Dr Marzena Petrus z Biziela: – W medycynie niewielu ludziom udało się przejść drogę zawodową od lekarza do ordynatora i to na prośbę zespołu

Dr n. med. Marzena Petrus / Fot. B. Witkowski/UMB

– W moim życiu ważne są trzy elementy: rodzina, medycyna oraz Bydgoszcz – mówi dr n. med. Marzena Petrus, lekarz kierująca oddziałem w Klinice Okulistyki i Optometrii Szpitala Uniwersyteckiego nr 2 w Bydgoszczy.

Roman Laudański: – „Człowiek nie czuje się nigdy bardziej samotny, nieszczęśliwy i potrzebujący, jak wtedy, gdy jest dotknięty cierpieniem, zwłaszcza osłabieniem wzroku”, to słowa twojej pierwszej ordynator dr Krystyny Jędruszek – Ługin.

Marzena Petrus: – Na co dzień widzenie wydaje się nam zupełnie naturalne, a kiedy tracisz wzrok, to – również w sensie psychicznym – przeżywasz dużą stratę. My, okuliści, mamy sukcesy i porażki, towarzyszymy pacjentom przez ich całe życie.

– I to od najmłodszych lat.

– Dzieciństwo jest kluczowe. Kiedy widzenie nie rozwija się prawidłowo próbujemy to poprawić. Około czterech procent dzieci rodzi się np. ze słabszym jednym okiem. To dużo. Wrodzona wada wzroku daje też skłonność do zezowania oka. Leczenie powinno nastąpić jak najszybciej. Rodzi się dużo wcześniaków. Mamy dzieci już z 26. tygodnia ciąży, które często rodzą się z retinopatią wcześniaczą (uszkodzenie małych naczyń krwionośnych w siatkówce oka – przyp. red.). Jeśli chodzi o wykrywanie i sposób leczenia – tu dokonał się postęp. Właściwie postęp dokonał się na każdym polu mojego życia! Trzeba urodzić się w odpowiednim miejscu i czasie, żeby trafić na tak fantastyczny moment rozwoju okulistyki! Okulistą chciałam być od początku mojej drogi zawodowej.

– Dlaczego wybrałaś medycynę?

– Już na pierwszym roku studiów wiedziałam, że chcę zostać okulistą, a że lekarzem – to o wiele wcześniej. Wychowałam się w Głuchołazach na Śląsku Opolskim, w małym miasteczku. Mama – lekarz, internista. Szpital w Głuchołazach prowadzony był przez siostry zakonne. Gabinety lekarskie sąsiadowały z kuchnią. Siostry piekły ciasta. Szpital pachniał domem. Jestem dzieckiem, jak wielu z nas, wychowanym z kluczem na szyi. Mama była wiecznie nieobecna, bo dyżurowała, a tata, chemik-papiernik także wiecznie pracował. Czułam się w szpitalu jak w domu, dlatego nie dziw się, że medycyna dobrze mi się kojarzyła. Od razu mi leżała.

– Nie miałaś innych pomysłów na życie?

– Działałam w kółku teatralnym i dziennikarskim, miałam artystyczne zainteresowania. Zdobywałam nagrody w konkursach na artykuły ogłaszanych przez Kurier Szczeciński. Tylko to przychodziło z pewnym wysiłkiem. A medycyna była oczywistą oczywistością, jak mawiał klasyk. Podobała mi się praca mamy. Przyznaję się, to był wybór po rodzicu, dobre kojarzenie z miejscem pracy. Nic nie odwiodło mnie od medycyny. Wręcz każdy kolejny element w życiu przekonywał mnie, że to był dobry wybór.

W liceum ze wszystkiego byłam dobra, ale chemia, fizyka, biologia bardzo mi leżały. Liceum kończyłam w Szczecinie, tata papiernik umożliwiał nam przemieszczanie się po Polsce. Tomek, mój mąż uśmiecha się, że z urodzenia jestem Kaszubką, a z wychowania Ślązaczką. Urodziłam się w Chojnicach, młodość w Głuchołazach, po drodze przez trzy lata była papiernia w Świeciu i Szczecin. Startowałam w olimpiadach, na medycynę dostałam się bez egzaminów.

– Akademia Medyczna w Szczecinie?

– W szczecińskim liceum uczyłam się w latach 1976-80. Matura w 1980 roku. I medycyna, która była w mojej głowie. Z perspektywy lat powiem, że to był wybór najlepszy z najlepszych. Na studiach byliśmy bardzo zaangażowani. Po pierwszym roku miałam praktykę pielęgniarską na okulistyce w Szczecinie. To było to! Mama odradzała mi internę i sugerowała coś zabiegowego. W tamtych czasach na okulistyce pacjenci leżeli albo na brzuchu, albo na plecach.

– Dlaczego?!

– Przy odwarstwieniu siatkówki pacjent często musiał leżeć na brzuchu, a po operacji zaćmy z cięciem przez pół oka na plecach, żeby wszystko się wygoiło. A ja z lekarzem zmienialiśmy opatrunki.

Wtedy zaćmę operowało się za pomocą krioekstrakcji. Metodę wymyślił prof. Tadeusz Krwawicz z Lublina. Kiedyś po przecięciu  oka usuwało się soczewkę na pętli. A prof. Krwawicz stwierdził, że zimno przylega do tkanek. I zimną sondą dotykał soczewki i wyjmował ją z oka. Wtedy, w latach 70. ubiegłego wieku metoda krioekstrakcji zaćmy zdominowała cały świat. Prof. Krwawicz trafił na amerykańską tablicę największych znakomitości okulistyki.

– Cięcie przez pół oka, mam ciarki na plecach.

– Niepotrzebnie. Jestem chirurgiem okulistycznym. 80 procent operatywy to operacje zaćmy. Natomiast moim zainteresowaniem jest jaskra.

– Matura i pierwsze trzy lata studiów w Szczecinie, a skąd Bydgoszcz?

– W PRL-u nie było mieszkań, a po meble i inne sprzęty stało się tygodniami w kolejkach. Ciocia z babcią mieszkały w Bydgoszczy. Ciocia latami wpłacała na mieszkanie i przyszedł czas jego odbioru. I tak dostałam mieszkanie w Fordonie. Tata zasugerował, że studiowanie w domu jest dla mnie niedobrym rozwiązaniem. Skoro w Bydgoszczy jest mieszkanie, to może się przeprowadzę?

– W Bydgoszczy była już Akademia Medyczna?

– Poczekaj, wszędzie jestem pionierem. Przenosiłam się do Bydgoszczy na drugi wydział lekarski gdańskiej Akademii Medycznej. Medycynę studiujesz przez sześć lat. W czasie szóstego roku utworzyli już bydgoską Akademię Medyczną. Mam 84. numer dyplomu bydgoskiej Akademii Medycznej, której już nie ma, bo połączono ją z Toruniem. Dodam, że całe środowisko wtedy walczyło, żeby w Bydgoszczy powstała samodzielna Akademia Medyczna.

– I została wcielona do toruńskiego Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Jak patrzyłaś w tamtych latach na Bydgoszcz?

– Szczecin budowany był z rozmachem, ale zarówno Szczecin, jak i Bydgoszcz miały podobną liczbę mieszkańców. Kiedy przeprowadziłam się do Bydgoszczy, to kolega powiedział: Wiesz, Bydgoszcz to takie małe miasto dla wielu ludzi. Trafiłam do świetnego środowiska. Dwóch moich najlepszych kolegów ze studiów, z którymi na ćwiczeniach siedzieliśmy mikroskop w mikroskop przenosiło się ze Szczecina do Bydgoszczy. Trafiłam na wyjątkowy rok. Medycyna w Bydgoszczy rozwijała się, studiowałam z fajnymi osobowościami. W Szczecinie byliśmy pionkami wśród 300 studentów, a w Bydgoszczy tratowani byliśmy bardzo po partnersku. Zajęcia prowadziły osoby, które były i są dla mnie autorytetami, chociaż już ich nie ma. Prof. Józef Kałużny, postać w skali krajowej i światowej okulistyki. Profesor Bogdan Romański pionier polskiej alergologii. Profesor Jan Domaniewski, histopatolog który wtedy tworzył Akademię Medyczną.

Na internie mieliśmy zajęcia z docentem Piotrem Burdukiem, kapitalny człowiek, kardiolog. Od takich osób uczyliśmy się naprawdę dużo. Trafiłam na fantastyczny rok. Taki prof. Edmund Nartowicz, internista, przed nami oblał 80 proc. roku, a u nas prawie nikogo. To było wydarzenie! Większość ludzi coś znaczy w Bydgoszczy, jak prof. Piotr Jarzemski, prof. Gosia Pawłowska od chorób zakaźnych.

– Wybacz potoczny język, ale szliście jak przecinaki.

– Dokładnie tak. Nie miałam problemu ze specjalizacją, bo od razu wiedziałam, że idę na okulistykę. Do tego szpitala chodzę dzień w dzień od 1983 roku! 43 lata. Najpierw jako studentka do Państwowego Szpitala Klinicznego, który w 1989 roku przeniósł się do Jurasza. Tu został powołany Wojewódzki Szpital XXX-lecia PRL. W tamtych czasach nie było łatwo o etat. Tu tworzył się oddział okulistyczny i doktor Ługinowa chętnie mnie zatrudniła. Byłam jednym z pierwszych lekarzy zatrudnionych w Szpitalu Wojewódzkim.

– Doktor Ługinowa, była twoją pierwszą ordynator.

– Bardzo dobry ordynator, światły człowiek i pierwszy nauczyciel. Na początku było tylko kilku lekarzy i w ogóle nie mieliśmy sprzętu. Miałam szczęście, bo jako pracownik Wojewódzkiego Szpitala zostałam oddelegowana do Szpitala Klinicznego i zaczynałam pracę w jednym z lepszych okresów działalności profesora Kałużnego. Kiedy byłam na piątym roku prof. Kałużny wszczepił pierwszą w Polsce soczewkę wewnątrzgałkową, tylnokomorową. To było wielkie wydarzenie. Przepracowałam w tej klinice 9 miesięcy, nim wróciłam do wojewódzkiego szpitala. Miałam propozycję, żeby zostać w Szpitalu Klinicznym.  Miałam dylemat: pójść drogą naukową czy rzemiosła lekarskiego. Wybrałam kierunek zawodowego rzemiosła i zrezygnowałam z przejścia do kliniki. Ale zacięcie naukowe zawsze miałam i zrobiłam doktorat u prof. Kałużnego. Mam udane życie rodzinne, w tamtych latach urodziłam też cztery nasze córki.

– Pamiętasz swój pierwszy zabieg, operację?

– Przyszłam do pracy pierwszego lipca, był sezon urlopowy. Do operacji znieczulało się pacjenta wbijając ośmiocentymetrową igłę miedzy okiem a kością. Oprócz znieczulenia do oczodołu trzeba było znieczulić powieki, itd. Na operacje zaćmy do profesora Kałużnego przyjeżdżali ludzie z całej Polski. Po wyjęciu soczewki pacjentowi brakowało mocy optycznej. Musiał nosić okulary plus dziesięć, żeby coś widzieć. A później te „okulary”, tę moc optyczną wszczepiano do oka. Na okulistyce byłam drugi tydzień, koleżanka poprosiła, żebym znieczuliła pacjentkę z Warszawy. Znieczuliłam. Prawo pierwszego razu. Przyszedł profesor, spojrzał na mnie, na pacjentkę i wyszedł. Po chwili pojawiła się doktor Maria Kaniasty, jego zastępczyni i zapytała: „Znieczuliła pani?” Mówię: „Tak. Pacjentka przygotowana do zabiegu”. Wrócił profesor i powiedział: „Jak pani chce, to może zostać.” To było dla mnie wielkie wyróżnienie. Tym znieczuleniem zrobiłam sobie dobre wejście.

– Zostałaś zauważona.

– To też, ale nie bałam się znieczulenia. Operatywa bardzo mi się podobała. Przy innych zabiegach jest pełno krwi, a nasza chirurgia jest anatomiczna. Można powiedzieć, że to ładna chirurgia. Kiedyś była kobieca. Może to specyfika krajowa. Kiedy jeździłam na europejskie zjazdy chirurgów zaćmy, to dominowali tam mężczyźni. Teraz jest pół na pół.

– Jaki był prof. Kałużny?

– Wspominam go bardzo dobrze. Charyzmatyczny profesor. Nie krzyczał, nie był typem brata-łaty. Wszyscy wokół niego wiedzieli, że to był ktoś. Zawsze prosił, żeby najpierw zbadać i zreferować mu pacjenta. A później tej osobie mówił zwięźle, co i jak zrobił, jaką decyzję podjął. Potrafił o skomplikowanych rzeczach mówić prostymi słowami. Wszystko wydawało się logiczne i proste. Imponowało mi to, że mnie, młodej lekarce profesor mówił, dlaczego danego pacjenta trzeba poprowadzić tak i tak. Zawsze był dla mnie życzliwy. Później nie mieliśmy kontaktu, on pracował w Juraszu, ja w Bizielu, ale kiedy chciałam zrobić doktorat, to powiedział: „Dobrze, ale musi pani znaleźć temat, który mnie zainteresuje”. Znalazłam.

– Doktoranci często narzekają na promotorów.

– Nie ja. Jak profesor się ze mną umówił, zawsze przychodził przygotowany, wszystko przeczytał i zawsze miał merytoryczne uwagi.

– Jak ci się pracowało w Bizielu przez kolejne lata?

– Przeżyłam globalne zmianę w operowaniu zaćmy. Najpierw byli pacjenci, którzy po nacięciu oka mieli wyciąganą soczewkę. Później było tzw. zewnątrztorebkowe usunięcie zaćmy. Oko nadal należało otworzyć, ale nie usuwało się całej soczewki z torebkami. Tylko zostawiało się tylną torebkę, usuwało się z niej wszystko i w to miejsce wszczepiało się sztuczną soczewkę, czyli kawałek plastiku. W czasie wojny szyby w samolotach robione były z pleksi. Zaobserwowano, że jeśli pleksi dostawało się do oczu pilotów brytyjskich, to nie robiły wielkiej szkody. Doświadczenie wojenne spowodowało, że pierwsze soczewki robione były z pleksi, które jest sztywne. Trzeba było zrobić cięcie na 8-9 milimetrów, żeby wszczepić soczewkę, a później ją zaszyć. Przyszłam do pracy, kiedy już było wszczepianie sztywnych soczewek i szycie oka pod mikroskopami. To było zewnątrztorebkowe usunięcie zaćmy. W latach 90. świat poszedł w kierunku fakoemulsyfikacji zaćmy.

– To była nowa metoda?

– Małe cięcie, dwa do trzech milimetrów. Rozbicie jądra soczewki ultradźwiękami. Stomatolog zaobserwował, że ultradźwięki pięknie rozbijają tkankę. Dlatego znalazły zastosowanie w okulistyce. Środek miedzy torebkami był rozbijany i zasysany, ale wszystko mogliśmy robić z małego cięcia bez zakładania szwów. Wymyślono 13-milimetrową soczewkę z materiału, który można było zwinąć i włożyć przez dwu – trzymilimetrowe cięcie. Wymagania te spełniał akryl. I zwiniętą soczewkę wkładaliśmy przez niewielkie nacięcie do środka oka. Opanowanie techniki FAKO było dla nas wyzwaniem. W latach 90. w Polsce nie było od kogo uczyć się tej metody. Z koleżanką jeździłyśmy po Europie i Polsce, żeby podpatrywać innych. Dziś to ja uczę młodych, jeśli coś zostanie zrobione źle, to mogę od razu to poprawić. Z koleżanką uczyłyśmy się na własnych błędach. Dla mnie było to wydarzenie, że my młode lekarki wprowadzałyśmy w oddziale nową metodę operowania.

– Zadziwiające, że miałyście zielone światło na poznawanie nowej metody.

– Miałam w życiu szczęście. Trafiłam w odpowiedni moment. Wtedy trudno było dostać etat, a pracującym lekarzom zależało na poszerzaniu kompetencji. Nie wszyscy chcieli i mieli predyspozycje do operowania. Okulistyka ma też dużą część zachowawczą. My nastawiliśmy się na leczenie chorób przedniego odcinka oka: zaćmy i jaskry.

– Jesienią idziesz na emeryturę.

– Cieszę się, że odchodząc po 40 latach pracy (studia skończyłam w 1986 roku) zostawiam dobrze wyposażony oddział.

– Liczyłaś wykonane w tym czasie operacje? Pacjenci się zmienili?

– Trzeba je liczyć w tysiącach, a jeśli chodzi o pacjentów, to zmieniło się bardzo dużo. Kiedy zaczynałam pracę, dziennie operowaliśmy trzech pacjentów. Chory przychodził do szpitala w poniedziałek, rozmawiałeś z nim we wtorek, robiłeś badania, w środę miał operację. A w piątek, a może i następny poniedziałek pacjent wychodził do domu. Miałeś z nim kontakt przez tydzień. To była zupełnie inna relacja. Chory mówił, co mu dolega i przy okazji wykonywało się wiele innych konsultacji. Teraz okulistyka jest tylko okulistyką, a kardiologia kardiologią. Jeśli pacjent po operacji zaćmy leżał u nas przez kilka dni, to go poznawałeś, a dziś mamy zabiegi w systemie jednego dnia. W tak krótkim czasie nie zdążysz poznać pacjenta. Pracujemy bardziej jak „przy taśmie”. Operacja zaćmy ma dziś 99 procent powodzeń, dlatego pacjent nie wymaga specjalnego nadzoru. Jeżeli oko ma predyspozycje do powikłań, to wtedy mamy większy nadzór nad pacjentem. Trzeba je odpowiednio rozpoznać i się nim zająć. W takim przypadku opieka pooperacyjna musi być bardzo konkretna.

– Nigdy nie chciałaś zmienić szpitala?

– Kiedy w 2008 roku moja szefowa odchodziła na emeryturę, cały zespół poszedł do dyrekcji i poprosił, żebym to ja została ordynatorem. Dla mnie to było bardzo duże wyróżnienie. Nigdy nie byłam szefem krzyczącym, stawiającym wielkie wymagania. Każdego dobrze znałam. Potrafiłam dostrzegać, kto jest w czym dobry. W pracy zespołowej każdy musi dostać coś, co będzie tylko jego. Uczyłam młodych operowania. Większość osób to doceniała, a nasz oddział przez lata uchodził za taki, w którym jest bardzo dobra atmosfera. Rezydenci chcą do nas przychodzić.

– Studenci chcą być okulistami?

– Okulistyka to jedna z najbardziej rozchwytywanych specjalizacji, cały czas się rozwija. Każdy w niej znajdzie swoje miejsce. Bardzo rozwinęło się obrazowanie. Trafiłam w dobry moment rozwoju okulistyki w Bydgoszczy. Przez całe moje zawodowe życie coś się tutaj działo. Byłam obecna w ważnych mementach, niektóre sama wprowadzałam. Pamiętam, kiedy Bydgoszcz z Toruniem wprowadziły tzw. obrazowanie OCT.

Dr n. med. Marzena Petrus
Dr n. med. Marzena Petrus / Fot. B.Witkowski / UMB

– Brali w tym udział fizycy z Torunia.

– Dziś możemy obserwować siatkówkę oka w taki sam sposób, jak byśmy obserwowali ją pod mikroskopem. Teraz kamera laserowa umożliwia obejrzenie wszystkich warstw. To wymyślili fizycy z toruńskiego UMK. Prototypowe urządzenie stało w Juraszu, a jak już było wiadomo, że świetnie działa, rozpoczęła się produkcja komercyjna. Pierwsze trzy urządzenia kupił marszałek i wstawił do trzech szpitali wojewódzkich: w Bydgoszczy, Toruniu i we Włocławku. Zmieniło to podejście do chorób siatkówki. Przeżyłam wprowadzenie OCT, które zrewolucjonizowało diagnostykę schorzeń siatkówki. Dziś młody lekarz nie wyobraża sobie badania bez urządzenia OCT.

Mamy wyremontowany oddział, a kiedy Orkiestra Jurka Owsiaka grała dla dziecięcej okulistyki – dostaliśmy bardzo dużo nowoczesnego sprzętu. Można powiedzieć, że jesteśmy wyposażeni jak ośrodek na światowym poziomie.

– Masz pomysł na emeryturę?

– Zawsze moją pasją było podróżowanie. Przynajmniej rok naszych wakacji spędziliśmy we Włoszech. Będziemy tam wracać.

– Jak dziś po tylu latach patrzysz na Bydgoszcz?

– Kiedy w 1983 roku przyjechałam do Bydgoszczy, to miasto przyjęło mnie bardzo dobrze. Trafiłam na bardzo fajnych ludzi. Kończyliśmy studia, wychodziliśmy w świat. Było dużo spotkań, atrakcji, ciekawe życie towarzyskie. Mamy fajną rodzinę: cztery córki i dziesięcioro wnucząt. W medycynie niewielu ludziom udało się przejść drogę zawodową od lekarza do ordynatora i to na prośbę zespołu oraz liczył się społeczny wymiar miasta.

Przed laty każdy z nas miał wizję, że coś fajnego warto zrobić w życiu. I to się nam udało. Bydgoszcz nie była wtedy ładnym miastem, ale piękniała. Bardzo lubię Bydgoszcz, miasto nad wodą, czuję się Bydgoszczanką. Tu spędziłam najwięcej czasu w dotychczasowym życiu. Miasto pięknieje. I tu bardzo fajnie rozwijała się dla mnie medycyna.  

Zapisz się na newsletter „Bydgoszcz Informuje”!

Udostępnij: Facebook Twitter