Bydgoskie przedszkole sprzed 70 lat – wspomina je Elżbieta Szefler: Wszystko wokół mnie było mi nieznane, straszne, wielkie, przerażające

Grupa przedszkolna z przedszkola przy ul. Płockiej – rok 1957 lub 1958 / Fot. Nadesłane

 „To znów ja – Elżunia Szefler. Goszczę u Państwa i wspominam fragmenty moich przeżyć w przedszkolu – moim przedszkolu przy ul. Płockiej na Bielawach” – Bydgoszczanka Elżbieta Szefler opowiada o swoich przedszkolnych przeżyciach w latach 1955-1959.

To już kolejne wspomnienie Elżbiety Szefler, która dzieli się swoimi wspomnieniami z czytelnikami „Bydgoszcz Informuje”. Opowiadała np. o zdjęciach z dzieciństwa z lat 50. z Placu Wolności. Uczyła potem studentów pedagogiki wczesnoszkolnej i przedszkolnej na bydgoskiej uczelni.

Elżbieta Szefler nadesłała do redakcji „Bydgoszcz Informuje” opowieść o swoich przedszkolnych przeżyciach. – Okazja ku temu jest wakacyjna, bowiem tak obecnie, jak i wiele lat temu przedszkola były w okresie wakacyjnym zamykane. Zamykane na miesiąc: lipiec bądź sierpień. To duże utrudnienie dla znacznej części rodziców – zwłaszcza tych pracujących. Co zrobić z małym dzieckiem, jeśli w pobliżu nie ma żadnej babci czy dziadka, cioci czy wujka, a pracujący rodzic nie może wziąć urlopu w okresie zamknięcia tej placówki edukacyjnej swego dziecka?

Trzylatka w przedszkolu

Moje przedszkole mieściło się przy ul. Płockiej,  niedaleko miejsca mojego zamieszkania przy ul. Sułkowskiego. Zajmowało część pięknej, starej, jednopiętrowej willi. Pamiętam, że były dwa wejścia prowadzące do wnętrza placówki. Wchodziło się po kilku lub kilkunastu schodkach, okolonych barierkami z poręczami. Dla mnie, trzylatki, była to frajda, ale i spory wysiłek. Podobał mi się ten budynek i fakt, że miałam się tam zjawiać codziennie. Ale wszystko do czasu …

Ponieważ w wykazach bydgoskich przedszkoli nie ma nigdzie najmniejszej choćby wzmianki o istnieniu kiedykolwiek tego przedszkola, zapytałam o to … sztuczną inteligencję (Al). Otrzymałam następującą odpowiedź: „Placówka została zlikwidowana wiele lat temu, a budynek zmienił swoje przeznaczenie. Z racji braku aktywnej strony internetowej i przeniesienia placówki do innej struktury, jej dawny ślad w sieci uległ naturalnemu wygaszeniu”. Nie mogę zatem podać nawet numeru placówki, do której uczęszczałam.

 Z ogromną radością oczekiwałam, kiedy nastąpi dzień, w którym zacznę uczęszczać do przedszkola. Byłam jedynaczką. Wokół mnie (miejsce zamieszkania) nie było innych dzieci. A dzieci uwielbiałam od zawsze (i na zawsze). Tęskniłam za tymi nieobecnymi w moim życiu. Oprócz rodziców nie miałam w Bydgoszczy nikogo (bo moi rodzice z nakazu pracy przywędrowali po łódzkiej ekonomii do Bydgoszczy). Czułam się więc bardzo samotna i niespełniona.

Zdjęcie Elżbiety Szefler z przedszkola – Fotograf musiał być w przedszkolu i spisywać sobie mój wygląd tego dnia, kolory części mojej garderoby (w tym precyzyjne zmiany barw mojego fartuszka w określony deseń). Nie było wówczas kolorowych zdjęć, lecz wyłącznie czarno-białe. Te, czasem kolorowano profesjonalnie.

Radość dotarcia do przedszkola (chyba 1 września 1955 roku) mieszała się z niepewnością: co tam zastanę? To, co zastałam, przeszło moje wszelkie wyobrażenia. Pełno obcych dzieci, hałaśliwych, rozkrzyczanych. Obce osoby dorosłe kręcące się wokół tego tłumu rozpychających się i hałaśliwych dzieci. Nie przywykłam do hałasu. Nie przywykłam do tłumów. Przerażały mnie. Kiedy w dodatku zarządzono śniadanie, a potem i obiad, mnie-niejadkowi bardzo nie przypadło to do gustu. Inne dzieci rozsiadły się wokół mnie (stoliki wieloosobowe, z którymi nigdy dotąd nie miałam do czynienia) i pilnowały swoich nakryć oraz swoich porcji. Niczego więcej nie byłam w stanie zauważyć. Może nie chciałam, a może nic z tego nie zostało w mej pamięci?

Ponieważ tkwiłam niemrawo przy swej porcji zupy mlecznej i nie sięgałam do dużego talerza po kanapki z marmoladą (chyba przeznaczone dla wszystkich dzieci), to ci chętni, z apetytem, zjedli wszystko. Mnie to nie przeszkadzało. Nadeszła pora obiadu. Teraz już zapewne wychowawczynie mnie zauważyły. Zachęta nie pomogła, więc któraś zaczęła mnie karmić – z wielkim pośpiechem i niecierpliwością. Nie znosiłam czegoś takiego. Krztusiłam się, zachłystywałam, płakałam. Miałam wrażenie, że ulubiona (w domu) zupa pomidorowa wyjdzie mi zaraz nosem …

          Kolejne dni nie były lepsze. Kiedy podczas karmienia dostrzegłam tłuste mięso (którego nie znosiłam od zawsze), wpychane mi na siłę do buzi, zachowałam się jak chomik. Gromadziłam w buzi, ale nie połykałam. Policzki robiły się pełne, coraz bardziej wydęte – niczym u chomika. Kiedy nie było już miejsca w mojej buzi, zwymiotowałam wszystko na stół. Odtąd dano mi spokój z jedzeniem, ale ja zapałałam taką odrazą do wszystkiego, co działo się w mojej sali i grupie, że zaczęłam szukać odosobnienia i schronienia przed tym wszystkim, co mnie tak strasznie osaczało. Znalazłam je u jednej z kucharek. Ta starsza kobieta, spokojna, serdeczna i miła sprawiła, że lgnęłam do niej z całych sił, całym moim malutkim serduszkiem. Dziś, kiedy to piszę, pojawia się przed moimi oczyma cała jej dobra, życzliwa mi twarz. Kurczowo trzymałam się tej mojej przyszywanej babci i nie dałam się od niej oderwać. Przedszkole i personel zaczęli mieć ze mną kłopot. A kiedy, podczas zabaw na podwórku przedszkolnym, wymknęłam się niezauważona, pognałam za furtkę placówki i skierowałam się ulicą Płocką do prostopadłej, aby uciec do mojego domu, przepełniało mnie niewyobrażalne szczęście. Niestety, zostałam złapana, a sprawa została prawdopodobnie przekazana moim rodzicom. Wtedy rodzice (jak dowiedziałam się po latach z opowieści rodzinnych), przyznali (zapewne personelowi i kierownictwu przedszkola), że mam koszmary senne, krzyczę przez sen, że nie chcę chodzić do przedszkola, płaczę, trzęsę się cała. Coś trzeba było zrobić, jakoś zaradzić tej mojej traumie. Mama, po odchowaniu mnie, wraz z moim pójściem do przedszkola rozpoczęła pracę zawodową i nie mogła zerwać umowy ani porzucić pracy. Cóż pozostało?  Pozostało prosić moich ukochanych dziadków z Łodzi, żeby zaopiekowali się mną. I tak przez rok mieszkałam u dziadków, w Łodzi.

 Rodzi się pytanie: czy wiele trzylatków (również w dzisiejszych czasach) jest na tyle niedojrzałych emocjonalnie i społecznie, że trauma związana z brakiem akceptacji tych dzieci do faktycznego uczestnictwa w placówce przedszkolnej, może im uczynić krzywdę na całe życie? A może tylko rysę przetrwałej pamięci?

Powrót do przedszkola po roku

Minął rok, a ja już w Łodzi zaczęłam wspominać, że chciałabym wrócić do przedszkola. Nie dowierzali rodzice i już tęsknili za potencjalnie utraconą Elżunią – dziadkowie (których jedyną wnuczką byłam).  Próba została jednak podjęta, a ja wtedy już stałam się nieco innym dzieckiem. Polubiłam moje przedszkole, dyżury najróżnorodniejsze w nich pełnione przez dzieci, wiążące się z tygodniowymi emblematami przyczepionymi do fartuszka (kolorowe kółka: żółte, zielone, niebieskie, czerwone), oznaczającymi dyżur przy: stołach, akwarium, roślinach i … nie pamiętam przy czym jeszcze. Rosła duma, odpowiedzialność, decyzyjność, staranność itd. Wspólne zabawy w sali, na podwórku, były przyjemne i zajmujące. Niespodziewani goście (np. fotografowie robiący zdjęcia portretowe, grupowe, w samolocikach itp.) dostarczali dodatkowych atrakcji. Zaczęłam zwracać uwagę na inne dzieci. Do jednych zaczęłam się zbliżać, z innymi dystansowałam się – z różnych względów. Generalnie było nieźle i przeżyłam w miarę spokojny i szczęśliwy czas aż do pójścia do szkoły. Nie znosiłam jedynie kontroli i przeglądów zdrowotno-higienicznych, bo przy ich okazji zawsze coś zdarzało się któremuś z dzieci, co mnie przerażało, denerwowało, martwiło (a to konieczność rozebrania się jednej z dziewczynek do naga, aby sprawdzić jej postawę oraz skrzywienie kręgosłupa; a to wykrycie u któregoś z dzieci pasożytów we włosach itp.) Nie cierpiałam też „tranowych akcji” i szczepień (zastrzyków bałam się od niemowlęctwa i to mi pozostało do dziś) oraz przeglądów stomatologicznych. Te ostatnie kojarzyły mi się zawsze z pewną – w krótkiej perspektywie – wizytą u dentysty, bólem, cierpieniem i przerażeniem.

Niespodzianką, bardzo nieprzyjemną dla mnie, okazało się też, w któreś wakacje … zamknięcie przedszkola na miesiąc.          Dzieci, które musiały chodzić w tym czasie do przedszkola, kierowano … do placówki zastępczej. Byłam takim dzieckiem. Skierowano mnie do przedszkola przy ul. Paderewskiego. Nie pamiętam, czy inne dzieci z mojego przedszkola (tak z mojej grupy, jak i z innych grup) też tam trafiły. Pamiętam jednak, że znów czułam się samotna, wyobcowana, bardzo nieszczęśliwa. Wszystko wokół mnie było mi nieznane, straszne, wielkie, przerażające. Moja trauma powróciła. Obce dzieci, obce wychowawczynie, wielkie sale, sala gimnastyczna z drabinkami do sufitu – w której wszystko paraliżowało mnie. Zmuszana do ćwiczeń (wejścia na sam szczyt drabinek, fikołków przy drabinkach – przy staniu na podłodze oraz innych „wygibasów”) byłam znów o krok od ucieczki z tego przedszkola, znienawidzenia wszystkich na świecie przedszkoli (nie-moich), a ciężkie przeżycia, przymuszania (wbrew mojej woli) spowodowały trwałe ślady w mojej psychice na wiele lat, a może i na zawsze (tu np. sala gimnastyczna i ćwiczenia na niej wykonywane).

Ten fragment mojej opowieści niech posłuży do przemyśleń oraz konfrontacji z zachowaniami i odczuciami własnych dzieci czytelników oraz do oceny wrażliwości owych dzieci na wszelkie zmiany podczas ich edukacji przedszkolnej. Może wśród nich znajdą się tacy wrażliwcy jakim ja byłam w tym wieku? Rozważcie Państwo na wszystkie strony,  a dopiero potem podejmujcie decyzje.

 A teraz nadszedł czas na przyjemności i poszukiwania sprzed 70 lat. Kogo pamiętamy? Mam nadzieję, że jeśli nie ówcześni przedszkolacy, to ich potomni i potomni potomnych odkryją na  wybranych przeze mnie zdjęciach, tu zaprezentowanych, swą babcię lub prababcię, dziadka lub pradziadka, ciotkę lub wujka. A może czytelniku jesteś moim rówieśnikiem i odnajdziesz na nich samą lub samego siebie? Zapraszam do poszukiwań prowadzonych na moich domowych fotografiach.

Próbowałam odświeżyć pamięć i ustalić, które imiona i nazwiska (lub same imiona albo tylko nazwiska) dzieci uczęszczających do mojej grupy przedszkolnej jeszcze pamiętam. Wydaje mi się, że to była wówczas grupa 5-latków, a może nawet 6-latków (a więc rok 1957 lub 1958). Wydaje mi się, że nieźle zapamiętałam dużą część dzieci (aż sama sobie się dziwię):

Na zdjęciu – grupa przedszkolna wraz z panią kierownik Kazimierą Gałązką i wychowawczyniami: panią Janiną Małecką oraz panią Renią. U góry – od lewej: wychowawczyni I, p. kierownik, wychowawczyni II

Górny rząd dzieci: Genia Ernest; Ewa Ignaszak; Marysia Tarnowska;{?}; Waldek Klein; Maciek Bardyan;  Mirek …; {?}; {?}; Marek Wardziński

Drugi od góry rząd dzieci: Ola …; Krysia Kamińska; Piotrek Sobota; Mariusz Kłosowski; Danka Skórcz; Lusia Surmiak; Krysia Flaszyńska; Jolka Matuszewska; Ania Pokorska; Ewa … (siedzi); {? – stoi}; {? – stoi}

Dzieci siedzące na ziemi – rząd tylny: {?}; ja – Elżunia Szefler; Leszek …; Ilona …; {?}; Grażyna Przybylska; Agata Dyl; … Chylewski;

Dzieci siedzące na ziemi – rząd przedni: {?}; {?}; Jurek Szymański; Larysa Myśliwiec    

 – Czytelnicy, spróbujcie zweryfikować moją pamięć i zabawcie się w poszukiwania siebie oraz koleżanek i kolegów z tamtych lat. A może sami napiszecie o tym do redakcji? – apeluje Elżbieta Szefler.

Na kolejnym zdjęciu moja grupa przedszkolna wokół piaskownicy na podwórku wraz z wychowawczynią panią Ewą. Porównajcie się z poprzednim zdjęciem. Może kogoś teraz zabrakło? A może pojawił się ktoś nowy wśród nas? Czy na obu zdjęciach znaleźliście i rozpoznaliście też Elżunię – Waszą koleżankę, a dziś autorkę tego opracowania?

A czytelnikom, nie tylko obecnym na tych fotografiach, życzę wzruszających wspomnień i … do zobaczenia oraz usłyszenia o nas jeszcze!!! W miarę sił, zdrowia i … życia.

Udostępnij: Facebook Twitter