Krystyna Pietrzak w czasie skoku / Fot. Nadesłane
– Samolot wzbił się na wysokość czterech tysięcy metrów. Skakaliśmy jako ostatni. Spadaliśmy z prędkością dwustu kilometrów na godzinę – opowiada Krystyna Pietrzak, emerytka. – A w marcu wchodziłam do zimnej wody, a reszta skandowała: Kry-sia dasz ra-dę!
Roman Laudański: – Zamieściłaś w mediach społecznościowych bardzo pozytywny wpis.
Krystyna Pietrzak – Postanowiłam napisać pierwszego posta. Sadzę, że najbardziej zaintrygował cię wpis o skoku ze spadochronem?
– Tym skokiem spadochronowym to mi zaimponowałaś!
– W ubiegłym roku bardzo hucznie świętowałam swoją siedemdziesiątkę. Przyjaciele podarowali mi voucher na skok spadochronowy, o którym marzyłam od dawna. To była dla mnie wielka frajda! Przyznaję, że niektórym spadł kamień serca, kiedy już cała i zdrowa byłam na ziemi.
Przed skokiem na lotnisku powiedziałam organizatorom, że w ten sposób realizuję moje marzenia. Zawsze chciałam wiedzieć, jak świat będzie wyglądał z wysokości. Nie tak jak w samolocie, kiedy trafi ci się miejsce przy oknie, a skrzydło zasłania widok. Nigdy nie czułam bezpośredniego pędu powietrza, a chciałam to poczuć. Koleżanka przypomniała mi moją deklarację po obchodach sześćdziesiątki, że na siedemdziesiątkę skoczę. Długo i atrakcyjnie celebrowałam urodziny, spędziłam z moimi czterema siostrami uroczy weekend w SPA, a córki zabrały mnie do Rzymu. Trochę już podróżowałam po świecie (Indie, Meksyk), ale nie byłam w Rzymie, w Paryżu też nie, ale może na osiemdziesiątkę? Liczę, że uda mi się prędzej tam pojechać.
– Na którym lotnisku skakałaś?
– W Bydgoszczy już nie skaczą, najbliżej jest Aeroklub Włocławski w Kruszynie. Termin zależał od pogody. Córki z wnukami i koleżanki pojechały również.
– Bałaś się?
– Właśnie, że się nie bałam. Byłam totalnie wyluzowana, naprawdę cieszyłam się, że przeżyję coś takiego. Skakałam w duecie z instruktorem. Inaczej być nie mogło. Samolot wzbił się na wysokość czterech tysięcy metrów. Skakaliśmy jako ostatni. Spadaliśmy z prędkością dwustu kilometrów na godzinę. Ważne było ustawienie głowy, żeby powietrze mnie nie przytkało. Przed nami leciał kamerzysta, który filmował skok. Puszczał mi serduszka i buziaczki, a tu cię zatyka przy tej prędkości. Po przejściu przez chmury instruktor otworzył nasz spadochron i zażartował: popatrz, jaki mam widok z biura. Pokazywał mi, gdzie droga do Bydgoszczy, pobliskie krajobrazy. Nawet przez chwilę mogłam pokierować linkami spadochronu. Wiedziałam, jak mam ustawić nogi przy lądowaniu. Jestem wysportowana, bo ćwiczę. Wszystko poszło dobrze. Bardzo fajna przygoda.

– Słyszę, że skok był dla ciebie prawdziwą frajdą.
– Chciałabym skoczyć jeszcze raz, żeby zatrzymać ten czas, delektować się spadaniem. Od śmierci Władka, męża zaczęłam bardziej dbać o swoje zdrowie. On też był zdrowy i zupełnie niesprawiedliwe wydawało mi się to, że zmarł. Chodziłam do różnych specjalistów, chciałam, żeby zrobili mi kolejne badania, a USG nieomal w całości. Aż w końcu doktor powiedział do mnie: a może trzeba poprzestawiać w głowie? To było takie znamienne, że zdałam sobie sprawę, że muszę zająć głowę czymś innym.
– Ćwiczysz jogę.
– Zaczęłam ćwiczyć jogę jeszcze długo przed emeryturą. Pracowałam jako ekonomistka, najdłużej w banku, dużo siedzenia, a ja czułam, że moje ciało potrzebuje ruchu. Owszem, były narty zimą, rower, ogród wymagający dużo pracy, ale dopiero ćwicząc jogę zrozumiałam potrzeby mojego ciała i już wiem, co mogę zrobić, aby czuć się dobrze.
– Zapytam o przejście na emeryturę, miałaś obawy?
– Trudno było mi sobie wyobrazić, co to będzie na emeryturze, ale chciałam już odpocząć. Pracując musisz codziennie rano wstać, pracy towarzyszy stres. Rok po moim przejściu na emeryturę zachorował mąż. Po trzech miesiącach byłam już sama. Z pomocą pospieszyły koleżanki. Namówiły na zajęcia plastyczne. Odpowiedziałam: ja?! Plastykę miałam ostatnio w szkole podstawowej! Nie powiem, że mam talent, ale przebywam w fajnej grupie. Świetny instruktor, zdolniejsze ode mnie uczestniczki i zaczęłam się tym bawić, wspieramy się, a gmina organizuje nam wernisaże i finansuje corocznie plenery malarskie (ostatnio nad morzem). Od czasu do czasu mamy też zajęcia z ceramiki, a takie plastyczne działania dają dużą frajdę.

– Plastykę miałam ostatnio w szkole podstawowej! Nie powiem, że mam talent, ale przebywam w fajnej grupie. Świetny instruktor, zdolniejsze ode mnie uczestniczki Fot. Roman Laudański
– Otoczenie chyba obawia się relacji z wdowami. Same mówią o sobie, że kontakt z nimi wymaga „instrukcji obsługi wdowy”.
– Potrzebujemy wsparcia. Był moment, w którym wróciłam na krótko do banku. Kocham przebywanie z ludźmi. Na jogę chodzę nie tylko by ćwiczyć. Tam jest społeczność. Znamy się od lat, czasem wspólnie wyjeżdżamy, np. na morsowanie. W marcu wchodziłam do zimnej wody, a reszta skandowała: Kry-sia dasz ra-dę! Wszystko jest w głowie. Czasem razem wyjeżdżamy na kilka dni na totalny detoks. Jemy tylko warzywa, ćwiczymy i chodzimy z kijkami po okolicy. Inne wyjazdy związane są z jogą, porannym marszem uważności, chodzeniem boso po trawie – nie tylko latem, ale i w styczniu.
– Kiedy przechodzimy na emeryturę część z nas zaczyna obawiać się samotności. Człowiek zostaje sam w czterech ścianach i nic się nie dzieje. Masz coś takiego?
– Krótko po przejściu na emeryturę naprawdę zostałam sama. Nie jestem samotna, jestem sama, ale – podkreślam – nie samotna. Mam rodzinę, wspaniałe koleżanki. Wokół mnie jest wielu ludzi, dzieje się mnóstwo rzeczy. Lubię ludzi. Idę do ludzi. To jest fajne.
– Emerytura przed telewizorem ci nie grozi.
– Czasami coś obejrzę, ale rzadko. Kiedyś wnuk w sobotę się zdziwił: babciu, dzisiaj nigdzie nie idziesz?! Naprawdę zostajesz w domu?! Samotnych kobiet i wdów jest bardzo dużo. Wspieramy się nawzajem, inspirujemy. Chodzimy razem na koncerty, do kina. Umawiamy się, która kogo podwozi. Mamy założoną grupę w mediach społecznościowych. Pada propozycja: koncert, kino, kije, spacer. Są chętne? Są. Która kupuje bilety? Już wiem, co robię w sobotę i która koleżanka powiezie nas do centrum miasta. Czasami razem wyjeżdżamy na urlopy, chociaż oczywiście każda realizuje również swoje potrzeby.
– Trzeba dbać o relacje, szukać fajnych ludzi wokół siebie?
– W każdym wieku, chociaż na starość może to być trudniejsze. Mam dużo młodych koleżanek. Na jodze wszyscy mówimy sobie po imieniu, choć bywa, że młode koleżanki mają z tym problem. Akceptuję, jeśli młodziutka osoba mówi do mnie „pani Krysiu”. Po co się ma stresować? Dużo młodych koleżanek pyta mnie: Krysiu, skąd ty masz tę energię? Odpowiadam: jak to skąd? Z chlorofilu i z optymizmu! (śmiech).

– Gromadzisz dobre wibracje?
– Ostatnio na kijkach młoda dziewczyna bardzo chciała z mną porozmawiać. Mówiła mi miłe rzeczy, akceptujące. Przyznaję, że zawsze lubiłam otaczać się młodszymi ludźmi, a teraz mam koleżanki młodsze niż moje córki…
– Krysiu, kiedy zaczyna się starość?
– Starość jest formą wyboru. Jeśli myślisz negatywnie, to jest już starość. Mam koleżanki, które opowiadają, co je boli, jak to im źle i na co ich nie stać. To kwestia wyboru. Nie trzeba mieć wiele, żeby uczestniczyć w różnych aktywnościach. Zajęcia w ośrodkach kultury są dostępne. Nawet ćwiczenia jogi. Po prostu korzystam z możliwości.

W ogrodzie Fot. Roman Laudański
– Nie myślisz o sobie: jestem już stara, tego i tamtego już mi nie wypada.
– Straszne jest to, że ja tego w ogóle nie mam! Wręcz przeciwnie. Niedawno mieliśmy dużą imprezę rodzinną. Całą przetańczyłam. Didżej zapytał mnie: czy ma puszczać wolniejsze kawałki? Wolniejsze? A skąd, szybsze! Na zakończenie pogratulował mi kondycji. Lubię tańczyć, potrzebuję przytulenia i tańca, który jest formą relacji.
– Pewnie w wielu z nas jest potrzeba bliskości.
– Jak najbardziej. Koleżanka, jeszcze bardziej na luzie niż ja, kiedyś powiedziała: uważajcie, jak idziecie gdzieś z Krysią i zaczynają grać, to ona od razu mówi: idziemy na parkiet! A ja nie czekam, aż ktoś inny da sygnał do tańca. Grają, to tańczymy!
– Wspominałaś o spacerach z kijami.
– Na jednym z wyjazdów była z nami dziewczyna organizująca chodzenie z kijami. Spotykamy się w Myślęcinku, świetnie uczy nas techniki. Chodzę już trzy lata, w ubiegłym roku w ramach Aktywnego Poranka 60 plus byłam na podium. A miałam już siedemdziesiąt plus! Brałam też udział w innych marszach. Dałam radę. Poznałam fajną społeczność nordicowców.
W maju przed nami kolejne dwa wyzwania z grupą „Kije z Olką” Aktywny senior i III Memoriał Żanety Kaźmierczak w Żołędowie.
– Żałujesz lat, które za szybko przeminęły?
– Niczego nie żałuję. Po śmierci męża chodziłam do psychologa. Teraz także chodzę na rozmowy pozwalające mi odkrywać siebie. Nauczyłam się, że przez lata, kiedy byliśmy z mężem, podejmowaliśmy decyzje wspólnie. Każde z nas czegoś rezygnowało, akceptowaliśmy swoje potrzeby. Tak przecież musi być. Teraz nauczyłam się podejmować decyzje samodzielnie. I tak układam swoje życie. Jestem z fajnymi ludźmi. Uśmiecham się do nich, jestem życzliwa, miła. Oni też. To mi się podoba.
Kiedyś miałam inne wyobrażenie starości. Będziemy się razem z mężem starzeć i żyć godnie na emeryturze. Tymczasem stało się inaczej.
– Myślisz czasami o śmierci?
– Osiem lat temu myślałam. Teraz wiem, że skoro się urodziliśmy, to musimy umrzeć. Nie myślę o dużo swojej śmierci. Kocham życie!
– A co jest najważniejsze w życiu?
– Relacje i bycie sobą, życie w zgodzie ze sobą, ze swoimi ideałami. Akceptuję to, że ktoś może mieć inne poglądy. Wszyscy mamy podobne potrzeby, ale w inny sposób je zaspokajamy. Jeśli ktoś głośno użala się nad sobą, żeby zaspokoić potrzebę bycia ważnym, to akceptuję chociaż mogę mieć inne poglądy na ten temat. Każdy ma potrzebę bycia ważnym, zauważonym, akceptowanym, dlatego ważne jest akceptowanie różnych sposobów ich zaspakajania.
– Jesteś Bydgoszczanką?
– Słupszczanką, ale poznałam się z mężem na studiach w Toruniu i za mężem trafiłam do Bydgoszczy. Mieszkając w Myślęcinku mówię, że jestem ze wsi pod Bydgoszczą. Czuję się Bydgoszczanką. Niewiele łączy mnie już ze Słupskiem, który każdy zna, bo to trasa do Ustki.
– Jak patrzysz na miasto?
– Kiedy zamieszkaliśmy w Bydgoszczy każdy mówił, że miasto jest brzydkie. Teraz zabieram gości na spacer po mieście czy Wyspę Młyńską i wszyscy są nią oczarowani. Lubię korzystać z tego, co oferuje miasto. Rozmawiamy przed urodzinami Bydgoszczy, będzie koncert, który koliduje nam z innym wydarzeniem i takie czasem mamy dylematy. Co wybrać? Zalew możliwości jest piękny.
– Z pewnym dystansem podchodzę do twojej aktywności biznesowej.
– Dlaczego? Kobiety dbają o siebie i stąd wzięła się moja aktywność promowania produktów uzupełniających potrzeby nie tylko kobiet. Próbowałam różnych produktów, suplementacji na dzień i oddzielnej na noc, zaczęłam kupować produkty dla siebie. Kiedy z pasją opowiadałam o naturalnych kosmetykach i suplementach koleżankom, to dziewczyny też chciały. Stworzyłam niewielką sieć, dzięki czemu taniej kupuję produkty dla siebie. Napisałam też o tym w internecie, bo dziś to najpopularniejszy kanał dotarcia do młodszych. A marketingu sieciowego uczą się już na studiach. To mnie nakręca i taka aktywność mi się podoba.
– Cały czas chcesz się rozwijać.
– Bardzo, lubię książki psychologiczne, one dostarczają mi wiedzy o własnym rozwoju. Trzeba cały czas się uczyć. Rozwiązuję też sudoku, uczę się języka angielskiego dla początkujących.

Na planie filmowym Fot. nadesłane
Pięć lat temu miałam super przygodę statystując w filmie Wojciecha Smarzowskiego pt. „Wesele2”. Wybrałyśmy z koleżanką do kina w Miejskim Centrum Kultury. Przed emcekiem wielka kolejka, trwał casting do filmu. Ominęliśmy kolejkę, bo my na seans. A w środku były osoby odpowiedzialne za nabór do filmu i pytają, czy nie chcemy wziąć udział w castingu? Zdziwiłam się: w naszym wieku?! A oni, że tak, że potrzebują. Zrobili nam zdjęcia i odezwali się po jakimś czasie. Koleżanka nie mogła, sama pojechałam na piątą rano do Fordonu. Przymierzyłam kostium, wystylizowali mnie i z ciekawością obserwowałam pracę na planie. Najważniejsza była możliwość podglądania pracy aktorów i reżysera. Agata Kulesza, Robert Więckiewicz, Arkadiusz Jakubik czy Wojciech Smarzowski. Wszyscy bardzo mili i życzliwi. Siedziałam na planie obok Arkadiusza Jakubika, chwilę rozmawialiśmy. Nie wiedziałam, że praca w filmie to czekanie i czekanie. Potwierdził. Frajdą było widzieć, jak powstaje film. W filmie widzimy wszystko naraz. Scena kazania księdza w kościele powtarzana była kilkanaście razy! Kamery kadrowały odpowiednie osoby. Tak, jestem w filmie. Wybrałam się do kina, żeby obejrzeć całość. Na planie również poznałam osoby z którymi do dzisiaj utrzymuję kontakty, relacje.

Zapisz się na newsletter „Bydgoszcz Informuje”!


