Halina Lewandowska – Sierpniowa dama bydgoskiej Solidarności / Archiwum Jana Rulewskiego
– Sierpniowa Dama – tym tytułem honoruję Halinę Lewandowską – dzisiaj starszą panią, która przebywa w domu pomocy społecznej i ze względu na stan zdrowia nie jest już w stanie ze mną rozmawiać. Może chociaż to przeczyta. Pamiętajmy o bohaterach – pisze Jan Rulewski, który w liście do „Bydgoszcz Informuje” przypomina bydgoską bohaterkę Solidarności.
Zna ją wielu uczestników bydgoskiego szlaku wolności i Solidarności. Dobrze zapamiętałem pierwsze chwile naszej znajomości. Przyszła do lokalu przy ulicy Marchlewskiego [obecnie ul. Stary Port, mieściła się tam siedziba Zarządu Regionu Bydgoskiego NSZZ Solidarność – przyp. red] z propozycją pomocy. Wówczas takich osób było wiele. Halina przyszła z poparciem swojego męża, Gerarda Lewandowskiego – „rometowca” z sekcji plastycznej.

Na zdjęciu Gerard Lewandowski / Archiwum Jana Rulewskiego
Ulotki pełne werwy i ducha walki z komuną
Była potrzebna do pisania ulotek. Wolnych miejsc pracy jednak nie było. Urządziliśmy się więc w pewnej toalecie, która była zbyt obszerna jak na swój metraż. Na murze umieszczono rurę z deską, na której usiadła nowa pracownica. Raczej działaczka, gdyż pracowała bez angażu i pensji, zupełnie „za friko”. Pisała ulotki pełne werwy i ducha walki z komuną, a potem artykuły w „Wolnych Związkach”. Gdy pojawił się teleks, roboty nagle przybyło. Do pomocy ruszyła Joanna Schetyna ze swoimi zdolnościami językowymi i reporterskim zacięciem. Ekipa stale się rozrastała – dołączyła Krysia Tkacz, dla której nie było już miejsca w biurze, więc pracowała (jak byśmy to dzisiaj powiedzieli) zdalnie.
Halina pracowała na dwa etaty: za dnia przy ulotkach i dyskusjach z mężem, a nocą, nie mogąc zasnąć z nadmiaru wrażeń, siedziała na nasłuchach z innych regionów i na bieżąco współtworzyła dziennikarską sieć. Solidarność nie znała wtedy czasu ani zegara, gdyż działo się niesamowicie wiele. Nasze „armaty”, czyli gazetki, szybko zdobyły sobie prawa obywatelskie. Przed siedzibą przy Marchlewskiego czytelnicy od samego rana wyczekiwali na nowe wydanie „Wolnych Związków” – w poszukiwaniu prawdy i z chęci uczestnictwa w czymś poza oficjalnymi strukturami.
Czasem dziennikarze, zgodnie z duchem Solidarności, stawali się autonomicznymi organami. Dochodziło z tego powodu do spięć i burzliwych dyskusji. Trudno mi było godzić chrześcijańskiego przywódcę Antoniego Tokarczuka (zarazem władzę w związku, jako zastępcę przewodniczącego) z wolnością słowa reprezentowaną przez, powiedzmy sobie, ateizującą rodzinę Lewandowskich. W publicystyce bywało tak, że Reagan bił się z papieżem Janem Pawłem II, Wałęsa z Gwiazdą, a prymas Glemp usługiwał Jaruzelskiemu… Władza związkowa stawała na baczność przed dziennikarskim słowem. Tak, to prawda – jako władza musiałem dyscyplinować i dbać o spójność organizacyjną. Nie było to łatwe, gdy za guru Lewandowską murem stawali: J. Perejczuk, R. Helak, Łabentowicz, A. Cierżniakowski czy student z Poznania, a późniejszy ksiądz – Roman Kneblewski. To było fascynujące, że tak skromna kobieta potrafiła zbudować wokół siebie duchowy sojusz tylu wspaniałych ludzi. A przede wszystkim – wiernych czytelników.
Wówczas pojawiły się też pisane ze świeżością wiosennej rzodkiewki „Informacje”. Stanęliśmy wtedy wobec odwiecznego i do dzisiaj nierozwiązanego problemu na linii władza – dziennikarz. Bydgoski Marzec ’81, wybory w związku oraz inne inicjatywy sprawiły ostatecznie, że Halinka opuściła nas z niesmakiem.
Połączyły ich stan wojenny i Jaruzelski
Stan wojenny i Jaruzelski znowu nas jednak połączyły. Choć władza związkowa była „w kozie”, a Lewandowscy zostali internowani, to szybko znaleźli się ich godni następcy. Można było zamknąć ludzkie ciała, ale wolnego słowa władza nie zdołała stłumić – trawestując Ewangelię, jest ono nieśmiertelne.
Halinka jako jedna z ostatnich opuściła ośrodek internowania dla kobiet w Gołdapi. Nic jej to nie nauczyło – mówiąc ówczesnym językiem władzy. Wkrótce ich mieszkanie stało się prężnym ośrodkiem oporu i „knucia” przeciwko socjalizmowi. Tym razem działali już na swoim. Gerard uczył konspiracyjnego fachu i obsługi sitodruku, a Halina, nieustannie go poganiając, redagowała i wydawała (wspólnie z innym bydgoskim małżeństwem – państwem Spudychami) pismo „W drodze”.
Pod podłogą ich mieszkania zainstalowano podsłuchy, a dom Spudychów szturmował przez wybite okno ambitny esbek, kpt. Urbański. My ich też podsłuchiwaliśmy. Pamiętam, jak ubecy psioczyli w tych swoich nagraniach – nie tyle na samych wywrotowców, ile na to, że musieli czuwać po nocach, bo ci „zapyziali opozycjoniści” nieustannie się odwiedzali. A oni tak bardzo chcieli po prostu pławić się w podwyższonych nagrodach i pensjach! „Co to za życie” – narzekali. Ci od podsłuchów i ten, który raz przy pomocy drabiny i przez wybite okno usiłował przerwać druk podziemnych znaczków, przeznaczonych na wsparcie Solidarności. W międzyczasie panie uczestniczyły też w projektach praworządności i pomocy prześladowanym, założonych przez Romaszewskich.
Opór nie ustawał, gdyż nie wypaliło się w nas pragnienie wolności. Trwaliśmy razem aż do Okrągłego Stołu. Gdy wróciła normalność, u Halinki znowu pojawił się niesmak – tym razem dlatego, że przy Okrągłym Stole zwyciężył Wałęsa i Kościół. Podczas gdy inni po 1989 roku ruszyli do wielkiej polityki, ona wraz z innymi paniami – Janiną Matelską i Danutą Makowską – broniła kobiet przed klerykalnymi zakazami. Znalazła dla siebie zupełnie nowe pole aktywności.
Koty i kartki
Zdawałoby się, że to historia jak jedna z wielu. Otóż nie – Halinka dźwigała na swoich barkach jeszcze jedno, niezwykłe wyzwanie. Uwielbiała koty. Miała ich kilkanaście, momentami nawet czternaście, a do tego przygarnęła dwa bezpańskie psy. Dla mojej wygody poznawczej ochrzciła je imionami rodów polskich, włoskich i mieszanych. Była więc Laura, Oliwia, Mario, a także polskie odmiany: Hania, Basia i Zbych.
Co ciekawe, jeden z tych kotów wybitnie zasłużył się dla Solidarności. Zazwyczaj Gerard o poranku wypuszczał czworonogi na spacer, uwzględniając indywidualne nawyki swoich wychowanków. Jednak pewnego razu jeden z kotów kategorycznie odmówił wyjścia na dwór. Zamiast tego uparcie wąchał podłogę tuż przy drzwiach mieszkania, zaraz obok kaloryferu. Bystre obserwacje domowników doprowadziły do odkrycia w podłodze otworka o wielkości zaledwie 2–4 mm. Dochodziło z niego wyczuwalne dla kota ciepło i zapach… myszy z piwnicy, nad którą znajdowało się mieszkanie Lewandowskich. Koci instynkt i przebiegłość Gerarda doprowadziły do odnalezienia w piwnicy tajemniczego przewodu, który prowadził bezpośrednio do łącznicy telefonicznej Polskiej Telekomunikacji.
Sprawa się rypła – odkryto nielegalny podsłuch. Wobec tego, gdy przyszły kolejne rachunki za telefon, zwróciliśmy się do udającego niewinność dyrektora telekomunikacji z żądaniem, aby kosztami po połowie obciążył również organy ścigania. Najbardziej z tego wszystkiego śmiali się sami ubecy, bo stojąc w swoich „sukach”, nie musieli już na mrozie spisywać naszych rozmów, których i tak często nie rozumieli lub nie potrafili rozczytać z rękopisów.

Urządzenia podsłuchowe / Archiwum Jana Rulewskiego
Znacznie trudniejsze bywało jednak samo wykarmienie tak potężnej kociej rodziny. Pamiętajmy, że obowiązywały wtedy kartki reglamentacyjne. Ciężko było wyżywić tyle pyszczków, zwłaszcza że Lewandowscy – w myśl radzieckiej zasady „kto nie pracuje, ten nie je” – jako opozycjoniści nie mogli nigdzie znaleźć legalnego zatrudnienia. Samo mleko i ser nie wystarczały, a kocie familie toczyły ze sobą regularne boje, skacząc po szafach i łóżkach tego skromnego mieszkania. Czasem lądowały prosto na mojej głowie. Do dzisiaj nie wiem, jakich podstępów i logistycznych figur musiał dokonywać Gerard, aby dostarczyć na czas odpowiednią ilość i jakość pożywienia. Chyba, jak zawsze w tamtych czasach – pomogli po prostu dobrzy ludzie.
Dziś Sierpniowa Dama dożywa swoich dni w osamotnieniu, choć na szczęście z pomocą rodziny. Jak powszechnie wiadomo, damy – zarówno te z rodowym, szlacheckim znakiem, jak i te bez niego – wymagają naszej pamięci i szacunku. A przede wszystkim – prostych słów wdzięczności.
Zapisz się na nasz newsletter!


