„Betonoza w operze”. 1994 rok./ Fot. Marek Chełminiak
– Fotografowanie było zawsze marzeniem wielu ludzi – mówi Marek Chełminiak, fotoreporter prasowy, autor albumów fotograficznych przede wszystkim o Bydgoszczy. W przyszłym roku zostanie wydany kolejny – poświęcony Operze Nova.
Roman Laudański: – Pracujesz nad albumem poświęconym historii Opery Nova. To nie pierwszy twój album.
Marek Chełminiak: – Pierwszy zrobiłem dwadzieścia lat temu o Solcu Kujawskim, a namówił mnie do tego ówczesny burmistrz Antoni Nawrocki. Pracowałem wtedy w „Gazecie Pomorskiej”, także w Solcu, w którym kiedyś mieszkałem przez wiele lat.
– W „Gazecie Pomorskiej” zajmowałeś się fotografią prasową, która jest przecież inna od artystycznej.
– Zawsze uprawiałem trzy rodzaje fotografii: prasową, dokumentalną oraz artystyczną. W „Pomorskiej” jeździliśmy do różnych spraw nie tylko po regionie. W tamtych czasach internetu nie było. Kiedy trafiłem na ciekawe, nieznane miejsca, to fotografowałem dla „Gazety” oraz dla siebie. Z tego postał album „Skarby Kujaw i Pomorza”.

Opera Nova. Fot. Marek Chełminiak
– Ile zrobiłeś już albumów?
– Około trzydziestu. Nie tylko o regionie, ale np. po dwa o Zielonej Górze i Katedrze Gnieźnieńskiej. Jednak przede wszystkim były to książki o Bydgoszczy.
– Jak wyglądał początek w Solcu Kujawskim?
– Burmistrz Antoni Nawrocki zaprosił mnie na kawę i mówi: Kiedyś niewiele się tu działo, a kiedy ruszyliśmy z Parkiem Przemysłowym, budową masztów, to nasze miasto wypiękniało i pojawiły się nowe inwestycje. Poza tym mamy ciekawą historię, a pan, panie Marku robi piękne zdjęcia. Proszę zrobić album o Solcu. Przyznaję, złapałem się za głowę! O Solcu? Tak małym miasteczku? Album?! Długo nad tym myślałem, przejrzałem archiwum, spotkałem się też z mieszkańcami posiadającymi materiały archiwalne. I tak powstał album o Solcu. Najpierw jeden, później drugi. Dzięki tej publikacji – przyznaję – urosłem.
– Opowiedz o promocji.
– Spotkanie zaplanowano w sali kinowej domu kultury. Podjeżdżam, po drodze mijam ludzi zmierzających w jednym kierunku. Odświętnie ubranych, jak do kościoła. Tylko to nie była droga do kościoła! Wcześniej martwiłem się, jaka będzie frekwencja podczas promocji albumu. Zaglądam, a tam pełna sala patriotów swojego miasta! Książka rozeszła się w Solcu w mig. Później ludzie zaczepiali mnie na ulicy, prosili o autografy.

Opera w budowie. Fot. Marek Chełminiak
– Podobnie było z bydgoskimi albumami.
– Zawsze uważałem Bydgoszcz za niedocenianą w stosunku do Torunia czy innych miast. No to musiałem pokazać inną Bydgoszcz i tak powstał album „Bydgoszcz piękna i romantyczna”. Promocja odbyła się w Hotelu Pod Orłem. Pamiętam, że wtedy Zdzisław Pruss powiedział: Marek, ale ta twoja Bydgoszcz jest taka uroczysta i nadmuchana! Odpowiedziałem: Zdzichu, ja tak ją widzę, tak ją w albumie oddałem. Nakład się szybko rozszedł, później przyszedł czas na kolejne albumy.
– Zdania o Bydgoszczy nie zmieniłeś.
– Nie! Bydgoszcz jest coraz piękniejsza, ale nadal jest niedoceniana! Opowiem o bardzo fajnym spotkaniu z Bydgoszczą w roli głównej. Kiedyś robiłem materiał o sołtysce Gzina. Poprzednio jej tata był tam sołtysem. Młodzi, absolwenci Akademii Techniczno – Rolniczej wrócili z Irlandii. Chcieli działać, zrobili agroturystykę. Przyjeżdżali do nich głównie goście z Francji, Belgii, Niemiec.
– Gdzie tu Bydgoszcz?
– Już mówię. Zabierali gości do Chełmna, Torunia, Malborka, a kiedyś Holendrzy ich zapytali, a dlaczego nie do Bydgoszczy? Odpowiedzieli, że w Bydgoszczy nie ma co specjalnie pokazać. Pamiętali Bydgoszcz z czasów studiów. Postanowili jednak sprawdzić, czy warto pokazywać Bydgoszcz. Przyjechali i… zostali do rana. Spacerowali, przecierali oczy ze zdumienia, chodzili do rana. No i usłyszałem, że zakochali się w Bydgoszczy.
Okazuje się, że dopiero jak ludzie na własne oczy zobaczą miasto, to docenią Bydgoszcz. Mam nadzieję, że moje książki w tym pomogą. Ludzie ich szukają. Ktoś chciał wysłać album do Australii, ostatnio dowiedziałem się, że do Argentyny, żeby pokazać, jaka ta Bydgoszcz jest piękna.
– Z racji wieku pamiętamy długie lata, kiedy bardzo powoli wznosiły się operowe mury. Czy to budowa czwartego kręgu zainspirowała ciebie do pracy nad najnowszym albumem?
– Pamiętam występy operowe jeszcze w Teatrze Polskim. Nie wzbudzały mojego szczególnego zachwytu. Czasem jeździłem do opery w łódzkim Teatrze Wielkim. Szczególnym momentem był pierwszy Festiwal Operowy. Na próbę generalną, żeby zrobić zdjęcia, przyjechałem akurat z Poznania. W środku zamurowała mnie otaczająca sceneria: surowy beton, krzesła wypożyczone z wojska. Ktoś po latach mówił, że to były fotele kinowe, ale one trafiły tam później. Pierwsze były składane i rozstawiane krzesełka. Najpierw było wielkie zdumienie, ale od razu uruchomiła się we mnie dusza dokumentalisty. Przecież to jest początek. Trzeba robić zdjęcia! Zrobiłem zdjęcia z próby, ale zafascynowały mnie garderoby artystów, betonowe schody, przestrzeń za sceną. Ceglany orkiestron. Wtedy postanowiłem, że jak długo będę mógł, nawet jeśli redakcja nie będzie tym zainteresowana, to będę dokumentował to, co dzieje się w Operze Nova. Bo widziałem początek. A później, już z latami, weszło mi to w krew. Robiłem zdjęcia podczas kolejnych etapów budowy. Wtedy nie było jeszcze dronów, zdjęcia z góry robiłem ze śmigłowca i samolotu. Dziś trudno to sobie obie wyobrazić. Później były kolejne festiwale, nowe wyposażenie. Pojawiły się marmury i wykładziny. Opera nabierała kształtów. Przez lata zaprzyjaźniłem się z tam fantastycznymi ludźmi: z Jarosławem Jeziorskim, kierownikiem działu technicznego; z Jarosławem Gamszejem, szefem sceny oraz z Robertem Chojnackim, kierownikiem działu promocji i obsługi widzów. On organizuje widownię. Nieprawdopodobna praca. Jak to się dzieje, że opera gra prawie zawsze przy komplecie widzów?! Robiłem zdjęcia również podczas wyjazdów zespołu operowego. W Teatrze Wielkim wystawili spektakl operowy „Zniewolony umysł”. Na widowni warszawska śmietanka, ludzie z pierwszych stron gazet i owacje na stojąco. Tu refleksja, często sami nie wiemy, co mamy w Bydgoszczy! W 2016 roku w Operze Leśnej w Sopocie zespół Opery Nova wystawił „Barona cygańskiego” i tam poznałem tajemnicę Roberta Chojnackiego. Po spektaklu kolejne grupy widzów prosiły mnie, żebym robił im zdjęcia z Robertem. Okazało się, że do bydgoskiej Opery przyjeżdżają autobusami ludzie z całej Polski północnej! W sopockiej operze zrobili nieprawdopodobną atmosferę. Powtórzę, po raz kolejny przekonałem się, że nie zawsze w Bydgoszczy zdajemy sobie sprawę z tego, co mamy.

Urszula Guźlecka z dyrektorem Maciejem Figasem przed premierą opery „Turandot”/ Fot. Marek Chełminiak
– Czekam, aż w opowieści pojawi się Maciej Figas, który był i jest siłą napędową tej instytucji.
– Maciej Figas jest człowiekiem na miarę Andrzeja Szwalbego albo i wyżej. To wszystko dzięki jego uporowi. Nie tylko zbudował operę, ale zapewnił jej wysoki poziom, z którego zespół nie schodzi. Możemy być z niego dumni.
– Co zainspirowało cię do pomysłu z albumem o operze?
– Czegoś szukałem w swoim archiwum i natrafiłem na stare zdjęcia z operowej „betonozy”. Pani Elżbieta Penderecka z dyrektorem Figasem na ceglanym tle, Ulka Guźlecka z dyrektorem Figasem w orkiestronie. Ula (wieloletnia dziennikarka TVB przyp. red.) relacjonowała wszystkie festiwale operowe. I coś zaczęło mi chodzić po głowie. Książka o operze? No nie. Ale mam zdjęcia nie tylko z budowy, ale z wszystkich spektakli, nawet z zawieszania nowej kurtyny czy instalowania nowych foteli! Wszystko dokumentowałem. Także podpisanie aktu erekcyjnego czwartego kręgu. Pomyślałem, że to się nie może zmarnować. Ula zareagowała bardzo pozytywnie na moją propozycję książki. Wiemy, że jest z tym dużo pracy, ale pomysł jest nieprawdopodobny. Ula zaproponowała, żeby do pisania tekstu włączyć dyrektora Figasa znającego operowe zakamarki oraz operową publicystkę Barbarę Mielcarek-Krzyżanowską.
– Jak wyglądało spotkanie z dyrektorem Figasem?
– Najpierw spojrzał na mnie zdumiony. Powiedziałem, że to jedyna okazja zrobienia czegoś, co po nas zostanie. Artystycznego albumu z dużą ilością zdjęć, pokazaniem naszych wielkich artystów. Mam nadzieję, że wyjdzie z tego historia opery w czterech kręgach. Dyrektor po namyśle zgodził się bez żadnych zastrzeżeń.

– „Historia Opery w czterech kręgach”? To jest dobre na tytuł!
– Zaproponowałem, żeby to poszło do druku dopiero po sfotografowaniu pierwszego przedstawienia w czwartym kręgu. Zredagowana książka będzie czekała w Wydawnictwie „Pejzaż” na ostatnie zdjęcia, by zamknęło się koło historii.
– Jak tak doświadczony fotoreporter patrzy na zdjęcia Bydgoszczy zamieszczane w mediach społecznościowych?
– Fotografowanie było zawsze marzeniem wielu ludzi. Pamiętam czasy fotografii analogowej. Ona wymagała dużo większej wiedzy i drogiego sprzętu. Dziś niektórzy robią fajne zdjęcia telefonami, tylko problemem jest później skierowanie takiego zdjęcia do druku, ale do internetu te zdjęcia są przepiękne. Często poprawione już przez sztuczną inteligencję. Teraz nie trzeba myśleć o rzemiośle, tylko o artystycznych uniesieniach. Oglądam zdjęcia Zosi Ruprecht, Justynki Szelągowskiej – robią fantastyczne zdjęcia i też wydały pierwsze, drukowane albumy! To również chluba dla miasta. Te zdjęcia rozchodzą się na cały świat. Nie tylko tak, jak moje albumy, choć ja się ich staroświecko trzymam. Internet jest pewną ulotnością, a książka – album pozostanie z nami na dłużej.
– To może na koniec jakaś ciekawostka z opery.
– Zostałem poproszony o zdjęcia artystów operowych w strojach i oni, jako mozaiki, pojawią się na dole, w garażu czwartego kręgu. Coś ze mnie zostanie w operze. I nie pytaj mnie o kolejne albumy. Mam swoje lata i duże archiwum. Np. zdjęcie byłej rzeźni z lotu ptaka, gdzie dziś jest tam Focus. To są fajne zdjęcia. Odkryłem też historyczne już fotografie z bydgoskich zakładów: taśmę produkcyjną w Jutrzence czy stare slajdy z Eltry.
Zapisz się na newsletter „Bydgoszcz Informuje”!


