochodem jesteśmy w stanie przejechać dwa razy tyle. Na jednośladzie ciało jest w bezruchu i jesteśmy wystawieni na działanie czynników atmosferycznych, po kilku godzinach w siodle czujemy zmęczenie i odrętwienie, potrzebne są częste przystanki. Wyjeżdżamy rano i w zależności od trasy dojeżdżamy na miejsce noclegowe 17.00 – 18.00, choć zdarza się znacznie później, kiedy nie wszystko idzie zgodnie z planem. Zazwyczaj wybieramy drogi lokalne, czyli jedziemy dłużej niż autostradą czy drogą ekspresową, z których korzystamy w wyjątkowych wypadkach. Przy drodze lokalnej możesz się zatrzymać w fajnym miejscu, posłuchać ptasich treli, wypić kawę z kawiarki. Takie trasy są zdecydowanie bardziej malownicze i przyjemne.

W trasie Fot. nadesłane
– Natura panią zachwyca?
– Zdecydowanie tak, odpoczywam chłonąc krajobrazy i górskie panoramy oraz odkrywając kręte i strome trasy. Takie są Dolomity i Południowy Tyrol, z niewyobrażalnym pięknem natury na pierwszym planie. Czasem chętnie zatrzymałabym się w urokliwym miejscu i odpoczęła na leżaczku, ale na to też przyjdzie czas. Na razie testujemy swoje możliwości. Ostatnie trzy sezony spędziliśmy „w siodle”. Ten będzie kolejny. Zaplanowaliśmy już Karpaty w Rumunii.
– Czy obecna książka również jest podróżą w głąb siebie?
– Pierwsza była podsumowaniem dotychczasowego życia, przyznaniem się przed sobą, co mi nie służy i czego już nie chcę. Była wezwaniem do zmian. Druga książka skupia się bardziej na radości życia, na spełnianiu marzeń i wdzięczności. Pojawia się moment, kiedy mamy więcej czasu dla siebie i więcej możliwości. Jest spokojniej. Po etapie edukacji, szukania ścieżki zawodowej, budowania rodziny i stabilizacji docieramy do etapu, w którym skupiamy się na sobie. Okazuje się, że my, Polki mamy z tym wielki problem.

Monika Skora – Tuptanowska Fot. R. Laudański/UMB
– To kwestia wieku?
– Wszystko zależy od wewnętrznej dojrzałości. Podróże pokazały mi piękno świata. W wiele miejsc chciałabym dotrzeć motocyklem, a także samochodem, z dziećmi, z mężem lub sama. Dopóki pozwala zdrowie – nie ma na co czekać. Najpiękniejsze inwestycje są w siebie, w podróże, poznawanie świata.
– Co takiego jest w tych podróżach, że większość z nas ma przysłowiowego fioła na ich punkcje?
– Podróże otwierają oczy na wiele spraw. Pokazują, jak wspaniałe życie jest nam dane. Mnie uczą też wdzięczności za rodzinę, zdrowie, fantastyczne możliwości. Często zatrzymujemy się w miejscach skłaniających do refleksji. Stronię od komercyjnych noclegów preferując te urokliwie położone. Taka jest katedra w samym sercu Dolomitów, czyli Sanktuarium Madonna di Pietralba, która emanuje energią i spokojem, skłaniając do zastanowienia, po co nam to wszystko? Co chcemy zrobić ze swoim życiem? Jaki ślad po sobie zostawić? Mam wspaniałe życie, za które dziękuję. Chcę się tym dzielić z innymi i inspirować do zmian, do walki o lepsze jutro. Często biegniemy i nie wiemy za czym. Od nas samych zależy, jak będziemy na to wszystko patrzeć. Podróże dają właściwą perspektywę. Każdy z nas ma potencjał do wykorzystania, a to już świetny początek. Przecież jeżeli nie kupię nowszego modelu samochodu, ale będę robiła to, co mi sprawia radość, to będę szczęśliwa. Dzięki podróżom zaczęłam przyglądać się sobie i nie zwracać uwagi na to, co mówią inni. Podążanie własną ścieżką to jedyny właściwy kierunek. Kiedy skupiamy się na sobie, rozwijamy, praktykujemy wdzięczność -osiągamy spokój ducha i wkraczamy na wyższy poziom.
– W pewnym wieku kobiety mówią, że stają się niewidoczne.
– Uważam, że to pokłosie wychowania. My, Polki, jesteśmy niesamowite, wielozadaniowe, ale chowamy swoje talenty i pasje na później. Często zapominamy o sobie, stawiając rodzinę i partnera na pierwszym miejscu. Dlatego trzeba o tym rozmawiać. Na pewnym etapie warto skupić się na sobie, wrócić do korzeni, do swoich pragnień i marzeń. Przychodzi moment, w którym inne rzeczy dają o sobie znać. Dzieci będziemy kochać do końca życia, ale kiedy są już odchowane i nie wymagają poświęcania im tak dużo czasu można zacząć szukać pomysłów na siebie i inspiracji. Zapisać się na studia, ćwiczyć na siłowni, podróżować, wykorzystać energię do dobrych rzeczy. Mam ogromne szczęście i jestem wdzięczna za tak wiele, że chcę się tą wdzięcznością podzielić. I pokazywać, że warto budować piękne życie, namawiać młode osoby, które nie mają celu, że świat jest piękny i ma wiele do zaoferowania, na wszystko przyjdzie pora.

Fot. R. Laudański/UMB
– Młodzi mają w sobie cierpliwość?
– Nie do końca, często chcą wszystkiego od razu. Życie nauczyło mnie jednak, że warto cierpliwie czekać i że nie ma drogi na skróty. Pracując na wszystko od zera, angażując się i przeżywając trudne momenty hartujemy się i rośniemy w siłę. Każda porażka uczy pokory i wdzięczności, pozwalając jeszcze bardziej cieszyć się każdą chwilą i nawet drobnym sukcesem. Czasem, kiedy zsiadamy z naszego wspaniałego, czteroletniego motocykla, widzimy zazdrość w oczach młodych ludzi. Staram się im tłumaczyć, że też sobie taki kiedyś kupią. Wszystko w swoim czasie. My, ludzie po czterdziestce, którzy w pocie czoła odkładaliśmy na to i spłacaliśmy kredyt, wiemy jakie to szczęcie. Doceniamy rzeczy, które kosztują nas wiele pracy i wyrzeczeń. Gdyby ktoś dostał to ot tak, to pewnie by tego nie szanował.
Wracając do kobiet, to każda jest przecudna i wspaniała. Jest skarbnicą mądrości, talentów i marzeń. Po odchowaniu dzieci możemy wrócić do tego, co kiedyś sprawiało nam radość. Kiedy byłam małą dziewczynką bardzo lubiłam czytać książki, po latach sama zaczęłam je pisać. Ktoś ma talent malarski, schował sztalugi, bo rodzina, praca, a może teraz warto do tego wrócić? Ktoś lubi piec ciasta, a może dałoby się zrobić z tego biznes? Pora realizować swoje pasje.
– Brzmi jak rady z książki Elizabeth Gilbert „Jedz, módl się, kochaj”.
– Ta autorka napisała też niezwykłą książkę o kreatywności i sile odwagi. Pomogła mi się przełamać, uwierzyć, że jeżeli jakiś głos w głowie szepcze nam, żeby iść w jakąś stronę, to trzeba spróbować. Ubolewam nad kobietami podążającymi wyłącznie ścieżkami swoich dzieci. Każdy ma własne pasje, trzeba szukać w swoim wnętrzu albo dookoła. Można zapisać się na jakieś zajęcia, robić coś swojego. Zamiast stać przy garach i czekać na telefon, robić bliskim wyrzuty i zapadać się w sobie warto wyjść do ludzi i cieszyć się każdym dniem. Za chwilę dzieci opuszczą rodzinne gniazdo. Jeżeli nie znajdziemy tego czegoś, to naprawdę będziemy głęboko nieszczęśliwe. Opcji jest mnóstwo, wystarczy się rozejrzeć. Dodam, że uwielbiam gotować dla bliskich, ale każdy potrzebuje swojej przestrzeni i czasu na swoje zainteresowania. Staram się przełamywać stereotyp Matki Polki.

W trasie Fot. nadesłane
– Opowiada pani o kobietach, ale czyż to nie z facetami jest problem?
– Nie wierzę, że nie ma osób, których nic nie pasjonuje. Jednak zamiast robić to, co daje nam frajdę dajemy się uwieść perspektywom zarobków, pracy wypełniającej nam życie. A zegar tyka. Nic nie zwróci nam minionego czasu i zdrowia, nie odkładajmy siebie na późnej. Najpiękniej jest wtedy, kiedy możemy cieszyć się życiem z bliskimi i razem realizować wspaniałe marzenia. Jako dziewczynka nigdzie nie jeździłam, nie było nas na to stać. Odkąd zostałam mamą, każdą złotówkę przeznaczam na podróże. Moje dzieci są dzięki temu niezwykle samodzielne, ciekawe świata, otwarte, komunikatywne.
Brak czasu jest często wymówką, nie potrafimy po latach cieszyć się swoim towarzystwem. Jeżeli źle dzieje się w związku, to trzeba poszukać wspólnej aktywności. Robiąc coś razem, zbliżamy się do siebie. W czasie kryzysu warto się zastanowić, co lubimy razem robić, co nas kiedyś połączyło i do tego wrócić albo spróbować nowych rzeczy. Może zbliży nas trekking, hodowanie warzyw, siłownia albo odkładane lekcje tańca? My podróżujemy razem motocyklem, cieszymy się sobą, ale także wyjeżdżamy z dziećmi. Nie ważne gdzie, byle razem. Na to nie trzeba mieć wielkich pieniędzy. Wystarczy pojechać pod namiot i pograć w planszówki. Często o tym zapominamy. Dajemy też przykład dzieciom, które widzą, że my cały czas czegoś nowego się uczymy, rozwijamy pasje, ponosimy porażki i znowu próbujemy. Zaczęłam znowu chodzić na siłownię i pytam syna o ćwiczenia, odżywki. Interesuję się tym, co dzieje się dookoła. Trzeba być ciekawym, otwartym na różne rzeczy.

Fot. nadesłane
– Jest wojna pomiędzy motocyklistami a kierowcami aut, doświadczacie tego „z siodła”? Inaczej wygląda to w Polsce, a inaczej na Zachodzie?
– Kierowcy są bardzo różni. Akurat teraz dużo o tym rozmawiamy, ponieważ syn uczęszcza na kurs prawa jazdy. Warto, żeby szkoły jazdy uczyły, że wszystkie pojazdy są tak samo ważne na drodze i mają takie same prawa. Tymczasem motocykle traktowane są często na polskich drogach jako nierównorzędne i zawadzają kierowcom, zajmują cenne miejsca parkingowe, wpychają się przed sznurek aut. Podczas podróży po Europie obserwujemy, że kierowcy aut są bardziej uważni i wyrozumiali. Cały czas edukujemy, rozmawiamy, że najważniejsze jest bezpieczeństwo. Nie jest ważne, jakim pojazdem poruszasz się po drodze, po prostu bądźmy dla siebie uprzejmi, szanujmy się. I wyobraźmy sobie, że w korku w aucie chłodzi nas klimatyzacja i gra muzyka, a motocyklista w kilku warstwach chroniących zdrowie i życie praży się na słońcu albo moknie.
– Nie miała pani ochoty zamienić tylnej kanapy motocykla na przednią?
– Na razie przymierzam się do nauki. Mąż sprawił mi niespodziankę i wykupił jeden dzień szkoleniowy na torze. Mając prawo jazdy kat. B co najmniej trzy lata można jeździć bez dodatkowych uprawnień motocyklem 125 cm3. Wyższa pojemność wiąże się z koniecznością ukończenia kursu na kat. A i zdania egzaminu. Mając przejechane z wspólnie z mężem grubo ponad 40 tysięcy kilometrów bałabym się wsiąść na maszynę bez jakiegokolwiek przygotowania. Motocykl uczy pokory, każdy błąd może kosztować życie. Ze zgrozą obserwuję młodych ludzi poruszających się po publicznych drogach bez tablic rejestracyjnych, czyli na niezarejestrowanych maszynach, niezgodnie z prawem i często bez uprawnień. Bez względu na to, jaki pojazdem poruszasz się po drodze publicznej, kiedy włączasz się do ruchu musisz posiadać odpowiednie umiejętności i stosować się do przepisów, poruszać się zarejestrowanym i ubezpieczonym pojazdem na wypadek, gdyby coś złego się stało. Trzeba edukować, że to wszystko jest dla bezpieczeństwa. Jako rodzic nigdy nie dałabym takiej maszyny dziecku i nie pozwoliłabym wyjechać na drogę bez uprawnień i OC oraz bez odpowiedniego stroju, ochraniaczy, rękawic, wysokich butów itp. Bezpieczeństwo przede wszystkim. Kółko wokół osiedla bez właściwego ubioru może skończyć się bolesnym otarciem do kości.
– Zna pani opinie o motocyklistach…
– Kluczowa jest dojrzałość. Jeśli chcesz się ścigać, to na torze, ale nie na drodze, gdzie obowiązują ograniczenia prędkości. My wybraliśmy motocykl turystyczny, jeździmy żeby podziwiać widoki. Cieszymy się jazdą. Swoje umiejętności można sprawdzić np. w Alpach, gdzie trasy o długości 250 kilometrów pokonuje się w ciągu ośmiu godzin. Obfitują w tak trudne serpentyny, zakręty zwane w Polsce „agrafkami”, że trzeba zredukować bieg, znacznie zmniejszyć prędkość i skupić się na wchodzeniu w zakręty.
– Jak w Bieszczadach.
– Tam jeszcze nie jeździliśmy, ale infrastruktura w Północnych Włoszech jest rewelacyjna. Przejeżdżamy przez sam środek urokliwych miasteczek, malowniczych dolin i docieramy do miejsc położonych na wysokości do 2700 m n.p.m. Jeremy Clarkson z Top Gear nazwał najwyżej położoną drogę we włoskich Alpach (Passo dello Stevio) najpiękniejszą drogą, ale zmienił zdanie, kiedy pojechał do Rumunii. W tym roku się tam wybieramy, żeby przekonać się o tym osobiście. Nie mogę się doczekać wyjazdu. Wspinanie się i pokonywanie zakrętów z górskimi panoramami w tle pozwala zachwycać się dziełami Matki Natury.

Monika Skora – Tuptanowska Fot. R. Laudański/UMB
– Spotyka się pani również z seniorami.
– Prowadzę zajęcia dla seniorów Uniwersytetu Trzeciego Wieku przy Wyższej Szkole Gospodarki i rozmawiamy o sposobach pokonywania konfliktów, komunikacji, mediacjach. Okazuje się, że są to osoby bardzo chłonne i chętne do wymieniania się doświadczeniami. Seniorzy potrafią wspaniale spędzać czas – jeżdżą na wycieczki, spotykają się przy kawie. Obiecuję sobie, że także będę takim seniorem. W życiu przechodzimy różne etapy i każdy z nich jest piękny.
– A zdarzyło się wam spotkać seniorów jeżdżących na motocyklach?
– Oczywiście, regularnie widujemy np. w Alpach 60-, 70-, 80-letnich motocyklistów jeżdżących nowymi albo 20-, 30-letnimi motocyklami. Raczej są to osoby innych narodowości, ale naszych rodaków jest coraz więcej. Doczekaliśmy czasów, kiedy w Polsce stać nas na podróże i sprzedawanych jest coraz więcej maszyn. Trzeba je zamawiać z dużym wyprzedzeniem. W końcu możemy cieszyć się życiem. Na wszystko przychodzi pora. Jazda motocyklem to dobry wypoczynek i niezła terapia.
Godziny spędzone w motocyklowym siodle pozwoliły przemyśleć mi wiele rzeczy i dokonać zmian. Zaczęłam pisać, uczyć seniorów, dzieci. Realizuję fantastyczne projekty i mam głowę pełną pomysłów. Nie wszystko się udaje, ale zawsze otwierają się nowe drzwi.
Zapisz się na newsletter „Bydgoszcz Informuje”!


