Zosia, inicjatorka projektu, zawsze trzyma kciuki za swoich aktorów / Fot. B. Witkowski/UMB
– Chcemy, żeby widownia zobaczyła nas nie tylko jako wyrzutków społeczeństwa – mówi jeden z osadzonych. Kilka minut wcześniej na scenie współosadzony recytował Hamleta. Obok niego inny więzień tańczył, kolejny prezentował własny wiersz, a ktoś z pełnym zaangażowaniem… grał drzewo. W Zakładzie Karnym w Bydgoszczy-Fordonie teatr stał się czymś więcej niż projektem resocjalizacyjnym. Pozwolił na chwilę zdjąć maski, które za więziennym murem nosi się każdego dnia.
Na początku naprawdę nie wiem, czego się spodziewać. Zakład karny. Mężczyźni odbywający kary pozbawienia wolności. Niektórzy bardzo długie, inni krótsze. Młoda studentka, która ma poprowadzić ich przez warsztaty teatralne. W głowie pojawiają się pytania. Czy będą chcieli współpracować? Czy potraktują ją poważnie? Czy w ogóle da się zbudować teatr w miejscu, które z założenia nie służy opowiadaniu o emocjach? Kilka minut później te pytania przestają mieć znaczenie.
Na sali słychać śmiech. Kilku dorosłych mężczyzn stoi w kole. Studentka prowadząca warsztaty prosi, by rozluźnili ramiona. Potem twarz. Następnie ćwiczą dykcję. Za chwilę będą improwizować, tańczyć i wcielać się w kolejne role.
Jeszcze przez moment trudno uwierzyć, że znajdujemy się w Zakładzie Karnym w Bydgoszczy-Fordonie. Jesteśmy wszyscy tuż obok siebie. Nie ma krat oddzielających mnie od uczestników zajęć. Nie słychać szczęku kajdanek. Nikt nie pyta o długość wyroku ani o to, za co tu trafili. Przez chwilę widzi się przede wszystkim ludzi. Już za kilka dni wystąpią przed najważniejszą publicznością – swoimi rodzinami.
To finał kilkumiesięcznego projektu teatralnego realizowanego przez studentki pedagogiki resocjalizacyjnej Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego. Kierownikiem projektu była Zofia Bukowska, studentka IV roku kierunku pedagogika resocjalizacyjna, która realizowała tożsame dwa projekty teatralne w innych jednostkach penitencjarnych. Towarzyszyły jej Adela Sękowska, Zofia Ochocka, Julia Olędzka i Anastazja Kacprzak. Pracowały wspólnie z dziesięcioma osadzonymi. Efektem ich pracy jest spektakl „Poplątani”. Jednak już po pierwszych minutach próby staje się jasne, że nie chodzi tu wyłącznie o teatr.
– Początkowo byłem zaskoczony. Zastanawiałem się, czy to ma sens. Postanowiłem spróbować. Z tygodnia na tydzień zacząłem się przekonywać, że ta dziecinna zabawa staje się bardziej skomplikowaną drogą przez labirynt – mówi jeden z uczestników projektu, autor wierszy, który podczas spektaklu recytuje własny utwór.
Cząstka siebie
Przedstawienie jest mieszanką humoru i refleksji. Jeden z osadzonych tańczy. Inny recytuje słynny monolog Hamleta o życiu i śmierci. Ktoś z ogromnym zaangażowaniem wciela się… w drzewo. Publiczność wybucha śmiechem, ale po chwili zapada cisza.
Scenariusz nie powstał przy biurku. Rodził się podczas kolejnych warsztatów. Wiele scen było efektem improwizacji, inne uczestnicy współtworzyli sami.
– Zależało mi na tym, żeby to aktorzy zaproponowali, co chcieliby pokazać. Dawałam im dużą swobodę. To, co później znalazło się na scenie, było owocem wspólnej pracy – opowiada Zofia Bukowska, studentka IV roku pedagogiki resocjalizacyjnej i kierowniczka projektu.
Jeden z uczestników wniósł własny wiersz. Inny zaproponował elementy choreografii. Jeszcze inny sceny, które zrodziły się spontanicznie podczas prób.
– Zosia zrobiła główny zarys, ale każdy z nas dokładał swoją cegiełkę – mówi jeden z osadzonych.
Najtrudniej było zdjąć maskę
– Więzienie jest specyficznym miejscem. Tutaj raczej nosi się maskę. Tutaj raczej trzeba być męskim. Tutaj raczej nie okazuje się uczuć – mówi mjr Marek Mikelewicz, wychowawca do spraw kulturalno-oświatowych.
To właśnie dlatego pierwsze zajęcia okazały się najtrudniejsze.
– Jeden z uczestników w trakcie trwania pierwszych warsztatów podszedł do mnie i powiedział, że nie chce już w tym uczestniczyć. Poprosiłem tylko, żeby wytrwał do końca spotkania, a decyzję podjął później. Na kolejne zajęcia przyszedł już z własnej woli – wspomina wychowawca.
Z tygodnia na tydzień atmosfera się zmieniała.
– Oni sami przyznawali, że nie wiedzieli, iż potrafią nabrać do siebie dystansu. Że mogą się trochę powygłupiać i nic złego się nie stanie. W więzieniu emocje najczęściej się ukrywa. Na tych zajęciach mogli na chwilę zrzucić tę skorupę – dodaje.
Zosia kontra osadzeni
Patrząc z boku, trudno oprzeć się jednej myśli. Czy młoda studentka naprawdę mogła zbudować autorytet w grupie dorosłych mężczyzn odbywających kary pozbawienia wolności? Nie próbowała nikogo ustawiać podniesionym głosem. Nie budowała dystansu. Była konsekwentna, cierpliwa i autentyczna.
– Warsztaty aktorskie często wyglądają jak wygłupy. Zaproponować coś takiego dorosłym mężczyznom to naprawdę wyzwanie. Ale krok po kroku podnosiliśmy poprzeczkę i udało się – mówi Zofia Bukowska.
Jeden z uczestników uśmiecha się i dodaje:
– Mam córkę starszą od naszej Zosi. Traktowałem ją jak własną córkę. A są momenty, kiedy tatuś musi posłuchać córki.
Śmieją się wszyscy.
Chcemy, żeby zobaczyli w nas coś więcej
Największe emocje budzi jednak myśl o zbliżającym się spektaklu. Na widowni usiądą rodziny i bliscy.
– Chodzi też o to, żeby zobaczyli nas nie tylko jako wyrzutków społeczeństwa. Żeby zobaczyli, że stać nas na inne rzeczy – mówi jeden z osadzonych.
Po chwili drugi dodaje cicho:
– Jeśli nie ma wyroku i nie ma etykietki, społeczeństwo postrzega nas inaczej.
Nie proszą o współczucie. Nie tłumaczą swoich czynów. Mówią jedynie o tym, jak bardzo chcieliby, by choć przez chwilę ktoś zobaczył w nich coś więcej niż więzienny numer i wyrok. Mjr Marek Mikelewicz nie ukrywa, że resocjalizacja nie polega na cudach.
– To nie są wczasy. Oni odbywają karę pozbawienia wolności. Ale to nie oznacza, że trzeba odbierać człowiekowi człowieczeństwo. Więzienie ma być także miejscem, w którym dostaje szansę wyjść lepszym, niż do niego trafił – podkreśla.
Jak dodaje, nikogo nie da się zmienić na siłę.
– Nie podłączymy człowieka do aparatury i nie wgramy mu programu „dobry obywatel”. Ale jeśli sam chce coś zmienić, naszym zadaniem jest mu w tym pomóc.
Każdy zawiesił coś innego
Na zakończenie spektaklu przez scenę rozciągnięty zostaje zwykły sznur. Jeden z osadzonych zawiesza zegarek. Kolejny przypina gazetę. Ktoś inny różaniec. Każdy wybiera tylko jeden przedmiot. Nie tłumaczą ich znaczenia. I chyba właśnie dlatego ta scena zostaje w pamięci najmocniej. Każda z tych rzeczy symbolizuje coś innego. Każda opowiada historię, której widzowie nigdy do końca nie poznają.
Zapisz się do naszego newslettera!


