Dawid Sobiech / Fot. B. Witkowski/UMB
– Kupowanie i odkrywanie historii poszczególnych staroci kręci mnie najbardziej – mówi antykwariusz Dawid Sobiech ze Sklepu ze Starociami.
Roman Laudański: – W biznesie kolekcjonerskim pomaga przypadek, czy może bardziej oko?
Dawid Sobiech, właściciel Sklepu ze Starociami przy ul. Nakielskiej: – Kiedyś zaproszono mnie do opróżnianego mieszkania, w którym przede mną było już dwóch antykwariuszy. Jako trzeci w kolejce nie robiłem sobie wielkich nadziei i nie liczyłem na żadne rarytasy. Coś tam kupiłem, a przed wyjściem spojrzałem jeszcze na stertę talerzy. Jeden zwrócił moją uwagę czymś szczególnym, bo zawsze jest to „coś”. Coś innego niż popularny talerz np. z Chodzieży. W stercie talerzy wypatrzyłem ładny talerz z pięknym motywem, kupiłem go. Ciekawiło mnie, skąd pochodzi, szukałem sygnatury, jakaś była, ale nieczytelna. Dzięki Obiektywowi Google na podstawie malatury talerza udało się znaleźć zdjęcia z katalogu porcelany w Korcu (dzisiejsza Ukraina). A Korzec – tłumaczę – to biały kruk polskiej porcelany. Najlepsze, co może być z Polski. Tylko sygnatura talerza nie była z Korca. I co teraz? W Muzeum Zamku Królewskiego w Warszawie pracuje ekspertka od porcelany z manufaktury w Korcu. Wysłałem zdjęcia, odpowiedziałem na pytania i okazało się, że ten talerz był pierwowzorem dla talerzy z Korca. Został wyprodukowany w XVIII wieku przez fabrykę Derby z Anglii. W tamtym czasie manufaktury kopiowały swoje wzory, to nie było zabronione. Mój talerz został wyprodukowany dwadzieścia lat przed Korcem z identyczna malaturą! Może trochę delikatniejszą niż późniejszy Korzec. Muzeum Zamku Królewskiego kupiło talerz, żeby na wystawie porównać naśladownictwo manufaktur europejskich.
– Czyli pana pasja to nie tylko kupno starej rzeczy, ale poznanie jej historii.
– To jest najfajniejsze. Sprzedaż już tak mnie nie kręci jak kupowanie i odkrywanie historii poszczególnych staroci.
– W czasach nowoczesnego dizajnu ktoś jeszcze interesuje się starociami?
– Oczywiście, że lubimy i szukamy początków prawdziwego dizajnu, który dla jednych był w latach 60. XX wieku, dla innych w latach 20., a jeszcze inni szukają wzornictwa z XIX wieku. Od lat zbieraliśmy z ojcem porcelanę i różne starocie. Zaczęliśmy się tym interesować i pasja przerodziła się w biznes.
– Co w tej chwili jest modne na rynku staroci? Czego ludzie szukają? Czy np. nadal jest modny fajans z Włocławka i Bolesławca?
– Można powiedzieć, że stare przedmioty mają swój czas świetności, większego zainteresowania klientów. Niedawno było jeszcze popularne polskie szkło ząbkowickie (z Huty Szkła Gospodarczego „Ząbkowice” – działającej w latach 1884–2002 w Ząbkowicach). Produkcja polskich projektantów z około lat 60. Moim zdaniem trochę już zainteresowanie tymi wyrobami ucichło. Jednak dobre pozycje kolekcjonerskie ciągle są cenione i poszukiwane. No i od razu znajdują nabywców. Na portalach aukcyjnych jest dużo np. wazonów, a czasami, raz na rok, pojawia się wyjątkowy przedmiot, który znika za kosmiczną cenę. Charakterystycznym towarem huty ząbkowickiej są szklane kury w trzech wymiarach. Białe są często spotykane, a rzadkie są w kolorze rubinowym. Jeśli biała kura kosztuje ok. 150 zł, to rubinowa 2,5 tysiąca złotych. To są „smaczki” kolekcjonerskie.
Nie jestem fanem takiego szkła, bo to masowa produkcja i słaba jakość, ale stały się kolekcjonerskie.
– W czasach PRL-u bardzo modne były kryształy. A dziś?
– Internet jest pełny informacji, że wróciła moda na kryształy i trzeba za nie słono zapłacić. Tak nie jest. Kryształy są drogie, ale te przedwojenne, XIX-wieczne. Mówimy o przedmiotach kolekcjonerskich. Dziś kupuje się kryształy, ale użytkowe: duże wazony, kieliszki do wina. Nie ma zainteresowania dużymi koszykami i łódeczkami kryształowymi, które kiedyś były bardzo popularne. Nie są wartościowe, nie znajdują nabywców.
– Co kształtuje rynek?
– Trochę media tradycyjne i społecznościowe. Nadmuchiwane są przedmioty, których jest dużo, że są ciekawą propozycją do zbierania. Pewnie ktoś ma w tym interes.
Jest grupa kolekcjonerów kupująca rzadko, ale wyszukane rzeczy. To najlepszy sort kolekcjonerów wiedzących co i gdzie szukać, mających swoje kontakty. Dzięki nim wyjątkowy przedmiot nawet nie trafia na półkę sklepową, a bezpośrednio w ich ręce. Nie zrobi się na tym medialnej bańki, bo nie ma licznej bazy przedmiotów. Co innego, kiedy czegoś jest dużo i można zrobić z tego kolekcjonerstwo.
– Mówiliśmy o szkle, kryształach, a co z np. z mosiężnymi wyrobami?
– Mów: metal, a czytaj: palter, czyli metalowych przedmiotach pokrytych warstwą srebra. Ludzie zbierają wszystko, nawet największe głupoty, ale dobrzy kolekcjonerzy zbierają plater i srebro. Polskie przedwojenne platery od Norblina, Frageta, braci Buch, Henneberga, (fabryki wyrobów platerowanych). Wśród kolekcjonerów najbardziej poszukiwane są wyroby z okresu secesji i art deco. To półka porządnych kolekcjonerów. Jeśli dobry przedmiot powojenny czy międzywojenny Frageta np. cukiernica kosztuje tysiąc złotych, to ta sama cukiernica, tej samej firmy tylko wcześniejsza o dwadzieścia lat z czasów art deco – trzy, a nawet pięć tysięcy. A jeśli projektant, projektantka tej cukiernicy byli dobrzy, to i dziesięć tysięcy. Mówimy o wyrobach tej samej firmy i w podobnych latach, ale jest dizajn, dobry projektant, podpis…
-… i są odbiorcy?
– Oczywiście! Im droższe, im rzadsze, tym lepsze. Cena idzie w górę.
– To forma obcowania ze sztuką, a może lokaty kapitału?
– Obcowanie z najwyższą sztuką jest podstawą kolekcjonerstwa. Jeśli w kupowaniu rzeczy nie kierujemy się ich urodą, to nie ma sensu. Prędzej czy później rynek zweryfikuje nasze zakupy i co z tego, że kupowaliśmy, bo było drogie, jak nam się nie podoba? Za chwilę nie będzie się podobać wielu i ceny spadną. Oczywiście lokata kapitału może być jednym z wielu wytłumaczeń zakupów. Kolekcjonujemy to, co nam się podoba.
– A co z numizmatyką, starymi monetami?
– To inny dział kolekcjonerstwa, sklepów i domów aukcyjnych. Nie moja bajka. Ja raczej koncentruję się na odznaczeniach i artefaktach wojskowych, militariach – szablach, bagnetach, militariach z II wojny światowej.
– Chcemy przysłowiowej szabli po przodku nad kominkiem?
– Może nie aż tak, ale każdy tworzy i chce odbudować historię swoich przodków. Gdzieś był medal po dziadku, ale jakiś wujek go zgubił czy sprzedał dwadzieścia lat temu, a teraz klienci szukają i chcą kupić taki sam. To jest możliwe, oczywiście już bez dokumentów wystawionych na dziadka.
– Miał pan takie historie?
– Oczywiście! To bardzo częsty schemat kupowania pamiątek żołnierskich. Mam klientów kompletujących mundury, stawiających manekiny ubrane w wojskowe mundury wraz z oprzyrządowaniem z danego okresu historycznego, np. powstania wielkopolskiego. Obok stawiają manekin ubrany w mundur pruski czy niemiecki.
Ludzie zbierają różne rzeczy, np. kapsle do piwa. Za powojenne płaci się niewielkie pieniądze, ale za jeden przedwojenny kapselek można uzyskać kilka tysięcy złotych.
– W sklepie ma pan również obrazy i grafiki.
– Możemy patrzeć na obraz, grafikę pod względem wizualnym, dekoracyjnym lub na nazwisko malarza. Mamy takie i takie. Ceny większości weryfikuje nazwisko. Im lepsze nazwisko malarza, tym wyższa cena i łatwiej dzieło sprzedać.
– Dziś odchodzimy od sprawdzania czasu na zegarkach lub preferujemy wielofunkcyjne smartwatche.
– A jednak stare naręczne zegarki cieszą się zainteresowaniem. Każdy, kto czuje trochę klimatu, chce wrócić do przeszłości, chce mieć mechaniczne serce na dłoni. Bywa, że ojciec kupuje mechaniczny zegarek synowi, taki sam, jaki on miał w młodości, ale i młodzi ludzie szukają ciekawych zegarków na rękę.
– Przepraszam, w mojej młodości były radzieckie zegarki na rękę.
– Wszystko zależy od budżetu, ale i takie są poszukiwane. Są kolekcjonerzy konkretnego modelu radzieckiego zegarka, bo zbierają tylko Polioty de luxe lub tylko Komandirskie. Inni zbierają zegarki z całego przekroju.
– Ma pan inne ciekawe historie związane z przedmiotami?
– Trafił do mnie znaleziony na strychu przedwojenny sztandar cechu rzemiosł kowalskich wykonany w Wielkopolsce w 1923 roku. Drzewiec z głowicą sztandarową, mocno zniszczone płótno, ale znalazł się nabywca – sztandar trafił do prywatnego kolekcjonera, który zajmie się renowacją. Niestety, muzeum nie zdążyło go kupić. Dziś muzealne procedury są długie, a placówkom brakuje pieniędzy za zakup. Kiedy muzeum odezwało się po kilku tygodniach – sztandar już był sprzedany.
– Ma pan więcej takich historii?
– Kiedy jestem proszony do opróżniania mieszkań po śmierci lokatorów zdarzyło mi się kilkukrotnie znaleźć coś ciekawego. Np. woreczek ze złotą biżuterią ukryty w pianinie, o którym nie wiedzieli spadkobiercy. Najczęściej klienci sami tego szukają, to jest ich dreszczyk emocji.
Kiedyś w klepie z używanymi rzeczami poza Bydgoszczą zauważyłem na półce wyjątkową butelkę o nietypowym kształcie. Wyceniono ją na kilkadziesiąt złotych, ale miała ładny wzór wygrawerowany w szkle. Kupując nie byłem świadomy, co kupuję. Rodzaj szkła i wykonanie sugerowało, że jest przedwojenna. Był na niej wygrawerowany herb. Zdecydowałem się ją kupić zakładając, że coś na niej zarobię. Później okazało się, że została wyprodukowana w XVIII wieku w polskiej hucie szkła Naliboki (dzisiejsza Białoruś). Okazało się, że na butelce z kolorowego szkła wygrawerowane są szlacheckie herby. Mój egzemplarz był trzecim znalezionym w Polsce! Tylko dwie takie butelki są w muzeach. Prawidłowa nazwa butli to flasza puzdrowa na alkohole przewożona w skórzanych sakwach w dyliżansach. W tamtych czasach szkło było drogie, a już kolorowe szkło było praktycznie niedostępne i zarezerwowane było wyłącznie dla rodów szlacheckich z najwyższej półki. Nie poznałem całej historii, dla kogo była zrobiona. Trafiła na aukcję i nabywca zapłacił za nią kilkadziesiąt tysięcy złotych.
– Bywa, że czasami trafiają się rzeczy o nikłej wartości?
– Zdarza się, każdemu wyceniam przyniesione przedmioty, staram się uczciwie zapłacić, żeby obie strony były zadowolone.
– Najdziwniejsze rzeczy do zbierania?
– Kolega zbiera mechaniczne lub na prąd maszyny liczące. Nie ma wielu kolekcjonerów maszyn liczących już lepiej jest z maszynami do pisania, które cieszyły się większą popularnością i są ciekawsze. Ludzie zbierają np. żaby w różnych formach – rysunek, figurka, cokolwiek. Mam panią, która zbiera przedmioty z motywem maka. Ludzie zbierają dzwonki. Wszystko zbierają. Kolega zbiera wtyczki, włączniki, kontakty, gniazdka wyprodukowane przed wojną przez fabrykę inżyniera Stefana Ciszewskiego w Bydgoszczy.
– Kiedyś była moda na zbieranie znaczków pocztowych, które dziś nie cieszą się zainteresowaniem.
– Nie znam grona filatelistów – kolekcjonerów, ale rzeczywiście znaczki pocztowe straciły na wartości. Dobre, najrzadsze pozycje ciągle są w cenie, ale te wszystkie, kolorowe z czasów PRL-u, to raczej kiepska sprawa. Kiedyś na pocztach były abonamenty, wiele osób zbierało znaczki, ale w tej chwili nie znam na nie klientów.
– A czy po historii niemieckich mieszkańców Bydgoszczy zostało jeszcze dużo rzeczy?
– W każdej wielopokoleniowej rodzinie, w każdej kamienicy zawsze coś zostanie. Dokumenty niemieckie, ausweisy, butelki z napisem „Bromberg” z browaru braci Brauer. Porcelana np. z Hotelu Pod Orłem. Kolekcjonersko ciekawsza. Także przedwojenne opakowania po słodyczach, herbatach.
– Branża kolekcjonerska przetrwa?
– Myślę, że tak, nawet jeśli skończy się jakaś grupa towarów np. rynek mebli biedermeierowskich czy minie moda na kury ząbkowickie, o których rozmawialiśmy, to może pojawić się moda na przedmioty z pierwszej produkcji z IKEI. Te meble już są kolekcjonerskie. Wczesna IKEA jest bardzo droga i kolekcjonerska. Jeśli mogę coś radzić, to w przypadku ostatniego dziesięcio- i dwudziestolecia zbierajmy przedmioty dobrej jakości. Jakość przetrwa w zalewie bylejakości. Oferuję klientom rzeczy dobrej jakości. Przetrwały próbę czasu, próbę użyteczności, estetyki. A przecież nie wszystko przetrwało, np. meblościanki…
-…które stały kiedyś w każdym mieszkaniu.
– Były słabej jakości, dlatego nie przetrwały. Zdarzają się meble kolekcjonerskie ze szlachetnego drewna tekowego, mahoniu, najczęściej produkcji skandynawskiej. To są lata 60. i 70.
– A meble z PRLu, z Bydgoskich Fabryk Mebli projektowane jeszcze przez Stanisława Lejkowskiego?
– To jest jakość, dobry projekt i drewno. Wszystko się broni. Dobre projekty przetrwały i ciągle są poszukiwane.
– Skąd pochodzą starocie? To znaleziska z piwnic i strychów, z jarmarków, pchlich targów?
– Zajmuję się głównie skupem lokalnym, tym, co klienci przynoszą do sprzedania. Jestem zapraszany do opróżniania mieszkań podczas likwidacji po zmarłym czy podczas przeprowadzek. Jeździłem po jarmarkach staroci, szukałem niedocenionych przez innych perełek. Czasami wyjeżdżam po towar do Skandynawii.
– Ma pan coś, czego nie udało się sprzedać przez lata?
– (śmiech) Wszystko! To co przychodzi dobre i świeże szybko się sprzedaje, a to, co zostaje jest na wyposażeniu i czeka na nabywców.


