W 2018 roku Krzysztof Herdzin odsłonił swoją tabliczkę w Alei Autografów Fot. Robert Sawicki
– Bydgoszcz to ważny temat w moim życiu – mówi Krzysztof Herdzin, pianista, kompozytor, aranżer, dyrygent, producent muzyczny i wykładowca
– Co dla jubilata świętującego swój 35-letni związek z muzyką jest najważniejsze?
– Dzisiaj? Absolutnie rodzina. Choć jeszcze dziesięć lat temu powiedziałbym, że muzyka.
– Porozmawiajmy o muzyce. Do czego jest nam potrzebna?
– Każdy szuka w muzyce, sztuce innych treści. Muzyka jest nam potrzebna do uwrażliwienia się, ucieczki od prozy życia, znoju, zmęczenia, frustracji, przyziemnych i niskich stanów emocjonalnych, kiedy doskwiera nam coraz gorsza kondycja świata.
W muzyce można też znaleźć bardzo dużo bezpieczeństwa, ukojenia. Ponadto badania medyczne udowodniły, że muzyka u małych dzieci wpływa na rozwój mózgu. Szybciej rozwijają się sieci neuronów.
A tak w ogóle, to pytanie dla socjologów i filozofów (śmiech).

Krzysztof Herdzin Fot. Robert Sawicki
– Przez 35 lat pracy twórczej obroni się pan przed dziennikarskim zaszufladkowaniem.
– Od dawna miałem takie założenie, za które dziennikarzy przepraszam (uśmiech). Taką ścieżką kroczę.
– Skąd w panu ta ambicja, „zachłanność na muzykę”, jak ujął to pan w rozmowie z Magdą Jasińską z Radia PiK.
– Całe życie byłem zachłanny na muzykę. Zawsze chciałem być wszechstronny i zajmować się muzyką we wszelkich możliwych formach aktywności. Wychodziłem i w dalszym ciągu wychodzę z założenia, że cały proces specjalizacji, który obserwujemy od przełomu XIX i XX wieku bardzo często nie sprzyja ogólnemu rozwojowi artystycznemu. Ludzie zamykają się w jednej dziedzinie i potrafią rozwinąć się do granic możliwości w jednej zamkniętej formie i specjalizacji osiągając najwyższy poziom kunsztu. Jednak, jeśli chodzi o muzykę, to od zarania do czasów romantycznych i później artyści zajmowali się muzyką całościowo. Grali na instrumencie, komponowali, często dyrygowali, pisali o muzyce, mieli piękne możliwości zwerbalizowania swoich myśli. Byli teoretykami, pisarzami. Wszystkie sfery życia przenikały się i pozytywnie wpływały na ich rozwój. Też chciałem być taki. Czy mi się udało? Nie wiem, ale przez te 35 lat staram się łączyć różne aktywności. Muzykę, instrumentalistykę, komponowanie, dyrygowanie, aranżowanie, rolę wykładowcy akademickiego. Wszystko z wielką satysfakcją dla mnie, a myślę, że i dla odbiorców.
– Uczył się pan gry na fortepianie w klasie prof. Katarzyny Popowej – Zydroń. Jak reagowała na pańskie jazzowe ciągoty?
– Bardzo mnie wspierała, natomiast mieliśmy umowę, że jeżeli obniżę loty i zacznę przychodzić na zajęcia nieprzygotowany czy pojawiłyby się nieobecności, to ostrzegła mnie, że wtedy jej sympatia się skończy. I udało nam się przez całe moje studia funkcjonować na partnerskich zasadach. Bardzo wiele jej zawdzięczam.
– Profesor Popowa-Zydroń ma dobrą rękę do studentów.
– To prawda, trafiało do niej wielu fantastycznie uzdolnionych ludzi.
– Zachwycamy się bryłą nowego kampusu Akademii Muzycznej, ale chyba ważniejsza jest kadra przyciągająca młodych ludzi na studia.
– Tak jest zawsze na uczelniach artystycznych, w szkołach teatralnych, filmowych, akademiach muzycznych czy plastycznych. Studenci wybierają sobie pedagogów i zdają nie do uczelni, a do pedagoga. To przemyślana decyzja. Każdy znajduje sobie mentora, osobę z autorytetem, u której chce rozwijać swoje talenty. Nasz kampus jest piękny, będzie przyciągać kolejne rzesze studentów, ale najważniejsi są nauczyciele.
– A jaki jest profesor Herdzin wobec swoich studentów?
– O! Nie do mnie to pytanie. Staram się być wyrozumiały, cierpliwy, dostrzegać w każdym studencie jego indywidualność, bo grzechem pierworodnym wykładowców, zwłaszcza na uczelniach muzycznych, jest to, że wszystkich wrzucają do jednego worka i uczą według jednego szablonu. A największą sztuką jest dostrzeżenie oryginalności, indywidualności, zwłaszcza jeśli chodzi o muzykę jazzową. Muzycy interesują się różnymi gatunkami jazzu. Każdy próbuje szukać swojego stylu i języka. Jeżeli udaje się dostosować do potrzeb, inności studentów, to dla wykładowcy jest najpiękniejsza ścieżka.
– A studenci są cierpliwi, chcą się wszystkiego uczyć? Czy od razu wiedzą, co i jak?
– Z tym to różnie bywa. Obecne pokolenie młodzieży jest zupełnie inaczej wychowane i nie chcę, żeby to zabrzmiało jako utyskiwanie czy narzekanie, ale bardzo często chcieliby od razu mieć gotowe recepty, odpowiedzi na pytania. Brakuje im cierpliwości.
– A jak było w pana przypadku z graniem ze znanymi jazzmenami?
– Jak większość muzyków w tamtych czasach jazzu uczyłem się sam, intuicyjnie ze słuchu. Wydział jazzu był wtedy tylko w Katowicach, a ja postanowiłem zostać w Bydgoszczy i zgłębiać tajniki muzyki klasycznej. Po studiach przeniosłem się do Warszawy, zacząłem chodzić na jam session i zostawiać swoje muzyczne ślady. Wtedy coraz więcej ludzi dostrzegało we mnie potencjał i talent. Zapraszano mnie do współpracy, dostałem swoją szansę.
– Nie miał pan ochoty na karierę zagraniczną? Na przykład w Nowym Jorku?
– Na początku lat 90. spędziłem prawie osiem miesięcy w Monachium. To był moment zachłyśnięcia się wolnością i poczuciem, że wreszcie jesteśmy Europejczykami. Myślałem, żeby zostać tam trochę dłużej, ale wolałem czuć się bardziej swojsko i bezpiecznie w Polsce.
– Bohater jednej z książek Tadeusza Nowakowskiego, honorowego obywatela Bydgoszczy twierdzi, że dwóm bogom – literaturze i dziennikarstwu nie można służyć, bo zawsze jedną będzie się preferować kosztem drugiej. Pan udowadnia, że można służyć różnym muzycznym bogom.
– Nie traktujmy takich cytatów jak prawdy objawionej. Wszystko zależy od człowieka. Jest bardzo wielu artystów łączących dwa światy. Dziennikarze też są pisarzami bądź poetami, a są muzycy i kompozytorzy, którzy zajmują się równolegle – tak jak ja – różnymi światami. To jest trudne i wymaga dużo więcej czasu, pracy, ambicji i determinacji, ale jest do pogodzenia. Takich przypadków naprawdę jest sporo.
– Bydgoszcz zapisała się w panu w szczególny sposób?
– Oczywiście i cały czas jestem związany z Bydgoszczą, nadal wykładam w Akademii Muzycznej. Miasto jest mi bardzo bliskie. Obserwuję, jak się pięknie zmienia. Mam tu mnóstwo przyjaciół, swoje ścieżki i mnóstwo wspomnień. Bydgoszcz to ważny temat w moim życiu.
– Którędy prowadziły bydgoskie ścieżki?
– Od dziecka mieszkałem na Wyżynach, skąd rowerem było blisko do lasów na Glinkach. To były również wyprawy z psami. Później osiedle Leśne, odkrywanie Myślęcinka. Te miejsca generują najwięcej młodzieńczych wspomnień.
– Perkusista Piotr Biskupski w rozmowie z „Bydgoszcz Informuje” powiedział, że wokół nas jest za dużo muzyki. Przykłady? Słuchawki w uszach przez cały dzień czy muzyka w knajpie grająca nawet w toalecie.
– To jest pewne natręctwo, mówił już o tym Witold Lutosławski w latach 70. Przykra sprawa. Można się impregnować, starać się tego nie zauważać, ale na pewno nie jest to coś chwalebnego. Także mi to coraz bardziej przeszkadza.
– Wiem, że nie lubi pan pytań o pięciomiesięczny pobyt na Jamajce i pracę w schronisku dla psów. Tylko grając wcześniej 200 koncertów w roku chyba sam pan zapracował na stan przedzawałowy i potrzebę oderwania się od dotychczasowego życia.
– Oczywiście, że tak. To moje decyzje i brak higieny psychicznej. Kiedy żyjesz w amoku, przestajesz myśleć o sobie, tak się dzieje. Na szczęście już tych błędów nie popełniam. Musiałem zostać doprowadzony do ściany i przeżyć wstrząs.
– I w schronisku dla psów na Jamajce nabrał pan dystansu do muzyki?
– Z dystansem do muzyki to nie jest taka łatwa sprawa. Miałem moment wypalenia zawodowego spowodowany moim brakiem higieny i racjonalnego podejścia do świata. Po prostu było wszystkiego za dużo i mój organizm powiedział: stop. Bałem się, że już nie wrócę do formy, przestanę cieszyć się muzyką. Przestanę odbierać ją organicznie, jak przez całe swoje życie. Na szczęście udało się. Myślę, że dystansu do muzyki nie mam. Na pewno staram się pracować już dużo mniej, zachowywać dużą większą higienę. Wybieram sobie propozycje albo bardzo ciekawe artystycznie, albo z racji związków towarzyskich, bo lubię z kimś występować. Natomiast już nie bawię się w granie dla samego grania, tylko po to, żeby na koncie pojawiła się jakaś suma.
– Widzi pan przyszłość muzyki w czasach sztucznej inteligencji?
– Należy bardzo się przed tym bronić i uważać. Muzyka musi być tworzona przez żywych ludzi. Aplikacje komputerowe i sztuczna inteligencja w pewnym wymiarze mogą pomóc coś wygenerować, ale to nie będzie miało nigdy ducha i emocji. Będzie czystą techniką.
– Ma pan inne pasje poza muzyką?
– Dzisiaj moją pasją jest rodzina, moje dzieci.
– To życie.
– W zasadzie całe życie poświęciłem muzyce.
– Gdyby nie związani z operą rodzice to być może obrałby pan inny kierunek?
– Kto wie. Zawsze można gdybać, ale siłą rzeczy zostałem zindoktrynowany przez rodziców i muzyka przyszła w naturalny sposób.
– W czasach pana dzieciństwa opera korzystała z pomieszczeń Teatru Polskiego.
– A także w budynku przy BWA, który kiedyś był Domem Sztuki. Tam odbywały się próby, a czasem spektakle kameralne. Te dwie lokalizacje wpisane są w moje dzieciństwo.

Krzysztof Herdzin Fot. Robert Sawicki
– Jest takie przekonanie, że dzieci uczące się w szkole muzycznej muszą tylko ćwiczyć gamy, kiedy ich koledzy na podwórku grają w piłkę lub bawią się w czterech pancernych.
– Chciałem ćwiczyć, a nie musiałem, to różnica. Chciałbym zdemitologizować traumę dzieciństwa. Owszem, są dzieci, które źle znoszą ćwiczenia, pianino. Moje dzieciństwo było normalne – z czasem na rower, piłkę, zabawę. No i lubiłem ćwiczyć. Przychodziło mi to z łatwością. Może byłem po prostu zdolny, a może bardzo szybko pokochałem muzykę z wzajemnością. Kto wie, jak to było.


