Sokół z Bydgoszczy – Alojzy Więckowski. Człowiek, który nie bał się życia

Alojzy Więckowski i syn Adam – podczas rodzinnego wyjazdu / Archiwum rodzinne

– Ojciec znalazł się w 1939 roku w stalagu. Miał chyba szczęście, bo jako znany członek Sokoła mógł trafić w Bydgoszczy na listę do rozstrzelania w Dolinie Śmierci – mówi Adam Wienckowski. Jego ojciec Alojzy Więckowski to jeden z najwybitniejszych polskich sportowców okresu międzywojennego.

– Zacznijmy od tych różnie zapisanych nazwisk, bo to zawsze dziwi, ale to wina niemieckich urzędników. Raz pisali tak, a innym razem inaczej – opowiada Adam Wienckowski. Jego tata, rocznik 1909, przeżył dwie światowe wojny. Był świadkiem i aktywnym uczestnikiem budowania polskiej Bydgoszczy, a po 1945 roku przez wiele lat działał jako sportowiec i potem trener.

Polski Sokół z Bydgoszczy

– Był przede wszystkim Sokołem. Polskość zawsze w nim mocno tkwiła – wspomina Adam Wienckowski.

Jego ojciec urodził się na bydgoskim Czyżkówku, które w 1909 roku znajdowało się jeszcze poza granicami miasta. Jeszcze jako nastolatek zapisał się do Towarzystwa Gimnastycznego Sokół. Silny i rosły, utalentowany ruchowo zaczął trenować rzut młotem. Stał się najwybitniejszym polskim lekkoatletą w tej konkurencji w okresie międzywojennym. Adam Wienckowski ma całą kolekcję dyplomów swego taty dokumentujących sukcesy. Jeden z najwcześniejszych pochodzi z 1928 roku. Alojzy Więckowski miał wtedy 19 lat. Czytamy w nim, że jako sportowiec Sokoła I z Bydgoszczy wygrał 9 września zawody międzyokręgowe Poznań-Pomorze w rzucie młotem. Osiągnął wówczas 27,11 metra.

Swoje wyniki szybko poprawiał. W 1929 roku został mistrzem Polski po raz pierwszy. Złote medale w rzucie młotem zdobywał jeszcze w 1933, 1934 i 1935 roku, a także nawet po wojnie – w 1946. Zostawał wicemistrzem kraju w latach 1932 i 1948, a brązowe medale miał w 1936, 1937 i 1947 roku. Był absolutnym liderem tej lekkoatletycznej konkurencji w kraju. Dziewięciokrotnie ustanawiał nowe rekordy Polski w rzucie młotem, od wyniku 35,19 m uzyskanego 9 czerwca 1929 roku w Toruniu, aż do rezultatu 41,85 m, który osiągnął 13 października 1935 roku w Bydgoszczy. Był także pierwszym Polakiem, który rzucił młotem ponad 40 m. Niestety nie udało mu się wystartować na igrzyskach olimpijskich w Los Angeles (1932) i Berlinie (1936).

A potem wybuchła wojna. Alojzy Więckowski walczył w obronie Warszawy. Po wrześniu 1939 roku, pojmany do niemieckiej niewoli, znalazł się w stalagu. – Miał chyba szczęście, bo jako znany członek Sokoła mógł trafić w Bydgoszczy na listę do rozstrzelania w Dolinie Śmierci. Potem tata razem z mamą zostali wywiezieni na roboty do bauera w okolicach Drawska Pomorskiego. Ojciec nie miał źle. Przydał się jego talent do majsterkowania. Pamiętam, że zrobił nam dzieciakom żłobek, który się obracał. Świeczki wstawione, skrzydełka, figurki. Szafki i wieszak w moim mieszkaniu to wszystko jego dzieło. A bauer zobaczył, jakie piękne intarsje wykonuje i potem je dla niego robił. Ale rodzice przeżyli na robotach tragedię. Mama poroniła. Spadła z drabiny i zamiast się martwić o dziecko próbowała prostować pokrzywione wiadro, bo bała się co Niemiec powie – opowiada syn.

Bydgoszczanin z Pomorskiej 14

Po II wojnie Alojzy Więckowski z żoną wrócili do Bydgoszczy. Zamieszkali przy Pomorskiej 14. – Toaleta była w podwórzu. Sąsiedzi się śmiali, że można było zegarek ustawiać, jak ojciec z niej korzystał. Był bardzo uporządkowany. W niedzielę zawsze na szóstą do kościoła na Plac Wolności. Zjadł śniadanie i już go nie było – wspomina Adam Wienckowski.

Pracował na kolei, w Zakładach Naprawczych Taboru Kolejowego, jako ślusarz. Zdążył jeszcze już jako zawodnik KKS Brda i niemal 40-latek zdobyć trzy medale na mistrzostwach Polski w rzucie młotem. W 1948 roku zakończył sportową karierę, ale ze sportem nie zerwał. – Ojciec sobie dorabiał jako trener gimnastyki akrobatycznej na Brdzie. Interesował się każdym sportem. Miał legitymację Zasłużonego Mistrza Sportu i darmowe wejście na wszystko. Chodziliśmy razem na Zawiszę, na piłkę, na żużel na Polonię i hokej na Torbyd. Do końca, jak tylko jeszcze mógł, jeździł na nartach na górkach w Myślęcinku. Sam je sobie zrobił, składane. Uszył pokrowiec i te narty złożone na pół wyglądały jak wędki – wspomina syn.

Alojzy Więckowski kochał życie i nie lubił marnować czasu. W niedziele wsiadał na rower i zbierał zioła. – Suszył je na strychu na Pomorskiej. Sam zrobił specjalne sita. Na Kujawskiej był skup ziół. Woził je tam i sprzedawał, żeby sobie dorobić. Jako dziecko jeździłem z nim na dziewannę. Rosły na wysypisku śmieci, gdzie teraz są Wiadukty Warszawskie. Pamiętam jak dziś – takie wysokie z żółtymi kwiatkami. Lipę zbieraliśmy z drzew na Placu Piastowskim. Podstawiało się drabinę. To był dochód. Jakoś się żyło – mówi Adam Wienckowski – Pamiętam, jak pojechaliśmy z moimi rodzicami i moimi przyszłymi teściami nad jezioro. I wtedy razem stanęliśmy na rękach. Do Myślęcinka jeździł nawet wtedy, gdy już się poruszał na wózku. Dwóch sąsiadów z Pomorskiej znosiło go na dół a ja zawoziłem dostawczakiem i tam spędzał czas. Przyroda, rower, sport to było jego życie – dodaje syn

Alojzy Więckowski zmarł w 1995 roku. Miał 86 lat. – Pół godziny przed śmiercią usiadł na szpitalnym łóżku, spojrzał na mnie i powiedział: Adam, ja umieram. A potem się uśmiechnął ostatni raz.

Zapisz się na nasz newsletter!

Udostępnij: Facebook Twitter