Dr Wojciech Szczęsny: Nie czuję się Bydgoszczaninem, ale lubię Bydgoszcz, bo stała się przepiękna

Dr hab. n. med. Wojciech Szczęsny, chirurg, autor książki „Szczęsnego wykłady z medycyny” Fot. R. Laudański/UMB

– Zawsze lubiłem pisać, podobno w liceum nieźle pisałem wypracowania. Po latach mogę się przyznać, że potrafiłem napisać dwa wypracowania kolegom z mniejszymi zdolnościami, a nauczyciel nie zorientował się, że pisała je jedna i ta sama osoba – mówi dr hab. n. med. Wojciech Szczęsny, chirurg, autor książki „Szczęsnego wykłady z medycyny”, twórca cyklu „Medyczna środa”, propagującego wiedzę medyczną.

Roman Laudański – Po latach w sali operacyjnej czuje pan doktor dziś zawodowe spełnienie?

Dr hab. n. med. Wojciech Szczęsny – Udany zabieg, wyleczenie pacjenta, to wszystko cały czas sprawia mi satysfakcję. Nie mam zbyt dużego mniemania o sobie. Oprócz dwóch książek, bo drugą właśnie kończę, piszę jeszcze eseje – engramy, które są śladem pamięci w mózgu. A jeśli chodzi o tytuły naukowe, to jestem przywiązany do cytatu z „Romea i Julii”. Julia mówi: „jesteś Monteki lecz to tylko nazwa, czy róża pod innym imieniem piękniej by pachniała”.

Nie chodzi o tytuły, tu dygresja. W czasach komuny mieliśmy rodzinę w Niemczech Zachodnich, w kryzysie przysyłali nam paczki żywnościowe. Pewnego razu ciocia przysłała nam budynie zachodnich firm, takich wtedy w Polsce nie było. Babcia nam je gotowała, a z opakowań wycinała kuponiki upoważniające do nabycia serwisu do kawy za połowę sumy. Znamy to dziś z promocji, ale wtedy to była dla nas nowość. Oczywiście kuponiki odsyłała siostrze do RFN. Po 45 latach przypomniałem sobie tę historię i stwierdziłem, że mam tyle napisanych prac naukowych, że mogę starać się o tytuł doktora habilitowanego. Mnie się udało, a czy ciotka kupiła serwis do kawy? Nie wiem.

– Skąd u pana doktora potrzeba pisania kolejnych książek?

– To kolejne cytaty z literatury. Pierwszy pochodzi z „Konrada Wallenroda” Adama Mickiewicza: „Płomień rozgryzie malowane dzieje, Skarby mieczowi spustoszą złodzieje, Pieśń ujdzie cało…” Z akcentem na „Pieśń ujdzie cało”. Kolejny, ulubiony cytat pochodzi z „Mistrza i Małgorzaty” Bułhakowa.

– Z pewnością: „Rękopisy nie płoną.”

– Oczywiście. W trzecim cytacie odnoszę się do starożytnych Rzymian którzy powtarzali: „To co zapisane – pozostaje”.

Zawsze lubiłem pisać, podobno w liceum nieźle pisałem wypracowania. Po latach mogę się przyznać, że potrafiłem napisać dwa wypracowania kolegom z mniejszymi zdolnościami, a nauczyciel nie zorientował się, że pisała je jedna i ta sama osoba. Później przez dziesięć lat byłem szefem rady programowej naszego pisma w Izbie Lekarskiej, a wcześniej pisałem artykuły na kontrowersyjne, wzbudzające emocje tematy, jak aborcja czy eutanazja. Później współpracowałem z „Wiadomościami akademickimi” i „Głosem uczelni” – to pisma UMK. Był to czas zainteresowań niezwykle ciekawą historią medycyny. W książce znalazły się także wykłady z popularnego od 2006 roku cyklu „Środa medyczna.” To opowieści z różnych dziedzin medycyny, także z chirurgii, na które oczywiście nadal zapraszamy z popularyzatorem nauki doktorem Markiem Jurgowiakiem.

– Przypomnę, że to pan profesor jest pomysłodawcą tego cyklu.

– Przeniosłem później te wykłady na papier i publikowałem w „Wiadomościach akademickich” i „Primum”. Uznałem, że są ciekawe i tak powstał pierwszy tom pt. „Szczęsnego wykłady z medycyny”. Tytuł – przyznaję – nieskromny, ale nawiązujący do książki Richarda Feynmana, genialnego amerykańskiego fizyka, autora trzytomowej książki „Feynmana wykłady z fizyki”. Mój drugi tom będzie miał już skromniejszy tytuł: „Drugie wykłady z medycyny”.

– Pan Bydgoszczanin?

– Torunianin, ale nie wiem, czy mogę się do tego przyznać…

– Jest pan absolwentem świetnego, czwartego liceum w Toruniu. Tam zapadła decyzja zostanę lekarzem? To tradycja rodzinna?

– Tata był stomatologiem, mama laborantką analityczną, starsza siostra też wybrała medycynę. No i jak tu nie rozmawiać o medycynie w domu? Decyzję podjąłem już w ósmej klasie. Wybrałem klasę biologiczno – chemiczną w IV LO. To liceum zawsze było dobre.

– Dobre jest do dziś.

– Przez całe życie miałem szczęście do nauczycieli. Dziś sam nim jestem i wiem, że oni dawali nam w liceum więcej niż wymagał program. Juliusz Domański, znakomity fizyk, pokazał nam książkę „Feynmana wykłady z fizyki”. Felicja Młynarczyk, nauczycielka biologii wychodziła poza program. Przychodzili do nas także studenci biologii z UMK. Chodziliśmy do lasu na wyprawy z rozpoznawaniem roślin czy obozy biologiczne. Oni nas ukształtowali. Dzięki takim ludziom zrozumiałem, na czym polega świat. I to w czasach komuny. Maturę mieliśmy w ważnym dla Polski roku 1980. Co by nie mówić o szkole tego okresu, była ona na tyle dobra, że poziom biologii, fizyki, chemii był taki, że dziś nikt mnie nie przekona, że ziemia jest płaska, a szczepionki nie działają. W 1980 roku dostałem się na medycynę do Gdańska i czekały nas praktyki zerowe.

– Do wyboru miał pan doktor medycynę w Poznaniu lub Gdańsku.

– W sierpniu 1980 roku studenci w ramach praktyk roku zerowego pracowali jako sanitariusze, a studentki jako salowe. Stacja Gdańsk Stocznia znajduje się obok Akademii Medycznej. 14 sierpnia 1980 roku po pracy postanowiłem pojechać na plażę do Sopotu. Na przystanku Gdańsk Stocznia minął mnie człowiek niosący obraz Matki Boskiej o wymiarach półtora metra na dwa. Tamten obraz (pamiętajmy że mówimy o głębokiej komunie) porównałbym do pojawienia się w drzwiach tej przemiłej kawiarni Marsjanina, który czystą polszczyzną zamówiłby kawę. Zapytałem człowieka z obrazem: co się dzieje? Odpowiedział: „O, proszę pana, Gierka obalają. Jest strajk”. Na plażę już, oczywiście nie pojechałem. Dziś na filmach z tamtego czasu wypatruję swojej głowy w tłumie pod bramą stoczni. W niezamierzony sposób stałem się świadkiem historii.

– W liceum był pan świetnym humanistą, a jednak wybrał pan medycynę? To się kłóci czy dopełnia?

– Dopełnia! Pomyślałem sobie wtedy, że jeśli nie dostanę się na medycynę, pójdę na prawo. Z historii też byłem dobry, uczył mnie świetny nauczyciel Witold Wojdyło, który później był nawet prorektorem UMK. Z nauczycieli, których nazwiska wymieniłem, budowałem moje późniejsze nauczanie studentów. Dziś, kiedy mamy jakieś skargi pacjentów, to mój szef mówi: „Wojtek, weź napisz”. Powiem nieskromnie, mam pióro polemiczne, dzięki temu chwalą mnie później w szpitalu.

– To polemiczne piórko prezentuje pan profesor również w mediach społecznościowych.

– Być może byłbym również nie najgorszym adwokatem czy prokuratorem? Nie wiem.

– W którym momencie pojawiła się myśl: zostanę chirurgiem?

– To przez politykę. Chirurgia zawsze mi się podobała. Chciałem wybrać coś zabiegowego. Generał Jaruzelski wprowadził stan wojenny, który zastał mnie w Gdańsku. Zajęcia zostały zawieszone, wróciłem do Torunia, aż pojawia się informacja, że studenci zimą powinni odrobić letnie praktyki. Udałem się do najbliższego mi Specjalistycznego Szpitala Miejskiego przy Batorego w Toruniu. Pani w kadrach zapytała, czy chcę iść na ortopedię, czy na chirurgię? Wybrałem oddział chirurgii dr Alfreda Arendta. Tak zaprzyjaźniłem się z tym oddziałem, że od drugiego roku w każde wakacje pomagałem starszym kolegom przy operacjach. Wtedy nazywało się to „trzymaniem haków”. Dziś, w epoce wideochirurgii byłaby to pewnie kamera laparoskopu. Po czwartym roku zrobiłem tam mój „pierwszy samodzielny wyrostek”.

– Pamięta pan swoją pierwszą operację? Wtedy jeszcze cięło się pacjentów?

– Musimy obalić pewne mity, tnie się i dziś. Obecnie z wyboru robimy wyrostki laparoskopowo, ale zdarza się, że przy komplikacjach trzeba ciąć w klasyczny sposób. Moją przygodę zaczynałem od chirurgii klasycznej. Tak bardzo związałem się z oddziałem toruńskiego szpitala, że chciałem tam pracować. Na piątym roku zdawaliśmy egzamin z chirurgii. Byłem członkiem Koła Chirurgicznego, pisaliśmy pierwsze prace naukowe. Moim kierownikiem był wtedy prof. Zygmunt Mackiewicz, postać bardzo znana. Wystarczy się przejść na Plac Wolności i siąść na ławeczce obok niego. Prof. Mackiewicz po egzaminie powiedział mi: „Kolego, widziałbym pana w gronie swoich asystentów”. Dobrze, że siedziałem! Pomyślałem, że drugiej takiej propozycji to ja w życiu już nie usłyszę. I zostałem.

– I tu pojawia się Bydgoszcz?

– Jeszcze szósty rok studiów, staż, mieszkałem już w bydgoskim akademiku przy Powstańców Wielkopolskich. Pracowaliśmy w szpitalu, który jeszcze nazywał się XXX-lecia PRL, czyli w obecnym Bizielu. Wtedy trwał remont szpitala Jurasza.

– Jak panu, Torunianinowi smakowała tamta Bydgoszcz?

– Nie smakowała, ponieważ była brzydka, szara i bez wyrazu. Wtedy nazwałem miasto „mniejszą Łodzią”.

– Przepraszam, niedawno rozmawiałem z prof. Jawieniem, który podzielił się swoją refleksją m.in. na temat ulicy Dworcowej z tamtych lat….

– Za komuny miasto wyglądało okropnie. Ponadto kłopoty aprowizacyjne nie wpływały na miłość do miasta. Starsi czytelnicy doskonale to pamiętają. Nie czuję się Bydgoszczaninem, ale lubię Bydgoszcz, bo stała się przepiękna. Mam tutaj wszystko: rodzinę, przyjaciół, pracę. Bydgoszcz jest moim miastem, ale do Torunia czuję niezwykły sentyment. Okresem, który najbardziej mnie ukształtował było liceum w Toruniu. W tym wieku człowiek dojrzewa, rodzą się pierwsze uczucia…

-…o dziewczyny nie zapytam.

– To dobrze, bo musielibyśmy posiedzieć tutaj do wieczora, a nawet do rana (śmiech).

– Czy pana zdaniem Toruń również „odpalił” jak Bydgoszcz ze zmianami?

– Jeśli chodzi o szybkość i rozległość zmian, to Bydgoszcz w tym przoduje. Toruń miał rocznicę kopernikańską, zainwestowano pieniądze, chociaż więcej było w tym pacykowania frontu kamienic. Tylko materia toruńskich kamienic jest taka, że tam się nie da dużo zmienić. W Bydgoszczy dało się odnowić zdecydowanie więcej kamienic, choć wiele jeszcze czeka na remonty. Bydgoszcz poznałem, pracując w pogotowiu ratunkowym.

– Ile lat jeździł pan profesor w pogotowiu?

– Siedem lat. Najpierw w tzw. normalnej karetce, później w wypadkowej.

– To się pan doktor napatrzył…

– Na ten temat także moglibyśmy przeprowadzić oddzielną rozmowę. Do dziś mijam domy, w których miałem pacjentów z najróżniejszymi przypadkami. Patrzyłem, którędy jedziemy. Poznałem wszystkie uliczki Błonia czy Szwederowa. Z zamkniętymi oczami trafię dziś pod każdy adres. Szefem pogotowia był wtedy doktor Marian Geppert.

– Mówi się, że chirurgia to męski zawód.

– Młodszy kolega powiedział mi kiedyś, że najwięcej o chirurgii przepuklin dowiedział się nie z książek, tylko kiedy sam zaczął operować. W chirurgii mamy relację nauczyciel – uczeń. Miałem znakomitych nauczycieli, m.in. doktora Andrzeja Kapałę. Pokazali mi rzeczy, o których nie sposób przeczytać w książkach. Tego trzeba dotknąć. Chirurgia jest techniczna, pochodzi z rzemiosła. Kiedyś chirurdzy to byli cyrulicy, rzemieślnicy. Dziś do rzemiosła dochodzi nauka.

– I coraz nowocześniejsza aparatura.

– Na moich oczach rodziła się wideolaparoskopia. Z kolegami – prof. Wojciechem Zegarskim, prof. Stanisławem Dąbrowieckim na początku lat 90. pojechaliśmy do Poznania, gdzie oglądaliśmy pierwszą w Polsce operację laparoskopową. W tym składzie, w szpitalu Jurasza wykonaliśmy pierwszą laparoskopię, choć mnie przypadła rola kamerzysty. Teraz bardzo szybko wchodzi chirurgia robotowa.

– Prof. Jawień przypomina, że operacji nie robi robot, a chirurg za pomocą robota.

– Chirurgia to złożenie dwóch greckich słów: „ręka” i „działanie”. Czyli działam ręką. Czyli ręka chirurga nie odłącza się od pacjenta. Chirurgia robotowa jest prawie przewrotem kopernikańskim, ponieważ po raz pierwszy chirurg odszedł od pacjenta. Już nie stoi nad nim, tylko siedzi w kącie i obsługuje joysticki robota. Tylko nadal obsługuje je ręką.

– Skąd się wzięły medyczne roboty?

– Z taśm montażowych samochodowych fabryk, piszę o tym w drugim tomie. Tylko w fabryce ramiona robotów działają „na sztywno”. Każdy element kolejnego składanego samochodu jest w tym samym miejscu. Podobnie miały działać „na sztywno” pierwsze roboty wykorzystywane np. do operacji przysadki. Tylko nasze czaszki są różne, dlatego chirurg dostosowuje maszynę indywidualnie do każdego przypadku. Do tego dochodzi sztuczna inteligencja, która po przeanalizowaniu setek, tysięcy operacji robotowych potrafi zaznaczyć na zielono bezpieczny obszar, gdzie mogę preparować, a na czerwono niebezpieczny z ważnymi naczyniami i nerwami.

– Medycyna będzie częściej korzystać ze sztucznej inteligencji? Dostrzega pan tu jakieś zagrożenia?

– Nożem można kogoś zabić lub pokroić chleb. Ta zasada obowiązuje wszędzie. Podobnie jest sztuczną inteligencją.

– Z dostępnością pacjenta do lekarza jest chyba coraz gorzej?

– Proszę o to pytać polityków. Żaden kraj, nawet posiadający płytko położone pokłady złota, nie zapewni doskonałej opieki. To jak z horyzontem. Im jesteśmy bliżej, tym on się bardziej oddala. Teraz każdy chciałby być leczony na najwyższym poziomie. Wzrosły wymagania. Jeszcze 60-70 lat temu na głębokiej prowincji, kiedy umierał starszy człowiek, pytano: „A na co dziadek umarł?  Zżółkł, schudł, a na koniec krew mu się ustami rzuciła i umarł”. Dziś powiedzielibyśmy, że dziadek miał nieoperacyjnego raka wątrobowokomórkowego naciekającego na tętnicę krezkową. Dodatkowo pojawiło się krążenie oboczne w postaci żylaków przełyku itd. To jest różnica między medycyną sprzed lat a dzisiejszą. Może wtedy pacjenci mniej wymagali.

– Wtedy szybciej u dziadka pojawiłby się znachor, bo lekarze to może byli w miasteczku powiatowym.

– Dziś chcemy być dobrze leczeni, chociaż znachorzy też się zdarzają. Kiedy czytam niektóre porady w internecie, to resztki siwych włosów jeżą mi się na głowie.

– Jakoś łatwo przychodzi laikom wypowiadać się na tematy medyczne w internecie.

– Niestety, pojawiają się tam teorie spiskowe, że lek na raka został już dawno wymyślony, tylko lekarze to ukrywają, żeby firmy farmaceutyczne zarabiały na chemioterapii. To bzdura, ponieważ nigdy nie będzie jednego leku na nowotwór. Nowotwory są jak samochody – osobowe, ciężarowe, duże i małe. Czy ktoś, kto całe życie naprawia ciężarówki typu Kamaz będzie w stanie naprawić najnowsze BMW lub Porsche?! Właściciel Porsche będzie szukał pomocy w serwisie Porsche, a nie w warsztacie naprawiającym Jelcze. Niestety, pojawiają się lekarze głoszący różne teorie np., że dietą można zagłodzić raka. Podważa się celowość szczepień itd.

– Czy te część tych teorii spiskowych nie narodziła się podczas covidu?

– Przecież covidu nie było, jak twierdzą szarlatani, że to depopulacja zaplanowana przez Billa Gatesa, że wszczepiono nam chipy i za dwa-trzy lata umrzemy.

– Kiedy czytam pana wpisy w mediach społecznościowych, nie ukrywa pan wzburzenia.

– Czasami nie wytrzymuję i coś napiszę, choć później, zdarza się, że mam kłopoty z tego powodu. Czasem używam słów niezbyt parlamentarnych, ale uważam, że nazwanie tych ludzi „kretynami” to pochwała. Dzieje się coś nieprawdopodobnego. Każda śmierć sportowca, który przebiegł maraton, wsiadł na rower i przejechał 200 km, a potem przepłynął 50 km pod prąd, i umarł, to oczywiście nie przecenienie swoich sił, ale przez szczepienie na covid. Takie bzdury niektórzy wypisują. Jest łacińskie przysłowie: przeciwko sile śmierci nie ma ziela w ogrodzie. Wszyscy umrzemy. Obojętnie, czy do operacji zostanie wykorzystany robot, sztuczna inteligencja, najnowszy lek czy inteligencja chirurga. Nikt stąd nie wyjdzie żywy.

– Powtarza pan doktor na spotkaniach, że wszystkie rzeczy na świecie rozkładają się według krzywej Gaussa (wyniki skupiają się według średniej, a skrajne przypadki są rzadsze).

– Większość szczepionek działa i nie daje efektów ubocznych, ale zawsze, każde działanie medyczne, od operacji wycięcia trzustki razem z dwunastnicą, połową jelit, aż po najmniejsze nacięcie ropnia obarczone jest możliwością śmierci. Widziałem człowieka, który umarł po odjęciu paznokcia. Okazało się, że nie wiedział lub nie powiedział w wywiadzie, iż ma mocno wyczerpane serce i pozamykane prawie wszystkie naczynia wieńcowe. Doszedł do tego stres. Zabieg został przeprowadzony prawidłowo, ale kiedy się skończył, pan wstał, powiedział: dziękuję i umarł. Sekcja zwłok wykazała, że był to zawał.

Musimy się z tym liczyć. Powtarzam studentom: śmiertelność w zapaleniu wyrostka wynosi 0,1 procenta. Natomiast jeżeli będzie dotyczyła kogoś z naszej rodziny, to dla nas będzie to 100 procent.

Teraz modne są pasożyty. Nie jestem parazytologiem, ale myślę, że pasożyty nie stanowią teraz w Polsce żadnego zagrożenia. Owszem, dzieci mają owsiki, czasami glisty. Zdarzają się tasiemce, operujemy je. Bąblowiec lubi umiejscowić się wątrobie, ale to jest absolutny margines. A internet pełen jest bredni na temat odrobaczania i zupełnie przypadkiem trzeba się odrobaczyć preparatem, który jest reklamowany i sprzedawany. Jeśli ktoś zapyta, dlaczego tak drogo, to w odpowiedzi usłyszy, że ten, w przeciwieństwie do preparatów innych firm działa.

– Zdarzają się przypadki, które jeszcze robią na panu wrażenie?

– Kilka lat temu przyjęliśmy 45-letniego mężczyznę z nowotworem jelita grubego. W tym wieku zdarza się on rzadko, ale niestety jest bardzo agresywny. Kiedy rozpoznano raka, można było go wyciąć i człowiek dalej by żył. Tymczasem, choć był to pan z wyższym wykształceniem i z dużego miasta w naszym regionie, postanowił zagłodzić raka, bo mu to ktoś polecił. Pan miał wzrostu ponad metr osiemdziesiąt, a przyjęliśmy go z wagą 45 kilogramów! Wyglądał jak z filmów o obozach koncentracyjnych. Jego żona poprosiła, żebym nie pytał go dlaczego. Najpierw musieliśmy skierować go do ośrodka żywieniowego, tam spędził miesiąc, a później podjęliśmy próbę operacji. Rak już był rozsiany. Pacjent zmarł. A człowiek, który poradził mu tę „terapię” i sprzedawał jakieś „suplementy” prawdopodobnie wygrzewał się na egzotycznej plaży za jego pieniądze.

– Potworne, tylko – pomijając głupotę – zastanawiam się, ile jest w tym szukania nadziei.

– Oczywiście mamy wolność wyboru, tylko zwrócę uwagę na jedną rzecz. Leczenie tego człowieka na etapie wykrycia nowotworu kosztowałoby podatnika powiedzmy 100 tysięcy złotych. Leczenie w stadium, w którym do nas trafił, kosztowało nas pół miliona. Pytanie, kto powinien za to zapłacić? Czy pacjent palący papierosy, u którego wykryto by raka płuc, nie powinienem zapłacić za leczenie? Tak samo jest z alkoholem. Większość przypadków przeszczepów wątroby wynika z nadużywania alkoholu. Kto powinien za to zapłacić?

– Ile takich przeszczepów robicie rocznie?

– Około czterdziestu, wszystko zależy od odpowiedniego dawcy i biorcy, to cała logistyka.

– Większe zadowolenia ma pan z pracy w sali operacyjnej czy pisania artykułów przy biurku? Wiem, to pytanie, czy bardziej kochasz mamusię czy tatusia.

– (śmiech) Jedno łączy się z drugim. Nie napisałbym książek, gdybym nie był w sali operacyjnej i nie zrobiłbym wielu rzeczy w sali operacyjnej, gdybym nie czytał książek.

– Dziś studenci medycyny chcą być chirurgami?

– Okazuje się, że nie. Mamy przepaść pokoleniową. W tej chwili średnia wieku chirurga wynosi ponad 50 lat. Gdyby w 1986 roku, kiedy zaczynałem pracę, ktoś mi powiedział, że z lotniska w Bydgoszczy, w Gdańsku lub z Warszawy będę mógł polecieć na wycieczkę do Peru, Australii czy na Malediwy, to popukałbym się w czoło. Dziś mogę podróżować, to tylko kwestia pieniędzy, które zaczęły rządzić medycyną. Do tego doszła kwestia odpowiedzialności. Nie chcę nikogo urazić, ale jeśli są dziedziny medycyny ze sporymi pieniędzmi i mniejszą odpowiedzialnością, to dlaczego takiej specjalizacji nie wybrać? Chirurgia jest niezwykle trudna. Wymaga wysiłku fizycznego, zarwanych nocy, itd. To również nieprawdopodobna odpowiedzialność. Jeżeli uszkodzę drogi żółciowe w czasie operacji laparoskopowej lub normalnej, po niej będzie operacja naprawcza, to ten jeden ruch skraca życie człowieka o 15 – 20 lat. W następstwie dojdzie do zapalenia dróg żółciowych, marskości wątroby, może wystąpić nowotwór. Jeżeli będzie to osoba 75-letnia, może tak nie być, ale jeżeli pacjent ma 25 lat, to zaczyna się problem. Czyli mamy nieprawdopodobną odpowiedzialność i wypalenie zawodowe. Wśród lekarzy zdarzają się przypadki alkoholizmu i narkomanii, to nie jest żadną tajemnicą. Pewne rzeczy w nas zostają. Przynosimy z sali operacyjnej, ze szpitala złe emocje do domu. Są także spokojniejsze dziedziny medycyny. Kilka dni temu trafiła do nas pani z wypadku z pękniętą przeponą, śledzioną. Chora od razu trafia na salę operacyjną, trwała walka o jej życie. Jeśli przeżyje, to sukces, który ma wielu ojców. A śmierć, porażka jest sierotą.

Zapisz się na newsletter „Bydgoszcz Informuje”!

Udostępnij: Facebook Twitter