Michał Surówka jako Martin von Essenbeck w „Zmierzchu bogów” / Fot. B. Witkowski/UMB
Przed moim krzesłem na podłodze widniał fabryczny napis „High Explosives – Dangerous”. Słusznie. Bydgoski „Zmierzch bogów” jest jak wiązka dynamitu. Wybucha raz za razem.
Na swój ostatni spektakl w tym sezonie Teatr Polski zaprosił widzów do zabytkowego wnętrza Hali Pomp w Muzeum Wodociągów w Lesie Gdańskim. Postindustrialny obiekt był wnętrzem, w którym rozgrywał się dramat niemieckiej rodziny przemysłowców von Essenbecków, ich rodową siedzibą i wielką stalownią – źródłem bogactwa i potęgi, która staje w obliczu Hitlera i jego bezwzględnej III Rzeszy. O czym jest „Zmierzch bogów” wie każdy, kto obejrzał kultowy film Luchino Viscontiego. To opowieść o klęsce, rozpadzie, erozji rodzinnych więzi i wartości w obliczu konfrontacji z totalitarnym państwem III Rzeszy.
W bydgoskiej wersji w reżyserii Waldemara Raźniaka „Zmierzch bogów” dotyka także bolesnej polsko-niemieckiej historii naszego miasta. Najbardziej wyraziste jest to, kiedy Paweł L. Gilewski wypowiada fragmenty przemówienia Josepha Goebbelsa, które wygłosił w Bydgoszczy w grudniu 1939 roku. Postindustrialne wnętrze wprost także odnosi się do DAG Fabrik – niemieckiej fabryki materiałów wybuchowych w Bydgoszczy.
Akurat przed moim krzesłem na podłodze widniał fabryczny napis „High Explosives – Dangerous”. Słusznie. Bydgoski „Zmierzch bogów” jest jak wiązka dynamitu. Wybucha raz za razem. Spektakl ukazał skalę możliwości zespołu Teatru Polskiego, który niemal w całości pokazał się w tym przedstawieniu wspólnie z gościnnie występującymi Kamillą Baar (Sophia von Essenbeck), Aleksandrą Stosik i utalentowanymi studentami Akademii Muzycznej: Bruno Maciejewskim i Oskarem Ruppelem.
Autorka scenografii Barbara Guzik świetnie wykorzystała zabytkowe wnętrze. Nawet upał i bardzo wysoka temperatura panująca w Hali Pomp też się przydała – wszyscy poczuliśmy na własnej skórze „duszną” atmosferę lat 30. w Niemczech. Wielkim atutem spektaklu jest esencja teatru – gra aktorów. To oni, pod sprawną ręką Waldemara Raźniaka, nadają rytm przedstawieniu. Praktycznie każdy miał okazję do pokazania swoich możliwości. Wszyscy z niej skorzystali. To głównie dzięki nim przedstawienie jest jak „High Explosives”
Paweł L. Gilewski w roli SS-mana Aschenbacha, kuzyna von Essenbecków – był naprawdę przerażający. Kusił jak szatan – po cichu i budził grozę, zarówno wtedy gdy wrzeszczał, jak i wówczas, kiedy monotonnym głosem cytował przemówienie Goebbelsa.
Poruszający był monolog Marcina Zawodzińskiego (Herbert Thalmann) męża i ojca, którego żona i córki trafiły do obozu koncentracyjnego w Dachau. Michalina Rodak (jego żona Elisabeth) czarowała urokiem, arystokratyczną delikatnością. Poruszała rozpaczą, gdy błagała Aschenbacha o możliwość emigracji z Niemiec,
Świetny był Jerzy Pożarowski (Konstantin von Essenbeck) jako brutalny nazista, zdegenerowany członek SA i despotyczny, a przecież także kochający ojciec.
Największym atutem spektaklu była jednak rola Michała Surówki (młody Martin von Essenbeck, spadkobierca majątku) – dekadenckiego i znudzonego bogacza, podporządkowanego matce (w tej roli świetna Kamilla Baar), który pod wpływem Aschenbacha zmienia się w demonicznego i pozbawionego skrupułów człowieka w pełni oddanego brunatnemu totalitaryzmowi.
„Zmierzch bogów” to ostatnia w tym sezonie premiera Teatru Polskiego. Kolejny rozpocznie się od zapowiadanego na 2 października przedstawienia dla dzieci „Ronja, córka zbójnika”. A na koniec jeszcze cała lista pracowników TPB. Zasługują na uznanie.



