– Potrzebujemy sztuki jak powietrza – mówi Aleksandra Simińska, profesor sztuk plastycznych, malarka i rysowniczka odznaczona medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. Mieszka i pracuje w Bydgoszczy
Roman Laudański: – Za rok będzie pani miała dużą wystawę obrazów, ale nie w Bydgoszczy tylko w krakowskim Pałacu Sztuki.
Prof. Aleksandra Simińska * – Przygotowuję się do niej od dwóch lat. Kraków pojawił się trochę przypadkiem, miałam tam dużą, ważną dla mnie wystawę związaną z Ukrainą pt.: „Ziemia – Niebo” w Galerii ZPAP Pryzmat w Krakowie. Prezes Pałacu Sztuki widział ją i zaproponował mi przygotowanie wystawy z nowymi obrazami, które teraz maluję. Termin mam zarezerwowany. Mam nadzieję, że dojdzie do skutku.
– Wydarzenia wokół nas, jak wojna w Ukrainie, mają wpływ na artystów?
– W moim przypadku zaczęło się od Aleppo. Nie zdając sobie sprawy z rozmiarów tragedii, zobaczyłam film z drona przedstawiający zbombardowaną część Aleppo. Przeżyłam szok. Zaczęłam malować obrazy dedykowane Aleppo. A później zaczęła się wojna w Ukrainie. Wcześniej malowałam obrazy z przesłaniem duchowym. Analizuję przestrzeń. To zagadnienie interesowało mnie już od studiów, wpływ na to miał prof. Janusz Kaczmarski, który w swojej twórczości również interesował się przestrzenią i wciągnął w to swoich studentów. Profesor zadawał nam ćwiczenia: namaluj abstrakcję, kompozycję, martwą naturę pół metra przede mną, pięć metrów ode mnie i pięćdziesiąt. I to na jednym, płaskim obrazie.
– A rysowanie i malowanie? Co doprowadziło Olę do liceum plastycznego?
– Od szóstego roku życia lubiłam rysować. Kiedy uczyłam się w czwartej klasie, pani kazała nam napisać, kim będziemy, kiedy dorośniemy. Napisałam, że będę sławną artystką z wystawami na całym świecie! Naprawdę. Trochę przesadziłam, bo nie robię wystaw na całym świecie.
– W kilku miejscach przecież były: Londyn, Nowy Jork.
– W szóstej klasie bez wiedzy rodziców zapisałam się na kółko w liceum plastycznym. Po roku przerwy w ósmej klasie zapisałam się tam jeszcze raz i kiedy nastał czas egzaminów, oczywiście nie mówiąc nic rodzicom, wybrałam się na egzaminy do „plastyka”. Gdybym się nie dostała, to do niczego bym się nie przyznała, ale zdałam! Dostałam się! Jestem dumna, że skończyłam tę szkołę.
– Klimaty artystyczne?
– Bardzo, a wtedy jeszcze bardziej. Miałam cudowne, wspaniałe towarzystwo w klasie. Do dziś mam kontakt z kilkoma osobami, przyjaciółka jest profesorem w Poznaniu, a kolega z klasy jest profesorem w Rzeszowie. Wspaniałe liceum.

– Nigdy nie było innych pomysłów na życie?
– Gdyby było inne życie i zdrowie, to chciałabym być reżyserem filmowym. Uwielbiam kino, które jest przecież ruchomym obrazem. Czyż Andrzej Wajda nie skończył Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie? Podobnie David Lynch, Peter Greenaway, Akira Kurosawa, i wielu innych kończyło malarstwo. Jak wygramy w „totka”, to zrobię film. Mam temat, scenariusz – wszystko w głowie. Zatrudniłabym reżysera, scenarzystę, aktorów, a sama siedziałabym w fotelu producenta i kierowała wszystkim. Byłby to film fabularny o moim profesorze Januszu Kaczmarskim.
– Rozmawiamy przy cyklu medycznych obrazów, na których dominują narządy wewnętrzne człowieka i ręce chirurgów.
– To cykl „Sanquis et manus” – krew i ręka. Osobiste doświadczenie. Przed zabiegiem poprosiłam, o nagranie krótkich filmików podczas operacji. Zobaczyłam je później. Wnętrze człowieka jest piękne. Organizm jest doskonały. Operacja skończyła się dla mnie bardzo dobrze, wtedy pomyślałam, jak to namalować? Jak znaleźć tę formę w ciekawy sposób to przekazać? Obrazy wystawiałam w Ostrawie.
Teraz całą energię chcę poświęcać na malowanie. Inne sprawy już mnie nie obchodzą.

– Proszę opowiedzieć o wystawie w Grudziądzu To klimatyczne i piękne miasto. Nie na darmo Andrzej Wajda nakręcił tam „Tatarak”.
– Jestem zachwycona Grudziądzem, a wcześniej jakoś nie kojarzył mi się najlepiej. Grudziądz zaproponował i zrobił wystawę, z której jestem bardzo zadowolona. I jeszcze dwa obrazy są teraz w kolekcji stałej. Nie wiedziałam, że jest tam tak piękne muzeum.
– A Bydgoszcz?
– Lubię Bydgoszcz! To wspaniałe miasto do życia. Bydgoszcz jest niedoceniona turystycznie, choć to się już powoli zmienia. Bydgoszcz rozwija się bardzo dobrze. Noszę w sobie pamięć z czasów, kiedy miałam 15 lat. Na Wyspie Młyńskiej były szczury i podejrzane typy w chaszczach. Nawet mi się to podobało, bo lubiłam to malować. A dziś widzimy piękne miejsce budzące podziw mieszkańców innych miast. Zrobione ze smakiem. Doceniam to, co mamy, bo po przeżyciach zdrowotnych cieszę się każdym dniem.
Oczywiście Bydgoszcz mogłaby być jeszcze ładniejsza, ale tak można powiedzieć w każdym mieście.
– Czegoś brakuje?
– Bydgoszcz stawia na muzykę, a mogłaby też na sztukę! Pani dyrektor liceum plastycznego z okazji 80-lecia, na które byłam zaproszona, rzuciła hasło, które szalenie mi się spodobało. Powiedziała: Bydgoszcz ma dzielnicę muzyczną. Zróbmy dzielnicę plastyczną! Mamy BWA, liceum plastyczne, wyspę muzeów. Dodam: przenieśmy Wydział Sztuk Projektowych Politechniki Bydgoskiej do centrum miasta!
– Świetny pomysł.
– Gdybyśmy byli w centrum, emanowalibyśmy na całą Bydgoszcz. Byłoby to budowanie dzielnicy plastycznej.
– Bydgoszcz jest również obecna w obrazach pani profesor.
– Namalowałam cykl obrazów związanych z bydgoską Łuczniczką. Trochę nawiązałam do Bachantek Eurypidesa, przecież nasza Łuczniczka jest także trochę taką bachantką. Z trzech obrazów dwa są już w prywatnych kolekcjach, jeden jeszcze mi został. Maluję duży obraz z fragmentami Kanału Bydgoskiego mojego dzieciństwa i fasady pracowni. Jestem zachwycona, że mieszkam na Miedzyniu. Wcześniej mieszkałam w Fordonie, jeden pokój przeznaczony był na pracownię, ale trochę mało było tam przestrzeni.
– Patrząc na wielki obraz na ścianie, to rzeczywiście potrzebuje pani profesor dużo miejsca na malowanie.
– Czasami mam potrzebę dużego formatu. To może zależeć od osobowości i temperamentu. Jan Matejko miał tylko metr sześćdziesiąt wzrostu, a namalował wielką „Bitwę pod Grunwaldem”. Zawsze lubiłam duży format. On jest dla mnie wyzwaniem. Maluję mnóstwo także małych obrazów, czasami są to pomysły, warianty lub szkice będące punktem wyjścia. Im większy format, tym lepiej mi się pracuje i wyzwanie jest większe. Ja już na studiach malowałam chyba największe formaty od moich kolegów i koleżanek.

– Proszę wybaczyć naiwność pytania, ale do czego potrzebujemy obrazów, sztuki?
– Odpowiem prowokacyjnie: bez sztuki można żyć. Do niczego nie jest nam potrzebna. Jednak gdy widzę tłumy w Muzeum Watykańskim przed obrazem Caravaggia, to jednak myślę, że ludzie potrzebują malarstwa. Jeżdżę na wystawy np. Davida Hockney’a w Paryżu, gdzie musiałam rezerwować bilety czy Vermeera w Amsterdamie, gdzie bilety na dwumiesięczną wystawę skończyły się po trzech dniach jej trwania. Na takie wystawy przyjeżdżają osoby z całego świata.
Obraz to oko, ręka i wyobraźnia malarza, odbiorca czyta ten obraz, wyzwala swoją wyobraźnię, zadając pytanie o to jaki jest świat.
– Od czasu do czasu Muzeum Narodowe w Warszawie również organizuje ciekawe wystawy.
– Były kolejki na Olgę Boznańską czy Józefa Chełmońskiego. W przypadku sztuki chodzi chyba o naszą tożsamość. Naród bez kultury zanika. Muzykę postawiłabym na pierwszym miejscu. Co byśmy zrobili bez Chopina? A literatura? Malarze! Poeci, którzy na co dzień mają najtrudniej. Potrzebujemy sztuki jak powietrza.
* Aleksandra Simińska – w latach 1989-1993 była asystentką na Wydziale Sztuk Pięknych UMK w Toruniu w pracowni prof. Zygmunta Kotlarczyka. W 1996 roku rozpoczęła pracę wykładowcy na Wydziale Wychowania Artystycznego Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Olsztynie, a od 1999 do 2006 roku pracowała na stanowisku prof. nadzw. Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, gdzie prowadziła dyplomową pracownię malarstwa. Była kierownikiem Katedry Malarstwa i Rysunku UWM. Od 2006 roku pracuje na Uniwersytecie Technologiczno-Przyrodniczym w Bydgoszczy. W 2011 roku uzyskała tytuł profesora sztuk plastycznych. Od roku 1990 należy do Związku Polskich Artystów Plastyków.
Zapisz się na newsletter „Bydgoszcz Informuje”!


